Najnowsze wpisy

Witajcie! :)

W roku 2018 poznałam wiele zapachów niszowych, ale do dzisiejszego wpisu wybrałam zaledwie siedem pozycji. Nie są one wytypowane według jakiegoś klucza. Uznałam, że o tych konkretnych perfumach warto wspomnieć na blogu, mimo że nie wszystkie dobrze współgrały z moją skórą.

W kategorii ,,najładniejszy flakon" wygrywają: Mandorlo di Sicilia i Pardon, ale czy ich zawartość jest równie imponująca? Zaraz się przekonamy;).


Kolejność opisywanych zapachów jest zgodna z uporządkowaniem flakonów na powyższej grafice.
  • Acqua di Parma, Blue Mediterraneo Mandorlo di Sicilia - zacznę od zapachu, który w ubiegłym roku wywarł na mnie największe wrażenie. Może nie reprezentuje on cech odważnego niezależnego perfumiarstwa, ale ja nie szukam takich perfum - poszukuję czegoś, z czym mogę się w pełni utożsamić, czegoś, w czym będę czuć się komfortowo. I tak oto do migdałowego i likierowego arcydzieła Sense Dubai 4 z mojego zbioru dołączają kremowe migdały w wydaniu wiosennym. Migdały, które nie przyprawiają o ból głowy, nie narzucają się, nie rażą sztucznością.  Mandorlo di Sicilia to słodki waniliowo-migdałowy zapach, który czasami pachnie jak marcepan, innym razem jak budyń waniliowy. Ciekawym zabiegiem okazało się przełamanie tego deserowego tonu cierpką skórką pomarańczy i smużką woni białych kwiatów. Łagodny, niezwykle uroczy zapach na wiosnę. (Zapach dzienny, umiarkowanie przestrzenny, o dość dobrej trwałości).
  • Majda Bekkali, Fusion Sacre Obscur - niesłychanie widowiskowy zapach, który po tym jak już zdąży rozgościć się na skórze, urzeknie ciepłą korzennością.  Dość ekscentryczne selerowo-goździkowe otwarcie z nutą lawendy może zdziwić i nasunąć niepokojące myśli dotyczące dalszych faz rozwoju perfum. Okazuje się, że te przypuszczenia mają racjonalne podstawy;), bowiem już za chwilę będziemy uraczeni  zapachem... ogniska:).  Na szczęście zapach w końcu łagodnieje i wysładza się m.in. aromatem rumu i wanilii. (Zapach raczej wieczorowy, bardzo przestrzenny, o wielogodzinnej trwałości).
  • M. Micallef, Royal Muska - pierwsze testy w perfumerii zachęciły mnie do zamówienia próbki, ponieważ zapach wydawał mi się wówczas przyjemnie kremowy i mleczny. Dokładniejsze zaznajomienie się z Royal Muska trochę mnie rozczarowało, ponieważ okazało się, że wybrzmiewa na mojej skórze w sposób jednoznacznie koloński. Mimo wszystko doceniam za to, że jest porządnie skomponowany i pachnie ekskluzywnie. Widzę go wyłącznie w formalnych okolicznościach. (Zapach dzienny, umiarkowanie przestrzenny, o dość dobrej trwałości).
  • Nasomatto, Pardon - zapach, który brzmi na skórze dość powściągliwie, aczkolwiek złożony jest z nut, które do powściągliwych nie należą;). Przede wszystkim jest  drzewny, głównie agarowy. Skład wskazywałby na dość słodki, może nawet cukierniczy wydźwięk, bowiem mamy tu ciemną czekoladę, fasolkę tonkę, cynamon, drewno sandałowe, jednak na mojej skórze ukierunkowuje się w stronę zapachu... biblioteki, zakurzonych starych ksiąg i papirusów. Wyczuwam również specyficzną smolistą nutę. Mnie ta kompozycja rozczarowała, ponieważ oczekiwałam sugestywnego wyeksponowania słodyczy, która stanowiłaby przeciwwagę dla niełatwego w odbiorze agaru. (Zapach zarówno dzienny, jak i wieczorowy,  bliskoskórny, o dość dobrej trwałości).
  • Comme des Garcons,  Floriental - aromat ewidentnie kojarzy mi się z jesienną aurą za sprawą drewna sandałowego i śliwek wędzonych i suszonych, czuć tu również powidła śliwkowe. Jest w tej kompozycji wyczuwalny dym, przez który próbuje się przedrzeć słodycz owoców. Często porównywany do wycofanego Sensuous Noir od Estee Lauder. Łączy je ten sam słodki korzenny rdzeń oraz fakt, że pachną z klasą. Różnica polega na tym, że Sensous Noir jest wielowymiarowy i mam wrażenie, że w tym jednym flakonie mam przynajmniej 4 różne zapachy, m.in. typowy gourmand (piernik, szarlotka), czasem jest to śliwkowo-różana kompozycja, innym razem jest na wskroś leśna za sprawą sosny i paczuli w składzie. Floriental, mimo że jednopłaszczyznowy, również zasługuje na uwagę. (Zapach zarówno dzienny, jak i wieczorowy, umiarkowanie przestrzenny, o bardzo dobrej trwałości).
  • Olympic Orchids, California Chocolate - wiernie oddany zapach delicji szampańskich z nadzieniem pomarańczowym;). Ubolewam tylko, że ten deserowy ton  trwa zaledwie kilkadziesiąt sekund, po czym zostaje bezwzględnie rozsadzony nutami wodnymi. Przez to nie odbieram tych perfum jako kwiatowo - owocowe - gourmand, tylko jako kwiatowo-wodne.
    (Zapach dzienny, bliskoskórny, o słabej trwałości).
  • Lubin, Korrigan - opisy tego zapachu nie mają nic wspólnego  z tym, jak ja go widzę. Według mnie jest spokrewniony i to blisko  z Un bois Vanille Serge Lutensa, czyli mamy tu przypalone mleko i dymną wanilię, które dopiero po kilku godzinach się wysładzają. Mimo wszystko polecam ten zapach do przetestowania, ponieważ dostrzegam w nim pewien potencjał w ukazaniu nut kremowych i alkoholowych:). (Zapach dzienny, bliskoskórny, o dobrej trwałości).
Podsumowując, jeśli tylko macie ochotę na poznanie ciekawych perfum, ale chwilowo nie bardzo wiecie, na co postawić, zachęcam do zamówienia próbek:  Mandorlo di Sicilia, Fusion Sacre Obscur i Floriental:).
Witajcie!:)

Od roku używam trzech błyszczyków marki Anastasia Beverly Hills, więc czas najwyższy, by podzielić się z Wami opinią na ich temat.

Jak wiecie, jestem fanką tego rodzaju produktów do ust. Zarówno w ofercie katalogowej, drogeryjnej, selektywnej, jak i profesjonalnej można trafić na błyszczyki o znakomitej i kiepskiej jakości. Na bazie własnych doświadczeń uważam jednak, że w wachlarzu produktów ostatnich dwóch wymienionych przeze mnie półek cenowych ryzyko trafienia na słaby produkt jest o wiele niższe. Jeśli chodzi o ABH, wiedziałam, że jedna moich ulubionych marek nie wyprodukowałaby bubli, więc byłam raczej spokojna o ten test;).

Błyszczyki różnią się formułą, ale mają też cechy wspólne. Oto kilka z nich:
  • każdy z nich bardzo dobrze nawilża usta
  • ich aplikator jest tak wyprofilowany (spłaszczony i wąski obleczony gąbeczką), by precyzyjnie umalować usta,
  • mają ciężkie, eleganckie opakowanie.

Poniżej opiszę kolory, wykończenie, stopień krycia, a także ocenię trwałość:
  • Sunset Strip - brzoskwiniowy kolor z przepiękną chłodną jasnoróżową poświatą. Ma różowe, pomarańczowe i złote drobinki. Jest transparentny. Z tego błyszczyka byłabym bardzo zadowolona, gdyby był bez drobinek (według mnie jest ich zdecydowanie za dużo, dlatego kojarzy mi się bardziej jako produkt przeznaczony dla nastolatek), mógłby mieć też lepszą trwałość, choć i tak nie jest źle. Jego formuła nieco różni się od pozostałych dwóch, co widać dodatkowo w tym, że np. nieestetycznie schodzi z ust, więc nie planuję powrotu do tego egzemplarza.
  • Weekend Barbie - bardzo odważna fuksja z niebieskim i fioletowym blaskiem, który pojawia się po dłuższej chwili od nałożenia (na zdjęciu prezentuje się dość skromnie, ale na żywo to istna petarda;). Ma różowe i fioletowe drobinki. Nie uzyskamy nim pełnego krycia, aczkolwiek oceniłabym je na 85%. Schodzi w ten sposób, że tworzy na ustach długotrwały tint. Błyszczyk wyłącznie dla osób, które czują się swobodnie w ekstrawaganckich kolorach. Ja często rozjaśniam go pomadką Candy Yum Yum z Mac. Spróbuję też innych kombinacji;). Na wersję solo poczekam do lata;). Wtedy, mam wrażenie, wyrazistym makijażom wiele uchodzi;) i nie wyglądają na przerysowane na opalonej twarzy.
  • Socialite - kremowy lakier do ust w kolorze chłodnej czerwieni. Nie zawiera drobinek. Jego konsystencja jest gęstsza od pozostałych dwóch błyszczyków, a mimo to czuję na ustach, że jest lekki. Nadaje pełne krycie. Ideał pod każdym względem - odcienia czerwieni, intensywnej pigmentacji, niesamowitej trwałości. To jeden z najlepszych błyszczyków w mojej kolekcji ♥♥♥.
Podsumowując, wiedziałam, że w ogólnym rozrachunku test wypadnie pozytywnie;). Mam teraz ochotę na więcej błyszczyków z tej serii - koniecznie muszę kupić odcienie nude! :)

Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • pojemność: 4,5 g
  • cena: 89 zł
  • PAO: 12 miesięcy
  • dostępność: drogerie internetowe z kosmetykami profesjonalnymi, perfumeria Sephora (stacjonarnie, online)

Witajcie! :)

Bardzo mi odpowiada kremowe i błyszczące wykończenie pomadek cremesheen w Mac, dlatego postanowiłam przejrzeć wszystkie jasne odcienie w obrębie tej konkretnej formuły. Uznałam, że Creme d'Nude będzie dobrą opcją, zwłaszcza że ostatnio preferuję mocno podkreślone oczy w zarówno w makijażu dziennym, jak i wieczorowym.


Marka określa ten kolor jako blady, przytłumiony, brzoskwiniowy beż. Nie zgodzę się z tym - według mnie jest to neutralny blady beż bez cienia brzoskwiniowego tonu. Uważam, że ten odcień nude jest nietypowy, nie każdemu będzie pasował, aczkolwiek mnie bardzo się spodobał już od pierwszej aplikacji:).

Ze względu na chłodną tonację świetnie będzie się komponować zarówno z ciemniejszymi, jak i brzoskwiniowymi, pomarańczowymi cieniami i pigmentami, sprawdzi się również w  nienarzucających się naturalnych makijażach na co dzień. Ja szczególnie lubię ją łączyć z mocnym akcentem na powiekach z dodatkowym podkreśleniem brązową kredką linii wodnej i dolnej powieki tuż przy linii rzęs. Nie bez znaczenia jest też mocne ocieplenie twarzy pudrem brązującym;).

Potwierdza się tu reguła, o której ktoś mi kiedyś napomknął przy okazji podzielenia się opinią na temat szminek tej firmy. Mowa o różnej jakości w zależności od koloru. Dla przykładu nawilżenie i trwałość szminki Creme d'Nude w porównaniu z Creme Cup wypada lepiej. 

Kilka osób w swoich recenzjach wspomniało o tym, iż ta konkretna pomadka w wyższych temperaturach może się topić, dlatego nie polecają zabierać jej ze sobą w torebce. Nie mogę się jeszcze do tego odnieść, ponieważ używałam jej cały grudzień i styczeń, więc nie było ku temu sprzyjających warunków;D, w związku z czym muszę stwierdzić, że dostrzegam w mojej nowej pomadce same zalety. Oto one:
  • przede wszystkim cieszy mnie jej trwałość (ponad 4 godziny),
  • ma dość oryginalny cielisty kolor,
  • bardzo dobrze nawilża usta,
  • zapewnia pełne krycie przy dwukrotnym przeciągnięciu sztyftu,
  • jest niewyczuwalna,
  • nie podkreśla suchych skórek,
  • nie migruje poza kontur ust.
Czy planuję ponowny zakup? Oczywiście, ale nie nastąpi to szybko, ponieważ najpierw muszę przetestować inne jasnobeżowe pomadki z Mac;).


Pozostałe informacje o produkcie:
  • cena:  86 zł
  • pojemność: 3 g
  • dostępność: Mac (stacjonarnie, online), Douglas (stacjonarnie, online)
Witajcie! :)

Nadal jestem pod wrażeniem oferty włoskiej marki Nabla. Nie czuję przesytu, wręcz przeciwnie - na ogół zaskakują mnie wykończenia i formuły tych kosmetyków. Aktualnie przepadam za pojedynczymi cieniami (aczkolwiek zestawienia kolorystyczne palet  do mnie przemawiają, dlatego też nie planuję ich zakupu;)), metalicznymi cieniami w płynie, cieniami w kremie i pomadkami.

Dzisiaj chciałabym Wam zaprezentować połyskujący cień w kolorze Glasswork. Zanim go kupiłam, przejrzałam mnóstwo zdjęć w sieci i wszystkie przekłamywały jego kolor;). Decyzję podjęłam na podstawie filmiku nakręconego telefonem przy małej lampce;). Pokazano w nim kilka błyszczących cieni m.in. te, które już mam, więc z łatwością mogłam ocenić, że demonstrowane kolory są dobrze ukazane.

Sądziłam, że Glasswork będzie tej samej jakości co totalnie bezproblemowy Water Dream, ale mimo identycznego wykończenia mają one inną formułę. Czy mój nowy nabytek jest wart aż 50 zł? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

Glasswork jest stonowanym półtransparentnym fioletem na jasnobrązowej bazie ze skrzącymi srebrnymi, różowymi i fioletowymi drobinkami. To, jak wygląda w sztucznym oświetleniu jest jakąś magią <3 (naturalne oświetlenie również nie zabiera mu uroku;)). Jest trwały, drobinki nie osypują się w trakcie noszenia makijażu.  Według mnie Nabla zaproponowała swoim sympatykom dość unikatowy cień, więc jestem w stanie zaakceptować jego cenę na podstawie tego, o czym napisałam w tym akapicie, przy jednoczesnym przymknięciu oka na mankamenty;). Zgadza się, uważam, że jest to absolutnie przepiękny cień, ale niepozbawiony wad.  

Glasswork ma zbitą, twardą strukturę (dla porównania Water Dream jest jak plastelina i gdyby się pokruszył, można by było go ponownie uformować palcem). Zadowalający efekt uzyskuję wyłącznie na bazie i wówczas, gdy nakładam go palcem. Niezbyt dobrze dokleja się włosia pędzli. Żeby uzyskać odpowiednią moc koloru i efektowne wykończenie, muszę uprzednio skruszyć wierzchnią warstwę cienia, a następnie nabrać pędzlem niczym pigment:/.

Podsumowując, mimo oczywistego utrudnienia, jakim jest rozkruszanie produktu, jestem pod wrażeniem tego, jak prezentuje się na oczach. Czy kupiłabym go ponownie? Tak, chyba że znalazłabym podobny cień o kremowej konsystencji;D.

Najczęściej rozcieram go ciepłym matowym brązem i zestawiam z pomadką Mac Creme Cup (podaję tę informację w razie, gdyby ktoś zechciał się zainspirować;)). Niestety zdjęcie nie oddaje nawet w połowie tego, jak powinien się prezentować cień - aparat nie wyeksponował m.in. różowych drobinek, stłumił też jego żywy wrzosowy kolor. 



Pozostałe informacje o kosmetyku:
  • cena - 51 zł w opakowaniu, 43 zł w wyprasce, którą można włożyć do palety. Do ceny należy doliczyć koszt przesyłki.
  • pojemność - 2,5 g
  • dostępność - m.in. w drogeriach internetowych
  • PAO - 12 miesięcy
Witajcie! :)

Jestem fanką talentu polskiego perfumiarza Piotra Czarneckiego od momentu, gdy poznałam jego arcydzieło She Shihan:). I choć zdarzyło się, że nie wszystkie jego zapachy trafiły w mój gust, to i tak doceniam każdy z nich - w przypadku tego twórcy nie ma miejsca na bylejakość. Uważam, że są one zjawiskowe i oryginalne. Czuć w tym przedsięwzięciu niesamowitą pasję, co potwierdza m.in. najwyższa jakość komponentów perfum, dopracowanie w każdym szczególe kompozycji zapachowej, a także dbałość o to, by aromaty były przybrane w eleganckie flakony, które będą spójne z ich charakterem (wszystkie butelki projektuje Piotr Czarnecki).

W 2017 roku marka poszerzyła swoje portfolio o trzy nowe zapachy: Venom of Angel, Bluebijou oraz Kiviskin. Od razu napiszę, że z żadnym z nich nie utożsamiam się na tyle, by rozważać powiększenie kolekcji, natomiast są tak porządnym rzemiosłem, że nie mogłabym o nich nie wspomnieć na blogu.

Każdy z nich z powodzeniem może wybrzmiewać zarówno z damskiej, jak i męskiej skóry (podpowiem tylko, że najbardziej ,,kobiecy" jest moim zdaniem Bluebijou, a najbardziej ,,męski" Kiviskin).

Venom of Angel jest według opisu zamieszonego na stronie sklepu ,,Piotr Czarnecki. Ispired by Scent.":
likierowo-drzewną i przyprawowo-kokosową aranżacją świeżych zielonych nut aloesowych, przyprawioną wibrującym czarnym pieprzem. Spokojną słodycz likieru trzcinowego równoważy mroczne sakralne kadzidło. Akord cedrowo-kokosowy na tle nut likierowych nawiązuje do atmosfery klubowej. Kompozycja choć pozornie lekka, łatwa i miła w odbiorze jest zaskakująco oryginalna i intrygująca.  (http://www.piotrczarnecki.net/pl/glowna/9-ww.html)
Gdybym miała opisać ten zapach jednym zdaniem, powiedziałabym, że wyczuwam w nim wyraźne echo Chanel Chance eau de toilette z dodatkiem wiórków kokosowych, a może nawet pralin Rafaello, bowiem ujawnia się tu również aromat zbliżony do białej czekolady bądź białego kremu mlecznego.

Niech Was jednak nie zmyli ten zabieg, bowiem kompozycja nadal pozostaje wytrawna - udało się poskromić jej dość wyniosły charakter za sprawą akordu deserowego, natomiast według mnie Venom of Angel nadal pozostaje w kategorii poważnych i eleganckich zapachów do tzw. białej koszuli


źródło zdjęcia - http://www.piotrczarnecki.net/pl/glowna/9-ww.html
Marzyło mi się, że Bluebijou będzie soczystym jagodowym zapachem na słodkiej czekoladowo-likierowej bazie. Chyba nie chciałam dopuszczać do swoich myśli istnienia tych kilku zielonych nut, które przemykały gdzieś na końcu składu;). Okazało się jednak, że  mają one tu wiele do powiedzenia! ;).

Perfumiarz informuje, że Bluebijou jest:
zapachowym odbiciem koloru szafirowego, granatu oraz odcieni czerni i  fioletu. Moda, styl i kolor zainspirowały wrażenie zapachowe namalowane aromatami czarnych jagód i czarnych fiołków, zdobiącymi bazę zapachu zawierającą kakao z truflą i liściem fiołka. Czarny koniak unosi się między czarnym agarem, a kaszmirowymi drzewami, łącząc tło stworzone przez uzależniające luksusowe piżmo i ambrę.(http://www.piotrczarnecki.net/pl/glowna/2-blouse.html)
Odbieram ten zapach zupełnie inaczej niż wszyscy, którzy zechcieli podzielić się w Internecie swoimi spostrzeżeniami. Recenzje na ogół ujmują go w ramy gourmand - według mnie jest to zapach jagód na zielonym, aromatycznym tle, przy jednoczesnym  nadaniu mu lekkości za sprawą akordu wodnego.  Innymi słowy jest to słodycz jagód rozmyta porannym deszczem, i gdybym nie znała pełnego składu, powiedziałabym, że również liśćmi bambusa, lotosem i magnolią.

Mój nos nie odnotowuje ani jednej apetycznej nuty z tego jakże bogatego składu, a zatem nie czuję ani ziaren kakaowca, ciemnej czekolady ani trufli, tym bardziej nie ukazuje się na mojej skórze koniak. Kompozycja jest w odbiorze bardzo krystaliczna. Mimo wszystko udało się w jakiś przemyślny sposób tak zmieszać wszystkie proporcje, by oddać nam do użytkowania bardzo wyrafinowany zapach. Sami dobrze wiecie, jak łatwo o banał w tego typu grupie olfaktorycznej, dlatego, żeby przekonać się, że można jednak inaczej, zachęcam do poznania Bluebijou:).

źródło zdjęcia - http://www.piotrczarnecki.net/pl/glowna/2-blouse.html

Zanim zdecydowałam się zamówić próbkę, nie dawałam tej kompozycji żadnych szans, a okazało się, że najbardziej mi się spodobała:).  Zanim przejdziemy do mojej opinii, spójrzmy jak definiuje swój zapach Piotr Czarnecki:
Kiviskin zainspirowany jest stylem ubrań i galanterii skórzanej. Nuty miękkiego zamszu zostały w nim podkreślone aromatem orzechów laskowych i skontrastowane goryczą skórki orzecha włoskiego oraz świeżością liści fiołka. Ciepły tytoń przyprawiony pieprzem, gałką muszkatołową i pimento na tle akordów ambrowych tworzy impresję wnętrz klubów, samochodów, jachtów wykończonych skórzaną tapicerką. Uosobienie pewności siebie, oryginalności, ciepła i spokoju. (http://www.piotrczarnecki.net/pl/glowna/8-kiviskin.html)
To najbardziej ekskluzywny i najbardziej wymagający zapach z całej trójki. Wielowymiarowa leśna i żywiczna świeżość brawurowo została zestawiona z zapachem skórzanej tapicerki. Te dwa obrazy stanowią równoważne siły, które górują nad pozostałymi nutami w takim dość apodyktycznym stylu, co oznacza, że nie pozostawiają im praktycznie żadnego pola do działania;). Całość nie jest przerysowana, ani ekscentryczna. Jeśli cenicie zapachy, które wyróżniają się na tle innych, są dynamiczne, wielopłaszczyznowe i z klasą, koniecznie sięgnijcie po tę propozycję marki.

Tak jak napisałam wcześniej, zapach ewidentnie zmierza w stronę męską, aczkolwiek potrafi równie pięknie rozgościć się na damskiej skórze. W gruncie rzeczy uważam, że to właśnie kobiety bardziej docenią Kiviskin aniżeli mężczyźni.

źródło zdjęcia - http://www.piotrczarnecki.net/pl/glowna/8-kiviskin.html

Dodatkowe informacje o perfumach:
  • cena: Venom of Angel - 490 zł; Bluebijou - 460 zł; Kiviskin - 540 zł
  • pojemność: 100 ml 
  • parametry: trwałość - dobra, projekcja - duża (według mnie większa niż na długość ramion)

Witajcie! :)

Lubię czytać na innych blogach o kosmetycznych podsumowaniach w pigułce, więc tym razem i ja postanowiłam zaproponować coś podobnego;). W moim subiektywnym przeglądzie kosmetycznym przeczytacie o dobrych kosmetykach, których zakup warto rozważyć. Mogłabym poświęcić każdemu z nich osobny post, ale - szczerze mówiąc - łatwiej mi ując opis każdego z nich w takiej skondensowanej formie.

Zacznę od płynnej matowej pomadki Ultra Satin Lip marki Colourpop. Mój kolor to London Fog, który jest intensywną czerwienią w chłodnej tonacji. Wykończenie jest z pogranicza satynowego i matowego. O dziwo pomadka na ustach wygląda rewelacyjnie: nie uwydatnia załamań, nie wygląda sucho, nie wykrusza się od wewnętrznej strony warg. Jest lekka, komfortowa, rewelacyjnie wygląda nałożona również na błyszczyk (jaką ten duet ma trwałość!).  Jedyną wadą jest to, że ciemnieje, więc przy wyborze tego kosmetyku nie można sugerować się kolorem opakowania.


Miałam okazję używać kilku maskar marki Max Factor i uważam, że Masterpiece HD  jest zdecydowanie najlepsza. Jej jakość w zupełności odpowiada moim oczekiwaniom, ponieważ uzyskuję idealne rozdzielenie, pogrubienie i wydłużenie rzęs. Tusz jest, jak każdy spod szyldu tej marki, bardzo trwały. Żeby uzyskać spektakularny efekt można dołożyć kolejne warstwy i zapewniam, że nie zobaczycie ani jednej grudki;). Rzęsy są sprężyste, nie mam uczucia ciężkości jak to było w przypadku tuszu Infinito marki Collistar czy np. po doklejeniu sztucznych rzęs (nigdy więcej takich eksperymentów!;D). Wadą jest bardzo mała pojemność produktu.


Mam wrażenie, że krem Epitheliale A. H Duo A-Dermy działa podobnie jak wersja Dermalibour+ z miedzią i cynkiem, tyle że jego formuła jest tak dopracowana, by można było go nakładać również na co dzień pod makijaż.

Producent informuje, iż jest to regenerujący krem przeznaczony do skóry uszkodzonej na skutek zabiegów dermatologii estetycznej (peelingów chemicznych, laserów, mikrodermabrazji), innych zmian w naskórku, które mogą pozostawiać trwałe ślady. Doskonale sprawdzi się również przy codziennych uszkodzeniach skóry: otarciach, skaleczeniach i oparzeniach. Zawarta w nim opatentowana innowacja Cicahyalumide® to połączenie dwupeptydu aminokwasów L-alaniny i L-glutaminy, ekstraktu z młodych pędów owsa Rhealba® oraz kwasu hialuronowego. Dzięki temu innowacyjnemu kompleksowi skóra szybciej się regeneruje, jest odpowiednio nawilżona.

Opis brzmi poważnie, ale nie ma obaw - można go stosować w codziennej pielęgnacji. Moja skóra dość często jest zaczerwieniona od mrozu przez wiele godzin, zdarza się też, że podrażniają ją niektóre maski algowe czy nowe podkłady. Gdybym nie miała tego kremu, musiałabym zmagać się z tymi zmianami przez 2-3 dni. Mając pod ręką ten magiczny wręcz kompres, mogę uporać się z problemem dosłownie w chwilę:).


Dodatkowe informacje o kosmetykach:
  • cena:  pomadka - ok. 42 zł +koszt wysyłki/ tusz - 30-45 zł/krem - 42 zł i 62 zł w zależności od pojemności, na którą się zdecydujemy
  • pojemność: pomadka - 3,2 g/ tusz - 4,5 ml/ krem - 40 ml i 100 ml
  • dostępność: pomadka - m.in. drogerie internetowe z kosmetykami profesjonalnymi, tusz - drogerie stacjonarne i internetowe, krem - apteki
Witajcie! :)

Dokonano zmian w formule tego podkładu i żadne zapewnienia nie przekonają mnie, że to ten sam produkt, tyle że w innym opakowaniu. Mnóstwo kobiet wyraziło swoje rozczarowanie w recenzjach na blogach, serwisach dla kobiet czy chociażby w sekcji opinii na stronach perfumerii. Nie zrozumcie mnie źle - to jest nadal świetny podkład, ale już w innej kategorii (na pewno nie w rozświetlającej).

Poprzednia wersja Teint Miracle od Lancome była urzeczywistnieniem wyobrażenia o idealnym rozświetleniu. Rozświetleniu, które faktycznie odmładzało i upiększało cerę za sprawą niespotykanej kombinacji perłowych pigmentów. Nie chcę, żeby zabrzmiało to infantylnie, ale naprawdę nie mogłam wyjść z podziwu dla marki, gdy zobaczyłam jak pięknie prezentuje się cera i cały makijaż na perfekcyjnym płótnie tego podkładu;). To prawda, że po dwóch godzinach mocno się wyświecał, ale wystarczyło tuż po nałożeniu zaledwie musnąć strefę T np. słynnym pudrem Laury Mercier i jego nadmierny blask został ujarzmiony.

Nowsza wersja ma nową butelkę, nowy ,,ulepszony" skład i nową, oczywiście wyższą cenę - brakuje tylko frajdy przy użytkowaniu, bo zniknął gdzieś ten unikatowy blask, z którego dotychczas znany był tylko Teint Miracle...

Teraz jest to bardzo dobry podkład satynowy. Świetnie będzie wyglądał na właścicielkach cer suchych, normalnych i mieszanych.  Do jego zalet należy zaliczyć to, że:
  • jest trwały, 
  • lekki,
  • niewidoczny na skórze,
  • nie przesusza,
  • kamufluje rozszerzone pory, choć już nie w takim stopniu jak stara wersja.
Jeśli chodzi o wady, wymieniłabym dwie:
  • jeśli nie mamy w zwyczaju ,,zasypywania" podkładu pudrem tuż po nałożeniu, musimy liczyć się z tym, że po kilku minutach ściemnieje,
  • alkoholowy zapach (poprzednia wersja pachniała jak dobre kwiatowe perfumy;)).
Czy kupię go ponownie? Jest wiele dobrych satynowych podkładów w znacznie niższej cenie, więc nie planuję powrotu do Teint Miracle.

Odcień mojego podkładu - 03 Beige Diaphane:



Dodatkowe informacje o kosmetyku:
  • cena:  189 zł
  • PAO: 12 miesięcy
  • pojemność: 30 ml
  • dostępność: perfumerie stacjonarne i internetowe
Witajcie! :)

Jakimi walorami muszą się cechować rozświetlacze, by zyskały Wasze uznanie? Powinny dawać efekt jednolitego mokrego blasku, mogą być bardziej metaliczne, satynowe czy dopuszczacie może ewentualność istnienia drobinek? 

Ja akceptuję zarówno rozświetlacze, które zapewniają efekt tafli, jak i te satynowe, byleby nie miały drobinek. Drugą właściwość, która stoi na równi z wykończeniem jest absolutne wygładzenie struktury skóry, dlatego też jeśli zauważę choćby minimalne uwydatnienie zmarszczek, uznaję, że produkt nie jest najlepszej jakości.

Jeśli w moje ręce trafią rozświetlacze z milionem oślepiających drobinek, od razu kwalifikuję je do zastosowania w innym celu niż ten, do którego zostały przeznaczone. Tak też było z tymi z Inglota i Narsa.

  • Inglot, sypki rozświetlacz do twarzy i ciała Sparkling Dust w odcieniu oznaczonym jako 01- według marki kosmetyk ten to subtelny, a jednocześnie mocno napigmentowany rozświetlacz do twarzy i ciała, polecany na co dzień i niezastąpiony podczas sesji fotograficznych. Stosowany indywidualnie na dowolną partię ciała naturalnie ożywia skórę, a w połączeniu z podkładem do twarzy czy różem do policzków podkreśla i rozświetla ich odcień. Doskonale sprawdza się po okresie zimowym, kiedy zmęczona, poszarzała cera potrzebuje blasku. Ani on subtelny, ani mocno napigmentowany - to po prostu zmielony perłowo-srebrzysty brokat na jasnobeżowej bazie. Jako rozświetlacz do twarzy jest totalnym nieporozumieniem, aczkolwiek mimo wszystko zyskał miano mojego największego odkrycia roku w kategorii ,,cień do powiek";). Jest trwały, nie roluje się i nie osypuje. Nałożony na bazę, korektor czy na mokro zawsze robi na mnie niesamowite wrażenie. Wiecie, że lubię takie mieniące się wynalazki;), stąd też moje niegasnące uwielbienie np. dla Water Dream Nabli, a teraz jeszcze na podium wskoczył ów Sparkling Dust;). Stosuję go również latem do rozświetlania ciała po uprzednim zmieszaniu z balsamem nawilżającym.
  • Nars Orgasm, wielofunkcyjna emulsja rozświetlająca (mam ją w wersji podróżnej w pojemności 8 ml) - według producenta lekka i skrząca się formuła rozświetlacza ma przywracać świeżość i blask twarzy. Kosmetyk perfekcyjnie się rozprowadza, odświeża i upiększa cerę, dając jej opalizowany blask. Jako że rozświetlacz ma widoczne drobinki i jest za ciemny (brzoskwiniowo-brązowy), musiałam znaleźć dla niego inne zastosowanie. Pierwszy pomysł, który przyszedł mi do głowy, to zmieszać go z cięższymi matowymi podkładami w proporcji 1:1 i sprawdzić czy uda się uzyskać efekt promiennej cery. Cel został osiągnięty:). Ładnie też wygląda nałożony na usta i pokryty bezbarwnym błyszczykiem.

Pierwsze zdjęcie - Sparkling Dust z Inglota na powiekach, drugie - rozświetlacz z Narsa na ustach i kościach policzkowych:



Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • cena:  Inglot - 49 zł, Nars - 155 zł
  • PAO: Inglot - 18 miesięcy, Nars - 12 miesięcy
  • pojemność: Inglot - 2,5 g, Nars - 30 ml
  • dostępność: strona internetowa Inglota, salony Inglot, Sephora

Witajcie! :)

Znam kilka osób, które sięgają po niektóre swoje ulubione perfumy tylko raz w roku (np. w Wigilię, rocznicę ślubu) bądź otaczają się danym zapachem wyłącznie przez jakiś krótki czas (mam tu na myśli np. bursztynowe/ambrowe aromaty na schyłek lata i początek jesieni oraz korzenne na okres okołoświąteczny i świąteczny). W związku z tym, że mój zbiór składał się z zapachów, których używałam tak naprawdę w dowolnym momencie, o ile tylko uznałam, że są one spójne z moim nastrojem i stylizacją, sądziłam, że nie ma sensu ograniczać sobie tej przyjemności:).


Gdy pewnego dnia moją kolekcję zasilił wyjątkowy Salim Bagh 1619, będący dziełem polskiej niszowej marki perfumeryjnej Tabacora Parfums, uświadomiłam sobie, że chęć otaczania się aurą danego aromatu zaledwie przez chwilę czy choćby dłuższą chwilę być może ma jakiś sens...

Zacznę jednak od tego, że te perfumy są moim zdaniem doskonałą interpretacją jesieni - takiej, która zdążyła się już rozgościć, czyli mógłby być to koniec października i całym listopad. Jest w tym flakonie zamknięty deszcz i przeszywający wiatr, liście leżące na mokrej ziemi, zapach lasu po nocnej ulewie, zarówno ususzone, jak i dojrzałe czerwone róże.

Aromat jest na skórze bardzo zmienny: czasem na wskroś ziemisty, świeży, wytrawny, czasem gęsty i słodki za sprawą wyśmienitego współbrzmienia róży oraz  duetu wanilii i bursztynu. Te dwa oblicza perfum na ogół harmonijnie się przenikają, zdarza się jednak, że odsłaniają się na skórze jako odrębne natury.

Piramida zapachowa:
górne nuty: szafran, róża, irys
środkowe nuty: cypriol, balsam gurjan, agar
dolne nuty: agar, paczula, bursztyn, piżmo, wanilia


Kompozycja jest odważna, wymagająca i zarazem... onieśmielająca. Mimo oczywistego rozmachu, który charakteryzuje te perfumy, warto też wspomnieć, że są one w pewien specyficzny sposób spójne charakterologicznie ze słynnymi Perłami marki Lalique - łączy je ten sam nostalgiczny  ton.

Dwa lata temu pisałam na blogu o attarze Salim. Dla wszystkich, których ciekawi jak na ich tle wypada ekstrakt, wyjaśnię, że wersja w olejku wybrzmiewa w dalszej fazie rozwoju na skórze pudrową różą. Wyraźnie wyznaczono w niej granicę między spektakularnym balsamicznym i ziemistym otwarciem, a wyjątkowo sensualną dojrzałą różą. Uważam, że jest to aromat wielowymiarowy i zaskakujący. Ekstrakt natomiast pozbawiony jest tej pudrowości, jest też bardziej przewidywalny, aczkolwiek nie uznaję tego za wadę w kompozycjach bogatych w dobrej jakości składniki.
Powracając do tego, o czym napisałam na wstępie, z uwagi na to, że zapach naprawdę mnie onieśmiela swoim rozmachem, nie wyobrażam sobie go nosić przez cały rok. Z przyjemnością natomiast sięgnę po niego późną jesienią, czyli wówczas, gdy będzie mógł idealnie dopasować się do szarugi i  zdoła go poskromić wiatr;).

PS. Jeśli zapoznacie się ze składem i pomyślicie, że przecież o połączeniu róży i drewna agarowego powiedziano w sztuce perfumeryjnej już wszystko, spróbujcie zmierzyć się z tą propozycją marki Tabacora Parfums:).

Pozostałe informacje o perfumach:
  • parametry użytkowe  - trwałość całodzienna, projekcja bardzo dobra
  • dostępność - perfumerie niszowe i orientalne
  • cena - 50 ml ekstraktu - 650 zł
  • perfumy wygrałam w konkursie na blogu Sabbath of Senses
Witajcie! :)

W dzisiejszym poście podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami na temat dwóch cieni oraz dziesięciu pimentów, które mam w odsypkach. Produkty wychodzą spod szyldu polskiej marki Glam, której właścicielką jest Hania Knopińska.

Kolory i wykończenia przedstawiam według własnego uznania - nie sugerowałam się firmowymi opisami, bo z większością nie do końca się zgadzam;). Być może jest tak dlatego, że wyglądają one inaczej w wyprasce i słoiczkach, inaczej na dłoni, a jeszcze inaczej na oczach. Na oczach oczywiście najkorzystniej, więc skupię się tylko na tym aspekcie.

Cienie:
  • czekoladowa róża - jasny wrzosowy z domieszką brązu (metaliczny). Cudownie się prezentuje, gdy cały makijaż jest utrzymany w neutralnym pudrowym różu, a kropkę nad i stanowi rozświetlacz z białym pigmentem;). Cień niesamowicie podkreśla urodę.  Niestety zdjęcia w internecie nie oddają jego uroku, więc musicie uwierzyć mi na słowo, że jest wyjątkowy;). Pod względem wizualnym i kolorystycznym najlepiej wygląda wtedy, gdy nałożony jest na korektor, na bazie podkreśla wszelkie załamania powieki, staje się też o ton ciemniejszy, co akurat mi nie odpowiada.
  • curry - słoneczny pomarańczowy zmieszany z kolorem przyprawy curry (metaliczny). Świetnie wygląda w zestawieniu z pudrem brązującym utrzymanym w średniej ciepłej tonacji i bezbarwnym bądź jasnym błyszczykiem - ten dość ekscentryczny kolor ewidentnie nie lubi konkurować z wyrazistymi ustami. Zarówno na korektorze, jak i bazie cień prezentuje się bardzo dobrze.

Pigmenty:
  • kosmo - ceglasto-różowy ze złotymi drobinkami (satynowo-metaliczny). Wyjątkowy kolor, który moim zdaniem podkreśli każdą tęczówkę.  Do jesiennych makijaży będzie jak znalazł;).
  • różowy rubin - różowo-brązowy  ze srebrzystym blaskiem (metaliczny/foliowy). Często porównuje się go do cienia czekoladowa róża. Moim zdaniem to dwa różne kolory, co widać nawet na zdjęciach zamieszczonych poniżej. Różnica jest widoczna zarówno w barwie, wykończeniu, jak i intensywności połysku. Uwielbiam ten pigment za efekt tafli ♥.
  • satyna - chłodny cielisty beż  (metaliczny). Jeśli szukacie bezpiecznego, ale jednocześnie efektownego koloru do makijaży dziennych, to satyna będzie idealnym wyborem.
  • cukier puder - błękitno-różowy  (efekt pokruszonej bombki). Ten pigment ma formułę płatków, które dość dobrze rozprasowują się na bazie. Największe wrażenie robi w pełnym słońcu *_*. Raczej nie nadaje się do dziennych makijaży (ewentualnie jako akcent na środek powieki).
  • utopia miedziany brąz (metaliczny). Bardzo podobny do cienia Sweet Sound z palety Naturally Yours. W końcu trafiłam na godny zamiennik:).
  • glam - złoto z domieszką moreli (metaliczny).  Uwielbiam w nim to, że dosłownie iskrzy milionem srebrnych i seledynowych drobinek. Warto nałożyć go na bazę, ponieważ na korektorze może się zrolować.
  • bestseller - chłodny brąz (metaliczny). Na dłoni wydał mi się taki zwyczajny, natomiast okazało się, że wystarczy rozetrzeć go tuż na powieką ciepłym brązowym cieniem bądź pudrem brązującym, żeby makijaż od razu ,,nabrał życia" ;).
  • goły - naturalny waniliowy kolor z  seledynowymi, złotymi i różowymi drobinkami (satynowy). Nie lubię go, ponieważ nierównomiernie pokrywa powiekę.
  • konfetti - wielokolorowy brokat (m.in. niebieski, granatowy, czerwony, zielony, srebrny). Ładnie będzie wyglądał na czarnym eyelinerze bądź nałożony na  środek powieki na inny cień (trzeba będzie użyć specjalnego kleju do brokatu). W moim makijażu, nawet tym sylwestrowym czy wieczorowym, tak ekstrawagancki pigment nie jest potrzebny.
  • luna - turkusowy (perłowy). Pomijając już to, że do mojego typu urody takie kolory nie pasują, niestety muszę stwierdzić, że pigment nie wywarł na mnie pozytywnego wrażenia - nie ma tu wielowymiarowości koloru, na powiece prezentuje się jak zwykły cień z tandetnym perłowym połyskiem.
Podsumowując, po przetestowaniu dwóch cieni jestem bardzo ciekawa kolejnych, ponieważ przede wszystkim są trwałe i mają miękką konsystencję, czyli taką, jaką lubię najbardziej. Poza tym nie mam żadnych problemów przy rozcieraniu, nawet wtedy, gdy mocno dociskam pędzlem do skóry. Jeśli chodzi o pigmenty, jestem jak najbardziej na tak i z pewnością jeszcze kiedyś przeczytacie o nich na moim blogu;).

Ulubione cienie i pigmenty użyte w makijażu (kolejno: czekoladowa róża, curry, kosmo, różowy rubin, satyna, cukier puder, utopia, glam): 


Dodatkowe informacje o produktach:
  • cena ----> cień czekoladowa róża - 12 zł, cień curry - 16 zł, pigmenty - 13 i 16 zł
  • gramatura ----> cienie - 1,8 g; pigmenty -5 ml
  • dostępność  ----> sklep internetowy Glam-Shop.pl
  • cienie można nakładać na sucho i na mokro
  • produkcja w Polsce
  • produkty oraz ich składniki nie są testowane na zwierzętach
Witajcie! :)

W kwestii pomadek Mac jestem aktualnie na etapie realizacji swojej listy:). Przyjrzałam się już wszystkim jasnym chłodnym odcieniom różu oraz cielistym kolorom i już wiem, które powinny jak najprędzej znaleźć się w moim zbiorze;).

Kiedy swego czasu opublikowałam na blogu recenzję szminki Costa Chic, zarzekałam się, że nie zdecyduję się po raz kolejny na egzemplarz z tej metaliczno-satynowej rodziny frost. Przekonał mnie dopiero argument, że formuła pozostałych odcieni jest lepsza, a co za tym idzie, efekt na ustach jest znacznie ładniejszy. Zdecydowałam się zatem na bliźniaka kolorystycznego Creme Cup, czyli Angel (zgadza się, nie widzę różnicy w barwie;)), bo uwielbiam ten pochmurny róż z kropelką lawendy.

Pomadka nadaje ustom przepiękny srebrzysty blask, który - trzeba zaznaczyć - nie jest tandetny. Przez jakieś pół godziny prezentuje się tak, jakbyśmy nałożyły błyszczyk, później natomiast przeobraża się w wykończenie satynowe z domieszką metaliczności

Aplikuje się bardzo łatwo -  sztyft w w zetknięciu z wargami zachowuje się niczym balsam do ust.

Tyle tytułem wstępu. Teraz chciałabym zaproponować nieco inną formułę prezentacji kosmetyku, a mianowicie stworzyłam listę jego zalet i wad. Myślę, że tak będzie szybciej i łatwiej będzie można wychwycić konkrety;).


Co zaliczam do zalet? 
  • piękny kolor oraz nietypowy i  elegancki zmrożony połysk
  • bardzo dobre nawilżenie ust
  • dobre krycie przy dwukrotnym przeciągnięciu sztyftu
  • niewyczuwalna na ustach 
  • nie podkreśla suchych skórek
  • nie migruje poza kontur ust
Co zaliczam do wad?
  • słaba trwałość  (ok. 2 godziny)
  • nieestetyczne schodzenie pomadki z ust

Podsumowując, trwałość zawsze będzie dla mnie wyznacznikiem jakości i w tym przypadku muszę stwierdzić, że niestety nie zamierzam ponawiać zakupu szminki, aczkolwiek zużyję ją bez większego narzekania;). Będę po prostu kontrolować jej wygląd i usuwać tworzącą się na wewnętrznej stronie ust białą linię. Za to z przyjemnością wrócę do wspaniałej Creme Cup;). 


Dodatkowe informacje o produkcie:
  • cena:  86 zł
  • pojemność: 3 g
  • dostępność: salony MAC oraz sklep internetowy MAC