Najnowsze wpisy

Witajcie! 

W tym roku przetestowałam mnóstwo perfum, które od dawna znajdowały się na swojej liście. Znalazłam wśród nich kilka ,,diamentów" 💚, które powiększyły już moją garderobę zapachową;), dlatego napiszę o nich innym razem, natomiast teraz skupię się wyłącznie na kompozycjach emocjonujących, ale jednocześnie takich, które z jakiegoś powodu nie ujęły mnie na tyle, by je kupić. Podsumowując, tym razem nie będę krytykować kiepskich perfum, ale pozwolę sobie wynotowywać drobne uwagi do całkiem przyjemnych pachnideł;). 

Od dziś będę również podawać nazwiska perfumiarzy, którzy stworzyli opisywany przeze mnie zapach, ponieważ są oni nieco spychani w cień w tym całym procesie twórczym. Poza tym sama coraz częściej zwracam uwagę na to, kto skomponował zapach, który chcę przetestować bądź kupić, a zdarza się też, że szukam zapachów jednego twórcy, ponieważ spodobały mi się jego wcześniejsze dzieła.


Przejdźmy do opisu poszczególnych zapachów:

  • Lalique, Soleil edp - Soleil nawiązuje w pewien sposób do dwóch innych perfum tej marki, a mianowicie: Le Parfum i Satine. Elementem łączącym wszystkie trzy perfumy jest suchy i pylisty akord kakaowo-migdałowo-drzewny. Różnica jest taka, że Le Parfum i Satine to ciężkie otulające zapachy na zimę, z których pierwszy skręca w stronę na pół słodkiej, na pół wytrawnej wanilii, a drugi w stronę budyniu migdałowo-waniliowego, natomiast Soleil to ich lżejsza i weselsza odsłona w sam raz na wiosnę, bowiem jest rozpromieniona mandarynkami i wygładzona nutami mlecznymi. Zapach jest skomponowany z wielu ciekawych nut, ale nie są one podane dosłownie - poszczególne komponenty są raczej rozmyte aniżeli wyostrzone;). Jeśli chodzi o wady, uważam, że trochę za szybko wyciszają się w tej kompozycji cytrusy, pozostawiając na skórze aromat przypominający słodki puder wygrzany na słońcu, który nie do końca mi się tutaj podoba. Poza tym jest to zapach, który ma słabą projekcję i trwałość. Perfumiarze: Alexandra Monet, Barbara Zoebelein, Benoist Lapouza. Moja ocena ---> 3/6.
  • Bvlgari, Splendidia Jasmin Noir edp - przepiękny idylliczny jaśminowy zapach, który jest słodki i kremowy za sprawą gardenii i drzewa sandałowego. Odnajdziecie w nim też odrobinę pudru, ale ten efekt zanika po jakimś czasie. Bardzo wyraźnie zarysowano w tej kompozycji motyw herbaciany  (mam skojarzenia z posłodzoną herbatą jaśminową, niekiedy z herbatą Earl Grey), w związku z czym trochę przypomina mi podstawową wersję Flowerbomb marki Victor&Rolf, choć jest zdecydowanie lżejszy. Dlaczego więc nie znajdzie się w mojej kolekcji, skoro jest tak świetny? Powodem są parametry - ma zbyt łagodną projekcję i słabą trwałość jak na perfumy z wyższej półkiPerfumiarz: Sophie Labbe. Moja ocena ---> 5/6.
  • Lolita Lempicka, Lolita Land edp - jestem pewna, że po pierwszym teście w perfumerii większość osób uzna ten zapach za koszmarny;), dlatego doradziłabym, żeby najpierw zamówić próbkę/odlewkę w celu przeprowadzenia testu globalnego i po prostu oswojenia się z tą kompozycją zarówno w pomieszczeniu, jak i na zewnątrz np. w wietrzny ciepły dzień. Na mnie pachnie jak waniliowy olejek do ciasta z syropem na kaszel, który ma owocowy smak. Gdzieś na dalszym planie ujawnia się też marcepan i skórka pomarańczy. Jak widzicie, mamy do czynienia z specyficzną, trochę dziwną kompozycją:). Choć zapach mi się podoba,  mam jednak wrażenie, że jest niedoszlifowany i zdarza się, że wybrzmiewa nieharmonijnie. Perfumiarze: Francis Kurkdjian, Maia Lernout. Moja ocena --->3+/6.
  • Sisley, Izia edp - moje wyobrażenie o tym zapachu zbudowane na podstawie wszystkich przeczytanych recenzji m.in. na blogach runęło z chwilą pierwszego testu. Jaki różany ogród? Jakie aldehydy? Przecież to pachnie jak cukierki limonkowe i cytrynowe z sokiem w środku;) z akcentem aromatu liści drzewka cytrynowego. Od czasu do czasu czuję, że próbuje się przez tę słodycz przebić jakiś wytrawny zielono-drzewny akord, ale w ostateczności nic z tego nie wychodzi. Zapach ma dużą projekcję i bardzo dobrą trwałość. Przyznaję, podoba mi się, że jest taki optymistyczny, ponadto świetnie się w nim czuję teraz, gdy jest początek wiosny. Poprawia humor i dodaje energii, ale mimo wszystko spodziewałam się czegoś ambitniejszego. W ramach dopowiedzenia chciałabym wspomnieć, że Izia bardzo mi się kojarzy z dwiema wodami kolońskimi od Maurer&Wirtz: Lemon&Ginger oraz Melissa&Verbena - jest jakby zgrabnym połączeniem obu tych kompozycji. Perfumiarz: Amandine Clerc-Marie. Moja ocena --->4/6.
  • Mugler, Womanity Eau Pour Elles edp - słodkie czerwone truskawki posypane solą;). Towarzyszy temu akordowi zapach rozgrzanej skóry i nadmorskiego wiatru w upalny dzień. Według mnie najlepiej pachnie wyłącznie w ciepłe dni w okresie wiosenno-letnim. Bardzo mi się podobają te perfumy, natomiast wiem, że nie sięgałabym po nie zbyt często, ponieważ trzeba mieć na tak nietypowy zapach nastrój;). Perfumiarze: Christine Nagel, Serge Majoullier . Moja ocena ---> 5/6.
  • Kenzo, Amour edp - Amour pachnie jak ryż na mleku z wanilią i odrobiną cukru:), ale żeby nie było tak nudno, perfumiarz dobrze wyeksponował tu kadzidło (nie ma się czego obawiać, ponieważ nie jest ono  natarczywe) oraz kwiat wiśni. Przepiękny zapach, ale w tym momencie nie czuję, by w pełni do mnie pasował. Może za kilka lat?:) Perfumiarze: Olivier Cresp, Daphne Bugey. Moja ocena ---> 6/6.

Jeśli znacie któryś z zaprezentowanych przeze mnie zapachów, koniecznie podzielcie się spostrzeżeniami na jego temat w komentarzu:). Pozdrawiam:***.

Witajcie! :)

Zapachy spod szyldu Pani Walewska cieszą się ostatnio niemałym zainteresowaniem wśród miłośników perfum. Na kanałach poświęconych tej tematyce tworzy się rankingi - każdy próbuje wytypować najlepszą kompozycję spośród sześciu, które są aktualnie dostępne. Mnóstwo recenzji znajdziecie również w grupach perfumowych na facebooku, na kontach kolekcjonerów perfum na instagramie i oczywiście na stronie magazynu internetowego Fragrantica. 

Ja byłam dość długo obojętna wobec tych zapachów do czasu, gdy zaintrygowano mnie opisem Pani Walewskiej w rubinowej odsłonie...

Aldehydowej wersji Classic w niebieskim flakonie z 1971 roku nie trzeba chyba nikomu przedstawiać z oczywistych względów;), jest też biała buteleczka In White, czarna Noir, różowa Sweet Romance, złota Gold i czerwona Ruby. Przy okazji wypada też wspomnieć, że w mniejszym bądź większym stopniu te kompozycje nawiązują do perfum znanych marek, a więc proszę nie oczekiwać żadnych zaskoczeń olfaktorycznych i unikatowości;).

Wstępne testy pokazały, że miejsce na blogu poświęcę tylko jednej z nich, ponieważ:

  • nie wyczułam w niej tandetnego, taniego wydźwięku
  • nie odnotowałam w niej ani jednej drażniącej czy np. duszącej nuty,
  • jest w pewien sposób podobna do wycofanej z produkcji Miss Dior Cherie z 2005 roku, której pożądają dziś kolekcjonerzy, a także fani tej wyjątkowej edycji,
  • jest to po prostu zaskakująco uroczy zapach.

Pani Walewska Ruby siostrą bliźniaczką Miss Dior Cherie (2005) czy tylko cieniem zapachowym pierwowzoru?

Wycofana szyprowo-owocowa Miss Dior Cherie z 2005 roku podobała mi się, ale nie na tyle, żeby ją kupić. Trochę przeszkadzało mi w niej, że to skądinąd niezaprzeczalnie piękne połączenie m.in. truskawek, szampana, karmelu, paczuli i akcentu słonego, za którym krył się popcorn umocowane jest na ciężkim i ekspansywnym bursztynie, który w dalszej perspektywie trochę drażnił. Mój nos podpowiadał, że gdyby była choć trochę lżejsza, byłaby zapachem idealnie skrojonym dla mnie;).

Opisywanie Pani Walewskiej Ruby w kontekście ogromnego podobieństwa do dawnej Miss Dior Cherie sprawiło, że zaświtała mi myśl, by rozejrzeć się za nią w pobliskim supermarkecie;), bo chociaż nie spodziewałam się, że tani, stworzony wyłącznie z syntetycznych składników zapach mógłby odpowiadać 1:1 swemu pierwowzorowi (to nie jest możliwe), to jednak po cichu liczyłam na lekkość i zwiewność.
 
Różnice czuć zarówno na poziomie struktury zapachu, jego charakteru, brzmienia, jak i parametrów użytkowych. W Ruby w dość oczywisty sposób podano truskawki, aromat szampana i słony karmel, które przełamano ostrą i świeżą paczulą oraz solidną porcją piżma. Nie ma tu intrygującej głębi i wielowymiarowości, którą uraczył nas Dior;). Zapach nie ewoluuje na skórze - od początku do końca pachnie tak samo. Widzę go wyłącznie na okres wiosenno-letni - niskie temperatury w drugiej połowie roku po prostu go stłamszą. Nie odbija się za bardzo od skóry, więc, wyczują go na nas osoby, które dopuszczamy do naszej przestrzeni intymnej i bliższej osobistej. Nie możemy też oczekiwać wielogodzinnej trwałości. Poza tym trzeba spryskiwać się tym zapachem niczym mgiełką do ciała, żeby miał optymalne warunki do rozkwitu.
 
Wiem, że to wszystko, o czym napisałam wyżej poniekąd brzmi jak krytyka, ale chciałabym zaznaczyć, że mnie jego pozorne wady nie przeszkadzają. Jest w tej swojej lekkości i nieskomplikowaniu bardzo przyjemny i uroczy. Nieodparcie kojarzy mi się z wiosną i porannymi spacerami.  Pani Walewska Ruby, owszem, jest cieniem zapachowym pierwowzoru, ale w tym przypadku nie kryją się za tym określeniem negatywne konotacje, ponieważ otrzymujemy perfumy, które naprawdę nie pachną tandetnie. 
 

Piramida zapachowa:

Nuta głowy: mandarynka, truskawka, malina
Nuta serca: jaśmin, poziomka.
Nuta bazy: dżemu malinowy, popcorn, paczula, piżmo.



Pozostałe informacje o perfumach: 

  • cena regularna: w zależności od miejsca zakupu od 14.99 zł do 31.50 zł za 30 ml,
  • przeznaczenie:  zapach na co dzień; okazje nieformalne: w warunkach domowych, na spacery, na zakupy.
  • parametry: projekcja bliskoskórna; trwałość około 4 godzin,
  • dostępność: strona producenta, perfumerie internetowe, drogerie internetowe, drogerie stacjonarne, supermarkety.

Witajcie! 

Dzisiaj chciałabym Wam zaprezentować najpiękniejszy zapach z portfolio japońskiej marki Masaki Matsushima, jakim według mnie jest Shiro. Będąc w aurze tych perfum, mam poczucie, że są dziełem doskonałym, dopracowanym w każdym szczególe. Niezależnie od tego, który akord wyłania się na pierwszy plan, w tle rozbrzmiewa harmonijne zespolenie pozostałych nut. Shiro to czystość szlachetna, eteryczna, niemalże niebiańska

Czego dowiemy się o zapachu z materiałów prasowych?

Shiro to japońskie określenie bieli. Zapach uosabia nieskazitelność oraz świeżość ,,czystej tkaniny". Unikalny zapach Shiro jest niezwykle elegancki, harmonijnie łączy wyrafinowanie, spokój i równowagę. W czasach nadmiaru, próżności i wizualnego przepychu japoński projektant pozostaje wizjonerem, który wraca do nieskazitelnej bieli, symbolizującej odprężenie i relaks.

Od niezrozumienia i niechęci do wielkiej miłości

Kiedyś napisałam na blogu, że jest to zapach proszku do prania... Nie porwał mnie wtedy, nie rozumiałam go, najprawdopodobniej nie dałam mu szansy, by mógł zaistnieć na mojej skórze przynajmniej przez kilka dni.  

Zainteresowałam się nim ponownie na fali rewolucji, która przetacza się ostatnio przez mój gust zapachowy, czego rezultatem jest słabość do perfum o zapachu czystości. Dzisiaj stanowczo się z tej niefortunnej minirecenzji wycofuję i zaznaczam, że odbieram Shiro zupełnie inaczej - nie ma tu ani grama proszku do prania! ;) Mało tego, stał się jednym z moich ulubionych zapachów. 

Jak pachnie Shiro?

Z tym zapachem kojarzy mi się pewna sceneria. Budzę się w chłodny zimowy lub wczesnowiosenny poranek w samym sercu lasu świerkowego w przytulnie urządzonym domku, którego wystrój utrzymany jest w białym kolorze. Ożywcze chłodne powietrze przedostaje się do wnętrza przez uchylone okno. Spoglądam na bukiet kilkudziesięciu białych róż znajdujących się w wazonie na stole, wypijam ciepłe mleko i udaję się na krótki spacer. W tej scenerii można poczuć, jak zatraca się poczucie czasu i rozmywają się wszelkie troski. 

Na początku zapach skrzy się dynamicznie i trudno przewidzieć, w którą stronę podąży. Kiedy osiądzie na skórze, dokonuje się w nim metamorfoza na poziomie temperatury: chłód ustępuje miejsca umiarkowanemu ciepłu. Shiro brzmi jak eteryczny obłok czystości, zwłaszcza wtedy, gdy do białych róż dołącza akord kosmetycznego kremu o słodkim aromacie i odrobina pudru. Czasami mam wrażenie, że  czuję w nim również sok z aloesu. Najkrócej mówiąc, kompozycja jest osadzona przede wszystkim na dwóch dźwiękach: kwiatowym i pudrowym.

Moim zdaniem nie jest to zapach przesadnie elegancki, nie buduje dystansu, nie wyczuwam w nim powiązań z sensualnością - on jest raczej taki... zaciszny, kontemplacyjny, aczkolwiek moim zdaniem pasowałby również na formalne spotkania, dzięki temu, że jest w nim specyficzna nuta rześkości, świeżości i to, że jest dość neutralny w swym charakterze. Zapach nie jest przestrzenny, nie ma też wielkiej projekcji - promienieje łagodnym blaskiem.

Czy J. Stephan Jellinek - autor książki ,,Perfumy. Marzenie we flakonie" (1992) uznałby Shiro za perfumy dobre? :)

Zapytacie, skąd pomysł na taki nagłówek w recenzji Shiro. Otóż ostatnio przeczytałam wyżej wymienioną książkę ponownie i moją uwagę przykuły bardzo ciekawe spostrzeżenia autora odnośnie czynników, jakie muszą zaistnieć, by można było uznać perfumy za dobre. Przytoczę krótki cytat  z podrozdziału, w którym Jellinek uszeregował wszystkie zasady estetyki uwidaczniające się w wielkich perfumach, ja natomiast wybrałam fragment mówiący o jednej z nich. Dla wielu osób poniższy pogląd okaże się kontrowersyjny (ja traktuję go z przymrużeniem oka;)). Pokazuje on, jak bardzo zmieniły się trendy, nasze preferencje i postrzeganie perfum w ciągu ostatnich trzydziestu lat:

Nawet jeśli każda z substancji użytych do produkcji danych perfum przypomina nam swoim zapachem woń znaną z życia codziennego - las sosnowy, przyprawy korzenne, wilgotną ziemię, egzotyczny owoc, stajnię dla kóz, warsztat samochodowy, to zapach finalny kompozycji nie może nam przypominać niczego z tej codzienności. Perfumy mogą pachnieć jedynie perfumami - i nic ponadto. Skojarzenia z kwiatami i pudrem są dozwolone, wszystkie inne są fatalne. Szczególnie unika się zbyt wyraźnych skojarzeń z potrawami (bowiem wiele komponentów pochodzi z tego świata zapachów) i z mydłami (bowiem wszystkie mydła są perfumowane, ale perfumy, które przypominają mydło, sprawiają wrażenie tandetnych).
Jak widzicie, perfumy Shiro spotkałyby się z uznaniem autora książki:), z kolei wiele propozycji z ekskluzywnej półki niszowej niekoniecznie;). 
 
Shiro jest na rynku od ponad 20 lat. Jeśli kiedyś zostanie wycofany z produkcji, zrobię nieprzyzwoicie duży zapas;).

Pozostałe informacje o perfumach: 

  • cena: w zależności od miejsca zakupu od 100 zł do 269 zł za 40 ml,
  • przeznaczenie:  zapach na co dzień; okazje nieformalne i formalne,
  • parametry: projekcja umiarkowana (na długość ramion), a potem bliskoskórna; trwałość powyżej 6 godzin,
  • dostępność: perfumerie stacjonarne i perfumerie internetowe.

Witajcie! 

Moja fascynacja perfumami odzwierciedlającymi zapach czystości w różnych odsłonach trwa w najlepsze. Poszukuję takich, które przypominają świeżość poprysznicową, mydlaną, kremową, cielesną - mogą to być zapachy, które stanowią dosłowne ujęcie tego motywu, ale mogą być jak najbardziej takie, które nawiązują do niego w sposób nieoczywisty i niekonwencjonalny. 

W swojej kolekcji miałam dotychczas dwa wybitne dzieła będące przedstawicielami tej kategorii: z głównego nurtu Narciso eau de parfum (słynna biała kostka;)) marki Narciso Rodriguez oraz niszowe White extrait de parfum marki Puredistance, a teraz dołącza do nich kolejna perła, tym razem z półki celebryckiej - Glow od Jennifer Lopez.

Glow wyznacza cezurę w świecie perfum celebryckich

W książce Lizzie Ostrom pt. ,,Stulecie zapachów" odnalazłam kilka słów na temat perfum Glow, których premiera - jak informuje autorka - okazała się momentem przełomowym w świecie perfum celebryckich: 
Gdy w 2002 roku Jennifer Lopez poszerzyła swoją markę o perfumy Glow, przyjęto je jako rewolucyjną zmianę w sferze perfum celebryckich, które tchnęły nowego ducha w tę kategorię.
Ostrom kontynuuje myśl, stwierdzając, że sam zapach, jak i jego nieprawdopodobny sukces utorował drogę innym celebrytkom, które w lawinowym tempie zaczęły wypuszczać swoje perfumy. Wymienia m.in. takie nazwiska jak: Sarah Jessica Parker, Britney Spears, Kate Moss, Kylie Minoque, Rihanna.
 


Nieperfumeryjne perfumy

Kilkusekundowe otwarcie jest mocne: to uderzenie cierpkim białokwiatowym obuchem, więc spokojnie czekam na serce i bazę, którymi będę się napawać przez kilka następnych godzin. Po chwili zaczyna robić się  przyjemnie - ogrom drobnych białych kwiatów unosi się na pianie utworzonej z płynu do kąpieli, po czym perfumy zaczynają pachnieć tak, jakbyśmy przed chwilą użyli balsamu do ciała.

Co się dzieje później? W istocie jest to zapach mydlany, który w pewnym momencie zostaje dopełniony aromatem najsłynniejszego kremu na świecie - tak, mowa o kremie Nivea;). I tak sobie wybrzmiewają te dwie frakcje w jednym splocie już do końca dnia. W związku z tym ktoś może powiedzieć, że w takim razie nie jest to zbyt wymyślny zapach i właściwie nie wiadomo, czym umotywowane są wszelkie zachwyty nad nim. Odpowiem w ten sposób: rzeczywiście, kiedy zaaplikujecie Glow na skórę, nikt z Waszego otoczenia nie domyśli się, że użyliście perfum - wszyscy będą przekonani, że niedawno wzięliście prysznic, po czym nasmarowaliście ciało kremem, nie szczędząc go sobie;), natomiast ja jestem zauroczona tym efektem. 

Glow absolutnie nie jest zapachem, który przywodzi na myśl skojarzenia z elegancją, chłodnym dystansem, niepokojącą sterylnością ani też z luksusowym wymiarem czystości - owszem jest czysty, ale w nieskomplikowanym ujęciu, przy czym gwarantuję, że jest on zmieszany w dobrym stylu


Pozostałe informacje o perfumach: 

  • cena regularna: ok. 133 zł za poj. 30 ml
  • przeznaczenie:  zapach na co dzień; okazje nieformalne
  • parametry: projekcja umiarkowana (na długość ramion), a potem bliskoskórna; trwałość ok. 6 godzin
  • dostępność: drogerie stacjonarne i perfumerie internetowe

Witajcie! 

W czasie mojej ośmioletniej przygody związanej z  prowadzeniem bloga przedstawiałam Wam rzetelne i szczere opinie m.in. na temat kosmetyków i perfum marek luksusowych.  Kiedy więc w ramach współpracy zostałam poproszona o wytypowanie produktów z perfumerii internetowej Douglas, które uznaję za świetnej jakości, a zatem i takie, które mogłabym jednocześnie polecić na prezent (wszak zbliżają się walentynki, Dzień Kobiet i z pewnością inne indywidualne okazje sprzyjające obdarowywaniu;)), przyjęłam tę propozycję i wybrałam sześć prawdziwych pereł, o których nie jeden raz wspominałam Wam zarówno na blogu, jak i instagramie.

Będą dwa wyjątkowe, aczkolwiek - mam wrażenie - niedoceniane zapachy, dwie wyróżniające się jakością pomadki, które mam aktualnie w kilku kolorach, puder posiadający magiczną moc upiększania cery oraz róż do policzków, który zmienia kolor pod wpływem różnych czynników

Szczególnie polecam przyjrzeć się tym sześciu propozycjom, które zamieściłam w kolażu zdjęć:

  • Giorgio Armani Code eau de parfum - Code jest już ze mną od 5 lat i z każdym kolejnym rokiem moje uznanie dla tych perfum jest większe. To mistrzowskie połączenie białych kwiatów, gorzkiej pomarańczy i imbiru. Żeby uczynić z tej kompozycji uwodzicielską miksturę, perfumiarz osłodził ją odrobiną wanilii i kilkoma kroplami miodu. Perfumy są świeże, nieco odurzające, okraszone goryczą i zarazem słodkie. Code jest szykownym zapachem na dzień i wieczór dla dojrzałych kobiet. Moja kolekcja nie istnieje bez tego zapachu:)💜.
  • Versace Versense eau de toilette - mam tylko jeden stricte cytrusowy zapach i jest nim właśnie Versense. Nie dołączyła do niego jeszcze żadna kompozycja z tej kategorii, ponieważ jak dotąd nic nie jest w stanie się z nim równać. Versense sugestywnie odmalowuje greckie krajobrazy.  Jest w nim dużo uroku, jest wolność, swoboda, beztroska i prawda w tym sensie, że każda z nut jest wiernie odwzorowana. Czuję w nim  bergamotkę, cytrynę i limonkę (zarówno miąższ, jak i olejki eteryczne ze skórek), a za sprawą nut drzewnych, tj:  drzewa oliwnego i cedru zapach zyskuje elegancki sznyt. Wyrazistymi nutami są również piżmo i... kostki cukru. Jeśli dodać do tego olbrzymią projekcję, bo aż na kilka metrów oraz wielogodzinną trwałość, to właściwie można stwierdzić, że mamy do czynienia z prawdziwym ewenementem w tej grupie olfaktorycznej. Powielam zakończenie z poprzedniego opisu: moja kolekcja nie istnieje bez tego zapachu 💚.
  • puder Micro-Fil marki Giorgio Armani w odcieniu 00 Universal Nude (biały) - najlepszy puder, jaki kiedykolwiek miałam. Delikatnie matuje i nadaje cerze efekt eleganckiego rozświetlenia. Na początku zauważycie, że lekko rozjaśnia, więc wraz z pudrem brązującym możecie zagrać światłocieniem i ładnie wymodelować twarz. Jakby tego było mało Micro-Fil optyczne wygładza fakturę skóry😍.
  • róż Rosy Glow marki Dior z kolekcji Backstage w odcieniu 001 Pink - matowy róż bez drobinek, który pachnie pudrową różą w stylu vintage. Doskonale się rozciera, nie tworząc plam, nie znika i nie blednie w ciągu dnia. Konsystencja różu jest mocno sprasowana, więc nie pyli się podczas nabierania na pędzel. Odcień 001 Pink to jasny cukierkowy róż, który może zmienić się w malinowy, jeśli masz na skórze ciemniejszy podkład z żółtym pigmentem i puder brązujący, w związku z czym mamy przynajmniej 2 odcienie w jednym opakowaniu (można też uzyskać słabiej i mocniej nasycony odcień, ale o tym wspominałam Wam już w recenzji poświęconej temu kosmetykowi).
  • pomadki Mac (standardowa kolekcja) - bardzo lubię te pomadki ze względu na komfortową formułę (mam na myśli wykończenia: cremesheen i lustre) oraz szeroką gamę kolorystyczną, z której bez problemu można wybrać korzystny dla nas odcień. Mają przyjemny waniliowy zapach, nie są wyczuwalne na ustach, można budować krycie, nie wysuszają ust, nie przemieszczają się poza kontur ust, nie podkreślają suchych skórek. Moje ulubione kolory to: Creme Cup, Lovelorn, Creme d'Nude💗.
  • pomadki Estee Lauder z serii Pure Color Envy Sculpting - bardzo trwałe pomadki mimo kremowej formuły. Już przy jednej warstwie pokrywają usta nasyconym kolorem. Konsystencja szminki jest kremowa, ale nie na tyle miękka, by spowodować migrowanie pigmentu poza kontur warg. W ciągu kolejnych godzin znika estetycznie i równomiernie.  Nie zauważyłam, by przesuszały usta.  Moje ulubione kolory: 230 Infamous💖.

Jestem ciekawa czy zainteresowałam Was którąś z powyższych propozycji. A może mieliście okazję używać tych perfum i kosmetyków i chcielibyście podzielić swoimi spostrzeżeniami? Z chęcią poczytam o tym w sekcji komentarzy:).

Witajcie! 

Przygotowując ten wpis, miałam dwa cele: chciałam zaprezentować Wam moją opinię na temat chyba już najsłynniejszego na świecie zapachu - Baccarat Rouge 540, oprócz tego chciałam również zaproponować Wam do przetestowania kompozycje, które będą wyśmienitymi kompanami w mroźne dni.

Pozwólcie, że nie będę wypisywać wszystkich nut w składzie poszczególnych perfum, ponieważ dla mnie nie ma to żadnego sensu - zapachy z żywicą i nutami drzewnymi mogą pachnieć owocowo, więc przedstawienie perfumowej piramidy i tak nie będzie miało wartości poznawczej dla kogoś, kto akurat zastanawia się nad zamówieniem próbki czy zakupem perfum w ciemno. Przy opisywaniu zapachów liczą się wyłącznie skojarzenia i odwoływanie się do innych podobnych kompozycji, żeby odbiorca recenzji miał jak najlepszy obraz danego aromatu.

Przejdźmy do opisu perfum:
  • Maison Francis Kurkdjian, Baccarat Rouge 540 (sklasyfikowane jako orientalno-kwiatowe) - cały świat zachwycił się tym zapachem: pisze się on nim niemalże na każdym blogu o perfumach, a jeżeli ktoś ma kanał o tej tematyce, możecie być pewni, że znajduje się na nim film dotyczący Baccarat Rouge 540. Zapach jest nieodgadniony, nie pozwalający się wpisać w określone ramy olfaktoryczne, o czym świadczą skrajne opnie na jego temat:  są osoby, na których pachnie sterylnością i - jak możecie się domyślić - jednoznacznie kojarzy się więc z bandażami, gabinetem dentystycznym czy... szpitalem, nie brakuje też skojarzeń z watą cukrową, ale z drugiej strony znajdziecie również opinie wskazujące, że jest to drzewny męski zapach bez cienia słodyczy. Czy przychylam się do tych obserwacji? Absolutnie nie. Czuję w tym zapachu powiew nadmorskiego wiatru latem, czuję ... posoloną malinę, a czasem wieloowocowe powidła*_*. Perfumy są nadzwyczajne: ciepłe, słodko-słone, z lekka erotyczne. Szara ambra wnosi do całej kompozycji aurę morza, zapach mokrego drewna leżącego na plaży, zapach rozgrzanej słońcem skóry. Wszyscy podkreślają, że jest to zapach na późną jesień i zimę, a ja chciałabym Wam zaproponować przetestowanie go wiosną i latem, bowiem z doświadczenia wiem, że perfumy o owocowym brzmieniu z wyraźnie zaakcentowaną słoną nutą dopiero w tym okresie potrafią pięknie rozkwitać na skórze i dosłownie oczarowywać. Miałam tak ze słoną truskawką, czyli Womanity Pour Elles Muglera💕  [parametry: trwałość wielogodzinna, projekcja średnia; przeznaczenie: zapach na dzień i na wieczór, całoroczny, raczej okazje nieformalne; raczej dla kobiet]; 
  • Perris Monte Carlo, Arancia Di Sicilia (sklasyfikowane jako cytrusowe-gourmand) - bardzo lubię tę kategorię zapachową. Jeśli chodzi o moje upodobania, uważam, że słodycz musi być przełamana czymś kwaśnym, słonym, świeżym, ostrym lub gorzkim;) - w innym przypadku  zapach nie jest dla mnie, ponieważ uznaję, że jest mdły. A jak jest w tych perfumach? Otwarcie to nic innego jak cytrusy: pomarańcza i bergamotka. Są musujące, soczyste, wiernie ukazane. Jest słonecznie, iście wakacyjnie. Im dłużej zapach trwa na skórze, tym bardziej przeistacza się w krem brulee ze skórką pomarańczy, czyli klasyczny kremowy deser na bazie śmietany, wanilii i żółtek. Słodki, ale nie przesłodzony, prosty w konstrukcji, ale daleki od banału.  [parametry: trwałość kilkugodzinna, projekcja na długość ramion; przeznaczenie: zapach na dzień, całoroczny, okazje nieformalne; raczej dla kobiet];
  • The House of Oud, What About Pop (sklasyfikowane jako orientalno-waniliowe) - otwarcie jest trudne, chropowate, ale po kilku sekundach wyłania się popcorn, a zatem i związany z tym aromatem zapach soli oraz maślana  nuta.  To moje pierwsze doświadczenie z popcornem jako nutą przewodnią i muszę stwierdzić, że należy ono do bardzo udanych:). W kolejnej fazie zapach wysładza się w stronę wanilii i karmeluNa mojej skórze zapach jest mocno balsamiczny i jest to jego ogromna zaleta. [parametry: trwałość wielogodzinna, projekcja średnia; przeznaczenie: zapach na co dzień i na wieczór, na jesień i zimę, raczej okazje nieformalne; dla kobiet i mężczyzn];
  • M. Micallef, Mon Parfum Cristal (sklasyfikowane jako kwiatowo-owocowe-gourmand) - endorfiny w butelce na mroźne dni. W pierwszej fazie Mon Parfum Cristal pachnie cukiernią i trudno wyodrębnić poszczególne nuty w tej monolitycznej chmurze zapachowej, aczkolwiek jest to wytworna słodycz - na pewno nie siermiężna skondensowana wata cukrowa. Z tej chmury zaczynają przebijać się: cukier waniliowy, smużka marcepanu, pieczone owoce. Wpleciona w ten mariaż czerwona, dojrzała róża sprawia, że perfumy nie tylko poprawiają nastrój i umilają nam codzienność, ale też zyskują zmysłowy, romantyczny ton, dzięki czemu można po nie sięgnąć na randkę oraz wykwintną kolację. I jeszcze jedno: nosząc te perfumy, mam wrażenie, że czuję jedną z moich ulubionych słodkich przekąsek do kawy -  wafle holenderskie z kremem karmelowym (StroopWafels)💓, ale nie znajduje się ten aromat na pierwszym planie, tylko gdzieś w oddali. Kompozycja jest bez wątpienia zachwycająca. [parametry: trwałość wielogodzinna, projekcja średnia w kierunku dużej; przeznaczenie: zapach na dzień i na wieczór, na jesień i zimę, raczej okazje nieformalne; dla kobiet];
  • Parfum d'Empire, Aziyade (sklasyfikowane jako orientalno-przyprawowe) - dystyngowany cynamonowiec, któremu wtórują inne przyprawy korzenne. Ostrość przełamują w tej kompozycji śliwki, choć czasem wyczuwam w niej uroczy szarlotkowy akcent, co sprawia, że jednoznacznie  kojarzy mi się z innym  korzennym arcydziełem - Evody, Noir d'Orient. [parametry: trwałość wielogodzinna, projekcja średnia w kierunku dużej; przeznaczenie: zapach na dzień i na wieczór, na jesień i zimę,  okazje nieformalne, dla kobiet i mężczyzn].

Podsumowanie testu. Które perfumy mogłabym mieć w swojej kolekcji?

Testowanie zapachów z tego zamówienia dostarczyło mi niesamowitych emocji. Wszystkie kompozycje uznaję za piękne, ale większość z nich nie pasuje do mojego wizerunku i osobowości. W swojej kolekcji widziałabym tylko Mon Parfum Cristal od M. Micallef za fenomenalne połączenie róży ze smakołykami💜💜💜. Te perfumy byłyby moim pierwszym wyborem za każdym razem, kiedy temperatura spadłaby poniżej zera.❄❆❄❆.


 

Witajcie!

Chciałabym Wam dzisiaj omówić dwa zestawy kosmetyków w moim jesiennym schemacie pielęgnacyjnym, które stosowałam i nadal stosuję zamiennie na noc. Jest jeszcze jeden, po który sięgam w sytuacjach awaryjnych, ale jako że nie jest nowy (tzn. przewinął się już parę razy na blogu), to tym razem go nie pokażę;). Wspomnę tylko, że chodzi o kremy Epitheliale A. H Duo  i Dermalibour+ z miedzią i cynkiem aptecznej marki A-derma.

Wspomnę tylko, że zanim przystąpiłam do używania serum z witaminą C i peelingu z kwasem laktobionowym, zadbałam o odbudowanie warstwy hydrolipidowej skóry

Jak stosuję oba zestawy?  

Pierwszy, na który składają się: serum z witaminą C z Liqpharm i krem barierowy SVR, najczęściej nakładam warstwowo 4 razy w tygodniu, drugi natomiast, na który składają się peeling z kwasem laktobionowym marki Iwostin i lekki krem nawilżający Alantan Dermoline, stosuję również warstwowo 2 razy w tygodniu

Pozostaje jeszcze jeden dzień na dodatkową regenerację i tutaj najczęściej włączam jakiś olej i krem lub zestaw, o którym napisałam w pierwszym akapicie.


Przejdźmy do opisu poszczególnych kosmetyków:

  • Liqpharm, Liq CC Serum Rich, serum z witaminą C - nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam z zakupem serum z witaminą C, zwłaszcza że efekty na skórze znacznie przewyższyły moje oczekiwania. Po 15% stężeniu witaminy C możemy spodziewać się pobudzenia syntezy kolagenu, neutralizowania wpływu wolnych rodników i rozjaśnienia skóry. Za sprawą zwiększonego w tej wersji stężenia tokoferolu (witaminy E) oraz magnezu możemy liczyć na działanie ochronne, regenerujące oraz odżywcze, natomiast kwas hialuronowy chroni skórę przed odwodnieniem, uelastycznia ją i  nawilża. Podpisuję się pod wszystkimi zapewnieniami producenta - skóra wygląda młodziej, jest świetlista, a jej koloryt jest jednolity. Na pewno kupię kolejną buteleczkę tego serum.  Moja ocena -> 6/6; [cena: ok. 60 zł za poj. 30 ml];
  • SVR, Topialyse Barriere, krem barierowy do twarzy i ciała z ceramidy Omega 3, 6, 9 i kwasem hialuronowym -  krem chroni barierę naskórkową, niweluje podrażnienia, naprawia uszkodzenia i działa przeciwświądowo. Ma odżywczą formułę, która świetnie się wchłania (mam wrażenie jakby po około minucie mocno przyklejał się do skóry), nie pozostawiając tłustego wykończenia. Krem jest wodoodporny. W składzie można znaleźć: peptyd regulujący, kwas lukrecjowy, kwas hialuronowy i olej abisyński. Polecam ten krem również pod makijaż w mroźne dni - uzyskacie wówczas delikatny efekt szklanej cery. Moja ocena -> 6/6; [cena: ok. 50 zł za zestaw dwóch kremów o pojemności 50 ml];
  • Iwostin, Estetic, peeling z 7% kwasem laktobionowym -   kuracja przeciwzmarszczkowa dla skóry wrażliwej z oznakami starzenia się. Peeling delikatnie złuszcza, poprawia elastyczność i koloryt skóry. Kwas laktobionowy wiąże i zatrzymuje wodę w naskórku, wykazuje działanie wygładzające, jest antyoksydantem, wpływa na regulację odnowy komórkowej, łagodzi podrażnienia. Czego jeszcze można dowiedzieć się o tym kwasie, przeszukując informacje w internecie? Otóż tego, że działa jak kwasy AHA, ale nie wywołuje podrażnień. Skuteczność kwasu laktobionowego jest najczęściej porównywana do kwasu glikolowego, ale też podobnie jak inne kwasy hydroksylowe, reguluje proces złuszczania oraz pobudza fibroblasty do produkcji włókien kolagenowych. Podczas aplikacji nie odczuwa się pieczenia czy zaczerwienienia. Peeling ma formułę gęstego bezzapachowego żelu. Jeśli chodzi o wady produktu, widzę tylko jedną i jest ona natury technicznej: pipeta nie działa sprawnie, więc moja rada jest taka, by po prostu przelewać peeling bezpośrednio z butelki na zagłębienie dłoni, po czym nakładać na twarz. Moja ocena ---> 6/6; [cena: ok. 40 zł za poj. 30 ml];
  • Alantan, Dermoline, lekki nawilżający krem z D-pantenolem o stężeniu 5% i alantoiną - krem przeznaczony do pielęgnacji skóry podatnej na podrażnienia i przesuszenie. Przynosi ulgę, nawilża, przyspiesza regenerację naskórka. Nie spodziewałam się tak dobrego kremu w tak niskiej cenie. Wcale nie dziwi mnie to, że tak wiele osób chętnie sięga po ten produkt. Moja ocena ---> 6/6. [cena:  ok. 10 zł za 50 g];

Podsumowując, moja cera nigdy nie wyglądała lepiej, dlatego też zimą moja pielęgnacja nocna będzie wyglądała identycznie. 

Wszystkim moim czytelnikom życzę samych pomyślnych dni w roku 2021.

Dziękuję, że do mnie zaglądacie ❤️.

 Pozostałe informacje o produktach:

  • dostępność: apteki stacjonarne i internetowe

Witajcie! 

Rozczarowałam się ostatnio jakością różnych cieni, dlatego szukam teraz paletek, palet i pojedynczych cieni w zupełnie innych rejonach niż dotychczas;). 

Od dawna ciekawiła mnie szwedzka marka IsaDora. Z tego, co zauważyłam, jest teraz łatwo dostępna, poza tym często można trafić na kuszące promocje:). Kiedy pewnego sierpniowego poranka dostrzegłam ofertę pod tytułem -30% na wszystko, było oczywiste, że musiałam z niej skorzystać:).

Spośród kilku dostępnych stacjonarnie wersji kolorystycznych poczwórnych paletek cieni wybrałam tę oznaczoną nazwą 13 Autumn Legends. Czy jej jakość jest zadowalająca? Czy była moim pierwszym wyborem, gdy wykonywałam mój codzienny makijaż zarówno ten stonowany, jak i bardziej wyrazisty? Zaraz Wam na te pytania odpowiem:).

Opis poszczególnych kolorów i wykończeń

  • miodowy - satynowy; nie zwróciłabym na niego uwagi, gdyby był dostępny pojedynczo, także na pewno nie będę go używać, choć kiepskiej jakości nie mogę mu zarzucić. Moja ocena ---> 4/6.

  • ciepły różowy - metaliczny z maleńkimi srebrnymi drobinkami; przepiękny kolor, który można nakładać na całą powiekę, do tego rozświetlacz w kącikach i makijaż dzienny gotowy <3. Moja ocena ---> 6/6.
  • wiśniowy brąz - metaliczny; najładniejszy kolor z całej paletki do przydymionych jesiennych makijaży <3. Moja ocena ---> 6/6.
  • bakłażanowy brąz  - matowy; nie sięgam po ciemne brązy z nutą fioletu, ponieważ u mnie takie odcienie nie wyglądają dobrze - podkreślam nim tylko dolną linię rzęs bądź robię nim kreskę na górnej powiece. Moja ocena ---> 4/6.

Zalety paletki

  • dobra pigmentacja cieni,
  • konsystencja umiarkowanie miękka,
  • cienie estetycznie prezentują się na powiekach, co oznacza, że nie podkreślają załamań skóry,
  • doskonale się rozcierają i łączą między sobą
  • trzy cienie w ogóle się nie osypują
  • nie zmieniają w ciągu dnia koloru ani nie tracą na intensywności i połysku,
  • świetnie utrzymują się nawet na korektorze
  • solidne opakowanie,
  • niewygórowana cena (w promocji) w stosunku do jakości, jaką otrzymujemy.

Wady paletki

  • miodowy mógłby być bardziej błyszczący albo mógłby mieć chociaż kolorowe drobinki,
  • bakłażanowy brąz mocno się osypuje,
  • dobór kolorystyczny nie do końca mi odpowiada: bakłażanowy brąz powinien być czekoladowym albo kawowym brązem, żeby korzystnie wyglądał w połączeniu z pozostałymi odcieniami.

Podsumowując, jestem zadowolona z zakupu tej paletki. Mimo że odnotowałam kilka drobnych wad, nie wpłynęły one na moje ogólne pozytywne wrażenie. Często sięgam po te cienie, ponieważ wiem, że wykorzystam za jednym razem aż trzy kolory i uzyskam efekt smokey eye w eleganckim wydaniu. Być może kupię jeszcze inną wersję kolorystyczną.

 

 Pozostałe informacje o produkcie:

  • cena regularna: 70 zł
  • gramatura: 5 g
  • PAO: 30 miesięcy
  • dostępność: m.in. Rossmann

Witajcie! 

Jesień już u drzwi, a więc pora na podsumowanie testu kosmetyków, których używałam w wakacje.  Większość z nich polecam do przetestowania. Niestety trafiły się też buble, do zakupu których  nie zamierzam namawiać, mimo że swego czasu zostały okrzyknięte przez blogosferę mianem istnej doskonałości za przysłowiowe grosze...

Będzie mowa o dwóch kosmetykach do pielęgnacji twarzy. Tym razem nie znajdą się w osobnym wpisie na temat letniej pielęgnacji twarzy, ponieważ od maja niewiele zmieniło się w moim schemacie poza tym, że odstawiłam na ten czas formuły olejowe i toniki.

Pojawią się dwa specyfiki do włosów, które dostałam kiedyś w paczce od Asi ---> 1001 pasji, a które dopiero teraz będą miały swoje pięć minut na blogu;). 

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o kosmetykach do makijażu:).  

Wszystkie produkty możecie obejrzeć na powyższym kolażu, a tymczasem zapraszam do zapoznania się z moimi krótkimi opiniami na ich temat.

  • Iwostin, booster nawilżający z serii Hydro Sensitia (ok. 40 zł za poj. 30 ml) -  formuła bezzapachowa; konsystencja rozwodnionej galarety; wchłania się całkowicie, pozostawiając na skórze cienką aksamitną powłokę. W składzie znajdują się: kolagen morski, roślinne komórki macierzyste, fucogel, kwas hialuronowy i peptydy. Używałam tego kosmetyku rano i wieczorem przez 2 miesiące. Zależało mi na lekkiej formule na lato, której głównym zadaniem będzie zapewnienie nawilżenia ma optymalnym poziomie. W pakiecie otrzymujemy również łagodzenie podrażnień i delikatne wygładzenie struktury skóry. Właściwości odżywczych, o których zapewnia producent, jakoś specjalnie nie zauważyłam. Moja ocena ---> 5/6.
  • A-derma, krem regenerujący z miedzią i cynkiem z serii Dermalibour (ok. 45 zł za poj. 100 ml) - kiedyś pisałam na blogu o tym kremie, a teraz tylko wspomnę, że kupuję go w jedynej słusznej pojemności, czyli największej;). W maksymalnym skrócie, krem błyskawicznie likwiduje każde podrażnienie, zaczerwienienie i uszkodzenie skóry. Najlepiej stosować go na noc bądź w takie dni, kiedy nie nakładamy makijażu, ponieważ ma on w mojej ocenie dość specyficzną formułę, która nie z każdym podkładem będzie współgrać. Moja ocena ---> 6/6.
  • Oribe, Gold Lust Nourishing Hair Oil (aktualnie dostępny w Polsce w dwóch sklepach internetowych w obniżonych cenach: w zestawie z szamponem i odżywką -> 399 zł i osobno w pojemności 50 ml  ->  169 zł) - odżywczy olejek do włosów, który nie przetłuszcza ich, jeśli zdarzy nam się przez przypadek nałożyć go trochę więcej niż zwykle. Wykorzystuję go na kilka sposobów: do całonocnego olejowania (3-4 pompki), do olejowania włosów na godzinę przed ich umyciem (3-4 pompki)do ujarzmienia, wygładzenia włosów przed wyjściem z domu (kilka kropel). Ma przyjemny cytrusowy zapach. W składzie znajdziemy m.in.: olej abisyński, olej z nasion Meadowfoam, masło shea, olej arganowy, witaminę E, ekstrakt z arbuza, olejek eteryczny bergamotkowy, ekstrakt z owoców liczi, masło murumuru, ekstrakt z całej rośliny sandałowca białego, oliwę z oliwek, olej z nasion czarnej porzeczki, olejek eteryczny cytrynowy, olej jaśminowy, wyciąg z szarotki alpejskiej. Włosy są odżywione, zdrowsze, mocniejsze, a przy tym intensywnie się błyszczą. Kolejne moje odkrycie tego roku❤️. Moja ocena ---> 6/6.
  • Philip Kingsley, PK Prep Polishing Balm (UWAGA produkt występuje aktualnie pod nową nazwą --> Finishing Touch Polishing Serum) - kosmetyk ma formułę gęstego i lepkiego żelu. Ujarzmia puszącą się czuprynę;) i ,,przykleja" do właściwego pasma odstające włosy, których widok może szczególnie irytować;), a mowa o tych znajdujących się na czubku głowy, przy skroniach i na bocznych kosmykach. Formuła, choć wydawałoby się, że jest ciężka, absolutnie nie obciąża włosów. W efekcie uzyskujemy nabłyszczoną i idealnie wygładzoną fryzurę. Najlepiej nakładać ten produkt w małej ilości na włosy osuszone ręcznikiem. Moja ocena ---> 6/6.
  • Glam Shop, turbopigment Bella (25 zł za sztukę)- pigment, który opalizuje między kolorem brzoskwiniowym, pomarańczowym i różowym, a dodatkowo iskrzy złotymi i seledynowymi drobinkami, których nagromadzenie  jest większe niż w innych turbopigmentach. Jego struktura jest jednolita, co oznacza, że rozkłada się na powiece równomiernie, nie tworząc przy tym efektu skorupy orzecha włoskiego. Wspaniały kolor na lato, przepięknie współgra z opalenizną i neonowym różem na ustach;). Moja ocena ---> 6/6.
  • Golden Rose, konturówki do ust Dream Lips w kolorach (ok. 9 zł za jedną konturówkę)  - kolory, które wybrałam są dokładnie takie, jakich od dawna szukałam, czyli piękny chłodny róż, który jest trochę neonowy oraz idealnie wyważony odcień brzoskwini. Niestety po dwóch dniach noszenia obu odcieni na moich ustach wystąpiła reakcja alergiczna. Wargi pokryły się krostkami i strupami wychodzącymi również poza ich kontur. Towarzyszyło temu uczucie swędzenia i pieczenia. Krem z miedzią i cynkiem A-dermy miał nie lada wyzwanie, ale rozprawił się z problemem dość szybko;). Moja ocena --->1/6.

Na poniższym zdjęciu pokazałam turbopigment Bella nałożony bardzo cienką warstwą. W standardowej ilości nasycenie koloru jest mocniejsze, połysk również.


Witajcie!

Chciałabym Wam dzisiaj zaprezentować najprawdopodobniej najsłynniejszy róż Diora - Rosy Glow w kolorze 001 Pink, który znajdował się na mojej liście od dawna. Nie oznacza to jednak, że uważam, iż róże marek luksusowych są lepsze niż drogeryjne.

Róże do policzków uwielbiam za to, że ożywiają twarz i nadają jej młodzieńczego wyglądu. Często  zastępują mi puder brązujący i przeważnie zimą wykonuję nimi konturowanie twarzy. Lubię prawie wszystkie odcienie (landrynkowe róże, fuksje, zgaszone róże z nutą fioletu, brudne róże z szarością, brzoskwiniowe, morelowe, pomarańczowe, ceglaste i czerwone), poza tymi, które zbliżają się do miedzi i brązu.

Jeśli róż jest matowy lub satynowy, nie zawiera drobinek, doskonale się rozciera, nie robi plam i nie znika w ciągu dnia, wówczas uznaję, że mam do czynienia ze świetnym produktem. Czy Rosy Glow posiada te wszystkie właściwości? Zaraz się przekonamy;).

Informacja od producenta:
Formuła opracowana w oparciu o technologię Color Reviver dostosowuje się do temperatury i poziomu nawilżenia skóry, oferując indywidualny efekt zaróżowionych policzków. Policzki nabierają świeżego, naturalnego i promiennego wyglądu. Róż subtelnie podkreśla kolor natychmiast po nałożeniu na skórę. Gama obejmująca kultowy odcień 001 Pink, królujący za kulisami pokazów mody została wzbogacona w ożywiający odcień 004 Coral do cery o bardziej złocistej tonacji. Odcienie te oferują różne poziomy intensywności, od dyskretnych do najbardziej wyrazistych. 

Opakowanie

Na stronie Douglasa opakowanie wydawało mi się tandetne, ale na żywo zyskało w moich oczach. Jest dosyć ciężkie, solidne, a wieczko nie jest przezroczystym plastikiem, przez który widać zawartość kosmetyku - jak na początku podejrzewałam - okazało się, że jest to różowa grafika, która przedstawia zmultiplikowaną po skosie nazwę marki
Ponadto, jak można zresztą zauważyć na zdjęciach, w opakowanie wbudowano lusterko.


Zapach, formuła, wykończenie, trwałość

Jego zapach przypomina mi eleganckie kwiatowo-pudrowe perfumy. Konsystencja różu jest dość  mocno sprasowana, więc nie pyli się nadmiernie podczas nabierania pędzlem. Wykończenie jest według mnie matowe bez drobinek. Kolor na policzkach nie blednie w ciągu dnia. Rozprowadza się na skórze idealnie, nie tworząc żadnych plam.

Kilka odcieni w jednym różu?  

Kolor, który finalnie uzyskamy na policzkach zależy od kilku czynników. Wymienię tylko te, które zauważyłam u siebie:
  • stopień opalenizny  --> na jasnej karnacji i odpowiednio dopasowanym do niej podkładzie wyjdzie kolor chłodnego cukierkowego różu, na ciemniejszej karnacji średni żywy róż,
  • wersja bez makijażu ---> na gołej skórze uzyskacie odcień jasnego pastelowego różu,
  • uprzednie nałożenie pudru brązującego ---> po zmieszaniu na skórze obu kolorów uzyskacie odcień malinowy.
Na poniższym zdjęciu pokazałam Wam, jak prezentuje się ten róż na gołej skórze (po lewej) i nałożony na ciemniejszy podkład (po prawej).

Polecam czy odradzam?

Świetny róż można dostać za przysłowiowe grosze, więc jakoś specjalnie nie będę namawiać do sprawienia sobie Rosy Glow;). Ja jestem bardzo zadowolona z zakupu, ale jako że już zaspokoiłam swoją ciekawość, nie czuję potrzeby, by zamawiać go ponownie. W pełni zadowalają mnie róże w przedziale cenowym 20 -70 zł.



Pozostałe informacje o produkcie:
  • cena regularna: 169 zł
  • gramatura: 4.6 g
  • PAO: 12 miesięcy
  • miejsce produkcji: Francja
Witajcie!


Wiem, miałam sobie odpuścić pojedyncze cienie z Glam Shopu po tym, jak rozczarowały mnie praktycznie wszystkie egzemplarze z jednego zamówienia (polecam tylko Czekoladową różę i Curry, o ile wróci kiedyś do sprzedaży), ale postanowiłam jeszcze wziąć pod lupę kilka kolorów w nadziei, że może tym razem trafię na inną formułę. 

Skusiłam się na dwie folie, perłę i cień o wykończeniu metalicznym. Mam już wstępną opinię po kilkukrotnym użyciu każdego z nich, także jeśli tylko zastanawiałyście nad tymi kolorami, zapraszam do przeczytania tego wpisu przed dokonaniem zakupu;).


Przejdźmy do opisu poszczególnych cieni:
  • Kosmiczna pieczarka - ciemne srebro z odrobiną fioletu (w ogóle nie dostrzegam w nim brązowego podtonu). Wykończenie mocno błyszczące, foliowe. Przepiękny kolor, który zainspirował mnie do poszukiwań nieoczywistych błyszczących odcieni srebra i szarości. Konsystencja miękka, tworzy na skórze taką grubszą warstwę, co akurat lubię. Doskonale się rozciera. Ma niestety jedną wadę. Otóż po mniej więcej godzinie od nałożenia nie błyszczy się już tak mocno jak na początku, co oznacza, że później prezentuje się jak typowy cień metaliczny, a nie foliowy. Moja ocena ---> 5/6.
  • Pralina - szlachetny odcień neutralnego beżu z oliwkowym podtonem i złotym blaskiem. Wykończenie foliowe. Nigdy nie miałam i nie widziałam cienia podobnego do Praliny, dlatego jeśli chcecie mieć w kolekcji coś unikatowego, zachęcam do zakupu <3. Mogłabym powtórzyć tutaj wszystkie zalety, które wymieniłam, opisując Kosmiczną pieczarkę. Jeśli chodzi o wady, nie zauważyłam ani jednej. Moja ocena ---> 6/6.
  • Balerina - biały perłowy cień zakupiony w celu rozświetlania kącików i rozjaśniania strefy pod brwiami (zaczynam od miejsca powyżej kącika, a kończę prawie przy górnej granicy brwi), co bardziej mi odpowiada niż zastosowanie tego triku przy użyciu matowej bieli. Jest bezproblemowy w użytkowaniu. Niektórzy z Was wiedzą, że uwielbiam białe rozświetlacze*_*, więc używam go również w tej roli;). Moja ocena ---> 6/6.
  • Pantofelek chłodny liliowo-fioletowy cień o wykończeniu metalicznym, tylko dlaczego tak szybko gubi blask, podkreśla załamania powieki, czego oczywiście na początku nie widać i zmienia się w zupełnie inny kolor (bury morsko-brązowy)? Chciałam go wykorzystywać do takich zimnych i zgaszonych różowo-fioletowych makijaży, ale nic z tego nie wyszło. Moja ocena --->2/6.

Podsumowując, mogę Wam polecić Kosmiczną pieczarkę, Pralinę i Balerinę. Pantofelek z pewnością ma swój kolorystyczny odpowiednik w innej firmie,  więc nie ma potrzeby kupować cienia o tak kiepskiej jakości.

Na poniższych zdjęciach zaprezentowałam cienie w następującej kolejności: Kosmiczna pieczarka, Pralina, Pantofelek. Na każdym z nich jest również Balerina w kącikach.



Pozostałe informacje o kosmetykach: 

  • cena regularna jednego cienia - 13 zł
  • pojemność - 1,8 g
  • PAO - 12 miesięcy
Witajcie!

Od lat jestem pod wrażeniem zapachów, które wykreowali perfumiarze zaproszeni do współpracy z marką Lalique. Uwielbiam arcydziwne Perles de Lalique, doceniam też Satine, Lalique Le Parfum, Living Lalique, natomiast najbliższą mojemu sercu kompozycją jest właśnie ta, której poświęcam dzisiejszy wpis, czyli Amethyst eau de parfum.


Wygląd flakonu sugeruje, co kryje się w środku?

Prosty klasyczny flakon podpowiada, że kompozycja jest nieskomplikowana, aczkolwiek wyrazista i w dobrym stylu, natomiast fioletowy kolor szkła sugeruje, że kryje się w niej zimny, tajemniczy, być może nawet nostalgiczny zapach. Ale czy tak jest naprawdę? Amethyst jest zmienny, przewrotny, a czasem kapryśny, dlatego nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jaki jest naprawdę. Z pewnością nie wpisuje się w sztywne ramy kwiatowo-owocowej kategorii olfaktorycznej.

Często mam wrażenie, że proporcje poszczególnych składników zmieniają się jak w kalejdoskopie,  następstwem czego jednym razem jest kwaśny, zielony i duszny, bywa, że ma na wskroś czysty mydlano-jeżynowy wydźwięk, z kolei innym razem tętni jagodowo-waniliową słodyczą, która nie jest natrętna.

Piramida zapachowa:
nuta głowy: czarna porzeczka, jagoda, jeżyna, morwa, truskawka
nuta serca: piwonia, pieprz, ylang-ylang, róża
nuta bazy: piżmo, wanilia bourbon, nuty drzewne


Amethyst balansuje na granicy mainstreamu i niszy

Owoce leśne w mainstreamie rzadko kiedy są ukazane w taki sposób jak pachną w rzeczywistości  - na ogół są wsparte potężną dawką słodyczy wynikającą z wanilii, ambry, bursztynu, sandałowca czy chociażby karmelu, co sprawia, że bliżej im do syropu, konfitury bądź nalewki. Nie zobaczymy oczami wyobraźni cieknącego po dłoni kwaśnego i cierpkiego soku fioletowych i czarnych owoców, nie wyczujemy też specyficznego zapachu liści tych krzewów, dlatego tym bardziej się cieszę, że pośród wszystkich przyjemnych i łatwych w odbiorze zapachów gdzieś tam na najniższej półce w perfumerii znajduje się niepozorna butelka kryjąca w swym wnętrzu aromat-majstersztyk, którego nie powstydziłaby się nisza.

Wyobrażam sobie, że wczesnym mglistym rankiem idę do dużego, zaprojektowanego na planie litery ,,L"ogrodu, który okala mój dom. Po nocnej burzy powietrze pachnie ozonem zapachem ziemi  i olejkami wydzielanymi przez rośliny. Przechodzę przez pierwszą część ogrodu. Ten skrawek ziemi obradza w różnego rodzaju warzywa,  ale nie chcę się na nich skupiać, bo zmierzam do jego drugiej części, która znajduje się tuż za jabłonią i grządkami różowych róż i piwonii. To właśnie tam rośnie niezliczona liczba krzewów, m.in.  czarnych porzeczek, jeżyn i jagód. Napełniam salaterkę owocami i przy okazji upajam się w tej chłodnej aurze charakterystycznym zapachem liści krzewów.

Bywałam kiedyś w takim ogromnym ogrodzie, dlatego zawsze będę miała sentyment do Amethyst eau de parfum, bo w pewnym sensie przedstawia i za każdym razem przypomina mi o pięknym etapie mojego dzieciństwa.


Pozostałe informacje o perfumach: 

  • cena: ok. 113 zł + koszt wysyłki za pojemność 100 ml
  • przeznaczenie:  zapach na co dzień, dla kobiet; okazje nieformalne
  • parametry: projekcja umiarkowana (na długość ramion); trwałość ok. 6-8 godzin.
Witajcie!

Rozświetlacz GlamPOP Mega Blasssk z Glam Shopu został nazwany przez Hanię największym cieniem świata, więc kupiłam go, żeby sprawdzić, jak będzie sobie radził w tej roli;). 


Posłuży mi do rozświetlania twarzy? 

W okresie wiosenno-letnim wolę rozświetlacze-rozjaśniacze, będące beżową albo białą satyną bez drobinek (jeśli szukacie czegoś takiego, polecam zamówić wymienny wkład do palet #SAND od @AnastasiaBeverlyHills).

Mega Blasssk zawiera bardzo dużo drobinek, które z kolei osypują się na całą twarz, więc przychylam się do wszystkich opinii, które wskazywały, że to nie jest dobry materiał na rozświetlacz na szczyty kości jarzmowych, natomiast latem, gdy na ogół częściej ubieramy sukienki, warto rozświetlić nim ramiona i dekolt

Podpowiem tylko, że bardzo podobny do niego jest sypki rozświetlacz Sparkling Dust z Inglota, który mimo wszystko jest jednak lepszy pod tym względem, że daje mocniejszą taflę z dodatkiem iskrzących i nieosypujących się drobinek.

O kolorze i innych właściwościach

Nie jest łatwo określić jego kolor, aczkolwiek w takim skrótowym ujęciu opisałabym go jako łososiowo-beżowo-brązowy z drobinkami o srebrnym połysku. Po przeczytaniu wielu opinii myślałam, że będzie ciemny, ale - jak zobaczycie na poniższych zdjęciach - korzystnie będą w nim wyglądać zarówno karnacje jasne, jak i śniade.

Dla osób, której jednak planują używać go jako rozświetlacz, istotną kwestią jest jego wykończenie, bo na pewno obiła im się nie jeden raz o uszy opinia, że ta kategoria kosmetyków Hani prezentuje się na skórze ,,sucho". Ja do tej oceny się nie przyłączam, ponieważ nie zauważyłam u siebie pudrowej warstwy.

Formuła rozświetlacza oparta jest na bazie kolorystycznej, w której zatopione są drobinki. Jego konsystencja jest miękka, jednakże pyli się przy nabieraniu i na pewno osypie się pod oczami, więc trzeba będzie oczyścić tę strefę przed nałożeniem korektora. Zaletą jest fakt, że bardzo łatwo rozciera się nad załamaniem powieki.

Jeśli podobają się Wam makijaże w stylu Jennifer Lopez, to tym kosmetykiem z pewnością uzyskacie efekt mocnego odbicia światła - na oczach prezentuje się jak cień foliowy. Utrzymuje się na powiekach przez cały dzień, o ile będzie nałożony na bazę.

Podsumowanie 

To jest zarazem doskonały cień (6/6) i przeciętny rozświetlacz (3+/6), także oczywiste jest do jakiego celu go polecam;). Jeśli mi się skończy, na pewno kupię go ponownie, bo uwielbiam efekt mokrej powieki.


Pozostałe informacje o produkcie:

  • cena regularna: 29 zł +koszt wysyłki
  • gramatura: 7 g
  • PAO: 12 miesięcy
  • miejsce produkcji: Polska
Witajcie! :)

W kwietniu najczęściej odwiedzaliście mojego bloga, żeby zapoznać się z recenzjami kosmetyków Max Factor, dlatego  po raz kolejny postanowiłam wybrać dla Was jakąś nowość marki. Tym razem padło na maskarę False Lash Effect Deep Raven Black w pięknie zdobionym opakowaniu. Projekt graficzny oddaje kształt i kolor piór kruka. Trzeba przyznać, że wizualnie cieszy oko, ale czy potrafi je też spektakularnie podkreślić?:)

O zakupie zdecydowała po prostu ciekawość -  chciałam  sprawdzić, czy ta wersja okaże się lepsza od bezkonkurencyjnego tuszu marki, czyli podstawowej wersji False Lash Effect. W drogeriach internetowych (nie kupuję maskar stacjonarnie, bo uważam, że są one otwierane na potęgę) cena jest dość wysoka, bowiem kształtuje się w przedziale 38 zł - 63 zł +koszt wysyłki, także myślę, że warto przed zakupem zasięgnąć opinii zaufanych osób w sieci;).

Informacja od producenta:

Tusz do rzęs Max Factor False Lash Raven Black w kilka chwil pozwoli Ci osiągnąć efekt sztucznych rzęs! Ten cieszący się olbrzymią popularnością tusz pogrubiający zawiera wyjątkowo bogate i nasycone pigmenty, dzięki czemu rzęsy są jeszcze bardziej czarne i świetliste. Za sprawą płynnej formuły nadaje rzęsom niesamowitą objętość, a precyzyjna szczoteczka pozwala dotrzeć do każdej rzęsy, dzięki czemu możesz tworzyć nawet najśmielsze looki. [źródło ->https://www.maxfactor.com/pl-pl/eyes/mascara/false-lash-effect-raven-mascara].
  • Natychmiastowe zwiększenie objętości i intensywnie czarny kolor,
  • Formuła zapobiegająca powstawaniu grudek,
  • Tusz wzbogacony prowitaminą B5,
  • To maskara, która pozwala osiągnąć oszałamiający efekt sztucznych rzęs,
  • Dzięki bogatszym i bardziej nasyconym pigmentom możesz tworzyć jeszcze bardziej spektakularny look.

Moje spostrzeżenia

Pamiętam, że gdy po raz pierwszy użyłam klasycznej wersji, byłam pod ogromnym wrażeniem tego, co  zrobiła z moimi rzęsami, ponieważ efekt sztucznych, ale nie karykaturalnych rzęs uzyskałam przy minimalnym wysiłku i minimalnej dbałości o precyzję.  Tutaj niestety nie uzyskałam spektakularnego podkreślenia, pojawiły się również trudności natury technicznej.

Tak duża różnica między obiema maskarami spowodowana jest zarówno budową szczoteczki (na pozór silikonowe ,,maczugi" są identyczne), jak również formulacją tuszu.  

Przechodząc do rzeczy, w Raven Black igiełki są trochę krótsze, dlatego wnioskuję, że przez to nie jestem w stanie wydłużyć i unieść wysoko moich rzęs. Poza tym szczoteczka nabiera bardzo dużo tuszu (zostaje go zbyt dużo nawet po ściągnięciu nadwyżki na brzeg otworu opakowania), w związku z czym nie uda się go estetycznie rozłożyć na włoskach, nie wspomagając się inną czystą szczoteczką, którą np. pozostawiłyśmy sobie po ulubionym egzemplarzu;). Nie da się też dołożyć kolejnej warstwy, aby wzmocnić pogrubienie rzęs, ponieważ znowu trzeba sięgnąć po drugą szczotkę, żeby m.in. pozbyć się grudek. Nie zgadzam się więc ze stwierdzeniem, że jest to formuła zapobiegająca powstawaniu grudek.

Kiedy mam już za sobą wysiłek związany z aplikacją tuszu i poświęcenie kilku dodatkowych minut na uzyskanie zadowalającego efektu, mogę skupić się na pozostałych aspektach, czyli komforcie noszenia i trwałości. W tej kwestii nie mam żadnych uwag: nie czuć go na rzęsach,nie kruszy się i osypuje pod oczami.

Podsumowując,  klasyczna wersja False Lash Effect jest ewidentnie lepsza i tańsza (moja ocena --->6/6). Raven Black wypada na jej tle niezbyt korzystnie (moja ocena --->3/6).


Pozostałe informacje o produkcie:
  • cena: od 38 zł do 63 zł w zależności od miejsca zakupu +koszt wysyłki
  • pojemność: 13.1 ml
  • PAO: 12 miesięcy
  • miejsce produkcji: Anglia
Witajcie!


Dzisiaj zapraszam na drugą część wpisu na temat mojej pielęgnacji i tym razem będzie ona dotyczyła rutyny wieczornej. W kwietniu odbudowywałam płaszcz hydrolipidowy skóry, więc korzystałam z innej konfiguracji kosmetyków niż teraz, dlatego opiszę dwa zestawy.

Kilka produktów będzie przewijać się w moich przyszłych schematach pielęgnacji, a więc do końca roku, natomiast z częścią z nich na jakiś czas się rozstanę, żeby móc sprawdzić na swojej skórze inne, które od dawna znajdują się na mojej liście;). Na pewno na stałe zostaje olejek SVR, skwalan z trzciny cukrowej Ministerstwa Dobrego Mydła, krem regenerujący Epitheliale A. H Duo A-Dermy, a  miejsce pozostałych zajmą nowe preparaty;).

Demakijaż

  • SVR, Topialyse Huile Lavante, olejek micelarny do mycia i kąpieli (cena: 50 zł za pojemność 400 ml)Składniki aktywne: uwodorowiony olejek rycynowy, olej bawełniany, kwasy omega 3,6,9, nutritive complex, niacynamid, cukier prebiotyczny. Przewidywane działanie: do mycia do skóry suchej i atopowej, uzupełnia lipidy, działa przeciwświądowo.
Moja opinia o kosmetyku:
Olejek do mycia ciała, ale w tym przypadku nic nie stoi na przeszkodzie, by zmywać nim makijaż. Postępujemy tak samo jak z  żelem do twarzy. Niezbyt tłusta formuła przypomina bardziej  mix żelu i olejku. Jeśli do tej pory zmywałyście podkład i makijaż oczu olejem, ale przeszkadzała Wam tzw. mgła, którą pozostawiał, to tutaj tego nie uświadczycie;). Doskonale oczyszcza, przy czym jest bardzo łagodny dla skóry. Żałuję, że nie wzięłam go w litrowej pojemności, która po prostu bardziej się opłaca (63 zł w aptekach internetowych). Drugi raz tego błędu nie zrobię;). Ten olejek jest jednym z moich największych odkryć ostatnich miesięcy i już teraz wrzucam go do roboczego wpisu z Perłami roku 2020;). PS. Kosmetyk ma bardzo ładny, nieco orientalno-kwiatowy aromat, choć wiadomo - lepiej by było, gdy formuła była bezzapachowa.

Tonizowanie

  • Fitomed, Lukrecja gładka, tonik ziołowy nawilżający do cery suchej i wrażliwej.  Napisałam o nim w poście zatytułowanym: Moja poranna pielęgnacja wiosną.

Wzmacnianie bariery hydrolipidowej skóry

Na przełomie marca i kwietnia odbudowywałam płaszcz hydrolipidowy skóry, a więc nakładałam kosmetyki w trochę innej kolejności niż zwykle. Działałam wedle następującego schematu: olej+serum+odżywczy krem lipidowy.
Kilka kropelek skwalanu z trzciny cukrowej Ministerstwa Dobrego Mydła (38 zł za 30 ml) bądź oleju z opuncji figowej (65 zł za 15 ml) stanowiło pierwszą warstwę na skórze, potem aplikowałam koncentrat regenerujący z bardzo wysokim stężeniem witaminy E, czyli LiQ CE Serum night 15% Vitamin E Mask z Liqpharm (ok. 60 zł za 30 ml), po czym całość przykrywałam odżywczym kremem lipidowym z Ziai (12 zł za 50 ml).

O pierwszych dwóch kosmetykach pisałam już kilka razy na blogu, więc odsyłam do tych wpisów, a jeśli chodzi o krem z Ziai, to jest to moje trzecie opakowanie i raczej ostatnie, ale nie dlatego, że się nie sprawdził  - po prostu chciałabym przetestować kremy lipidowe, które mają bogatszy skład i nie będą zawierały parafiny.

Teraz, gdy nie mam już problemów ze ściągnięciem, zaczerwieniem, swędzeniem skóry  najpierw nakładam serum Liq Ce, po czym przykrywam je skwalanem z trzciny cukrowej. Ten duet genialnie nawilża, regeneruje, łagodzi skórę, a także rozprasowuje drobne zmarszczki ❤️.

Pielęgnacja skóry pod oczami

  • koncentrat regenerujący z witaminą E LiQ CE Serum night 15% Vitamin E Mask z Liqpharm,
  • Ministerstwo Dobrego Mydła, olej z opuncji figowej. Napisałam o nim w poście zatytułowanym: Moja poranna pielęgnacja wiosną.
Pod oczy nakładam dwa wyżej wymienione kosmetyki w kolejności, w której je wyszczególniłam. Na moim blogu nie przeczytacie już o kremach przeznaczonych pod oczy, ponieważ przekonały mnie argumenty specjalistów, by tego nie robić. Będą za to inne, ciekawsze i skuteczniejsze rozwiązania;).

Napiszcie w komentarzach o swoich odkryciach pielęgnacyjnych tego roku:).