Najnowsze wpisy

Witajcie! :)

Elie Saab już zawsze będzie mi się kojarzyć z absolutnie bezkompromisowym migdałowym zapachem L'Eau Couture, który przeszywa zimnem i bezwzględnością. Kocham te perfumy mroźną zimą i jednocześnie czuję do nich wstręt, kiedy zaczyna się robić odrobinę cieplej. Kilka lat temu wzbudziły we mnie tak skrajne emocje, że uznałam, iż lepiej będzie, jeśli będę trzymać się z dala od wszelkich nowości tej marki:).

Kilka miesięcy temu wymieniłyśmy się z Anią (piekneperfumy.pl /Z miłości do perfum...) drobnymi paczkami kosmetycznymi.  Wiedząc, że aktualnie poszukuję ciekawych perfum różanych, Ania wysłała mi Rose Couture w wersji miniaturowej od Elie Saab właśnie;). Czy to ujęcie róży zdołało mnie zaskoczyć? Czy polecam ten zapach? Zaraz się okaże:).


Używałam Rose Couture przez całe wakacje, nie zapoznając się wcześniej z jego szczegółowym składem. Wyczuwałam bardzo wyraźnie różę, mnóstwo różowych kwiatów, paczulę i skondensowaną słodycz, z której trudno mi było wyodrębnić poszczególne nuty. Wiedziałam tylko, że stanowi ona dla kwiatów tło, które pachnie trochę jak wata cukrowa, trochę jak owocowe przetwory, z tymże nie postawiłabym na te najszlachetniejsze, czyli konfiturę bądź dżem, ale na marmoladę.

Mam z tą kompozycją pewne zgrzyty. Przeszkadza mi to, że róża sprawia wrażenie rozwodnionej i jest jednocześnie osłodzona w dość niekorzystny sposób na etapie nut serca - obstawiam, że jest to kiepskiej jakości wanilia. Poza tym wspomniane różowe kwiaty okazały się być piwoniami i wszystko stało się jasne;). Nie odnajduję się w perfumach, w których są one mocno wyczuwalne. Chyba po prostu wszystkie aromaty, które w jednoznaczny sposób nawiązują swoim wydźwiękiem do koloru różowego nie są dla mnie;). Mimo wszystko nie chciałabym oceniać Rose Couture przez filtr swoich preferencji. Jest wielu miłośników piwonii, którzy kolekcjonują perfumy zawierające tę nutę w składzie, więc zachęcam do poznania opisywanej przeze mnie propozycji Elie Saab, zwłaszcza że widzę w niej również mocne strony;).

W pierwszej kolejności warto wspomnieć o dobrze skomponowanej bazie, w której jest bardzo wyrazista, ostra paczula wywołująca tu istny tumult, dzięki czemu ani przez chwilę nie jest nudno. Bardzo mi się podoba ten pomysł, ponieważ już od samego otwarcia aż się prosi o to, by nastąpiło jakieś dosadne przełamanie kwiatowo-cukierkowej duszności. Ponadto karmel i drewno sandałowe, pojawiające się na skórze w dalszej fazie rozwoju perfum ocieplają zapach słodyczą, która nareszcie staje się znośna dla nosa. Kolejnym miłym zaskoczeniem są bardzo dobre parametry użytkowe, o czym szerzej napisałam na samym końcu wpisu.

Podsumowując, Rose Couture jest słodkim zapachem i z pewnością wiele osób stwierdzi, że nazbyt przesłodzonym, ale potrafi też odsłonić zadziorne oblicze. Ja nie planuję zakupu pełnowymiarowego flakonu po zużyciu miniatury ze względów, o których wspomniałam wyżej. Jeśli natomiast lubicie perfumy z kwiatowej kategorii olfaktorycznej, w których dominuje piwonia, zachęcam do zamówienia próbki bądź przetestowania  ich w perfumerii stacjonarnej.
Piramida zapachowa:
nuty głowy: róża, piwonia, kwiat pomarańczy, bergamotka
nuty serca: róża, jaśmin, wanilia, brzoskwinia, liczi
nuty bazy: paczula, drewno sandałowe, karmel


Pozostałe informacje o perfumach:
  • cena: 30 ml - ok. 160 zł, 50 ml - ok. 260 zł, 90 ml - ok. 400 zł
  • parametry: projekcja - większa niż na długość ramion, trwałość - powyżej 6 godzin
  • przeznaczenie: zapach na co dzień
  • dostępność: perfumerie stacjonarne i internetowe
Witajcie!

Jeżeli zastanawiacie się, czy w przedziale cenowym 40-60 zł można kupić podkład, który byłby porównywalny z jakością wysokopółkową, podpowiadam, że w ofercie L'Oreal znajduje się taki ideał i jest nim podkład Infaillible 24h Fresh Wear

Moje poszukiwania trwały bardzo długo. W ciągu roku dokładnie przetestowałam dla Was trzy hity blogosfery: jeden z nich był zbyt ciężki, ściągał skórę i przesuszał (jest już podobno wycofywany, więc nie będę o nim pisać), drugi to nic innego jak brokatowa katastrofa, z kolei w Internecie ciągle czytam, że przepięknie rozświetla... (jemu z kolei wydzielę trochę miejsca na blogu;)) oraz dzisiejszy bohater, który sprostał wszystkim moim wymaganiom.

Zdecydowałam się na kolor 200 Golden Sand, który wybrałam pod kątem wiosenno-letniej opalenizny;). Jest utrzymany w ciepłej tonacji i - co może być dla wielu osób istotną informacją - nie przesadzono tu z żółtym pigmentem, dzięki czemu nie wygląda sztucznie.

Nakładałam go pędzlem i gąbką; miałam okazję używać go w różnych warunkach atmosferycznych; sięgałam po niego, kiedy moja cera była zarówno w lepszym, jak  i gorszym stanie. Mając na uwadze powyższe aspekty, nie mam żadnych wątpliwości, by stwierdzić, że aktualnie jest to mój ulubiony podkład. Nie znam nic lepszego od ani w ofercie drogeryjnej, ani selektywnej. Jeśli to się kiedyś zmieni, na pewno dam Wam znać:).

Co sprawiło, że stał się moim numerem 1?
  • bardzo ładnie wtapia się w skórę,  nie osadza się na niej, jest niewidoczny, nakłada się na skórę cienką warstwą (grubą warstwę tworzyły m.in. podkłady: L'Oreal True Match i Collistar Even Finish Foundation+Primer 24 Perfect Skin);
  • rozprowadza się bezproblemowo (nie zastyga zbyt szybko, nie smuży, nie tworzy plam oraz prześwitów);
  • łatwo rozcierają się na nim inne produkty do makijażu: róż, puder brązujący, rozświetlacz;
  • ma satynowe wykończenie z subtelnym efektem ,,glow", który pojawia się po kilku godzinach. Ten zdrowy blask utrzymuje się na takim samym poziomie intensywności do końca dnia; 
  • im dłużej leży na skórze, tym lepiej wygląda. Zwykle jest na odwrót;);
  • przetestowałam go w wyższych temperaturach i byłam pod ogromnym wrażeniem, gdy zobaczyłam, że nadal wygląda świeżo;
  • zapewnia krycie na poziomie średnim;
  • może nie wygładza optycznie skóry tak jak potrafi to mistrz Givenchy, Teint Couture;), ale i tak jestem zadowolona z efektów;
  • nie oksyduje, aczkolwiek zaznaczę tylko, że niektóre recenzje wskazywały, że ciemnieje podczas zastygania. Ja tego u siebie nie zauważyłam, więc nie będę kupować o wiele jaśniejszego odcienia;);
  • to świetny wybór na co dzień, bo choć jest długotrwały, ma lekką formułę, która nie obciąża skóry i nie przesusza.
Nie widzę żadnych wad tego kosmetyku (z technicznych aspektów - pompka mogłaby działać sprawniej;)), a podsumowaniem tego wpisu niech będzie to, że nie wrócę już do swoich dotychczasowych ulubieńców drogeryjnych i już za chwilę zamówię kolejne sztuki na okres jesienno-zimowy:). W związku z tym, że podkład Infaillible 24h Fresh Wear występuje w dość szerokim wachlarzu kolorystycznym,  nie będzie problemu z wyborem odpowiedniego odcienia. Polecam serdecznie❤️.


Pozostałe informacje o kosmetyku:
  • cena - od ok. 40 zł w sieci (w cenę wliczyłam koszt wysyłki) do 67 zł w drogeriach stacjonarnych
  • dostępność - drogerie internetowe, drogerie stacjonarne
  • pojemność - 30 ml
  • PAO - 12 miesięcy
  • miejsce produkcji - Francja
Witajcie! :)

Jestem sympatykiem polskiej marki Glam, której produkty można kupić sklepie internetowym Glam-Shop, aczkolwiek - jak zdążyłyście pewnie zauważyć - niebezkrytycznym;). Nadal uważam, że większość turbo pigmentów oraz pigmentów sypkich, a także gąbki do makijażu warto poznać, bo ich jakość robi wrażenie, ale jest też jeszcze wiele do poprawienia.

Po sześciu miesiącach użytkowania turbo pigmentów mogę stwierdzić, że z pewnością nie są to produkty do nakładania palcem na gołą powiekę.  Przy takim sposobie prawie zawsze miałam zniekształconą strukturę skóry, co oznacza, że fundowałam sobie błyszczącą skorupę. Żeby uniknąć tego nieestetycznego efektu, polecam zrobić zapas pacynek do cieni;). Ile nerwów oszczędziła mi ta metoda! ;) Konieczna będzie też baza. W przeciwnym razie pigment zroluje się po ok. dwóch godzinach.


Przejdźmy do opisu poszczególnych pigmentów:
  • Błyskotka - miała być biel opalizująca na seledyn, a ja widzę seledynowo-miętowy kolor bez grama bieli... Jakim cudem miałby funkcjonować jako rozświetlacz (bo i taka sugestia często pada w jego kontekście)? Nie mam pojęcia;). Formuła jest na jak najwyższym poziomie. Uzyskujemy jednolitą, roziskrzoną, mocno błyszczącą taflę. Swoją drogą ten pigment ma największe stężenie perłowej masy spośród całej piątki, o której dziś piszę, więc rzeczywiście prezentuje się na oczach w sposób biżuteryjny.  Do odważnych wakacyjnych makijaży będzie jak znalazł. Ja akurat niezbyt dobrze czuję się w tym odcieniu, więc niedługo trafi do nowej właścicielki;). Na zdjęciu z makijażem nie chciał zaprezentować rzeczywistego koloru i wyszedł oczywiście biało...;D
  • Globalny glam - jeden z najpiękniejszych różowych pigmentów, jaki widziałam<3. Szlachetny, dziewczęcy, jasny róż z przewagą różowych drobinek (są też seledynowe i żółte, ale ledwie można je dostrzec). Oglądając zdjęcia w Internecie zawsze ma się wrażenie jakby zawierał domieszkę brązu, ale ja tego na żywo nie widzę. Sprawdzi się również w roli rozświetlacza. A tak na marginesie, kilka dni temu widziałam podobny kolor pigmentu w Inglocie z kolekcji Jennifer Lopez, ale ten z kolei przy Globalnym glamie wypada naprawdę mizernie ze względu na grubo zmielony multikolorowy brokat. W mojej kolekcji ten pigment Hani zostaje już na stałe <3.
  • Diamentowy - miał być chłodny srebrzysty róż, a jest z kolei biel, która ma delikatny seledynowy połysk widoczny w sztucznym świetle. Można go użyć jako rozświetlacza, choć trzeba się liczyć z tym, że podczas rozcierania na szczytach policzków biel się nieco wytraci i będzie jednak widać seledyn nawet w naturalnym świetle;). Formuła absolutnie bezproblemowa.
  • Steryd - złoto-zielony na brązowej bazie z drobinkami, których najwięcej jest w kolorze żółtym i seledynowym (jest też trochę różowych i fioletowych). Kilka razy wykreślałam go z listy, bo co chwilę czytałam na Instagramie, że znowu dla kogoś ten kolor okazał się być porażką;). Uzasadnienie przeważnie brzmiało - ,,zbyt zielony":). Ja lubię, gdy cień bądź pigment jest w ciepłej tonacji brązu i opalizuje m.in. na zieleń, więc rzutem na taśmę ,,kliknęłam" go podczas zakupów i uznałam, że do mojego typu urody jakoś się dopasuje;). Według mnie jest idealnie wyważony. Przede wszystkim widać iskrzące złoto na brązowej bazie z blaskiem żywej zieleni. Szkoda, że w moim makijażu zaprezentowanym poniżej aparat nie oddał dobrze tych trzech kolorów i przede wszystkim natężenia blasku:). Taki unikat musi zostać w moim zbiorze na stałe:).
  • Turbo wata cukrowa - cukierkowy, neonowy róż na brzoskwiniowej bazie z drobinkami różowymi i fioletowymi. Jego konsystencja jest zupełnie inna od pozostałych pigmentów. Tutaj mamy duże płatki zatopione w formule przypominającej wosk. To najtrudniejszy w obsłudze pigment i jako jedyny musi być nakładany palcem miejsce przy miejscu raczej na gołą skórę bądź pokrytą korektorem. Radziłabym jeszcze rozetrzeć te płatki najpierw  na opuszkach palców, bo na powiekach to się nie uda. Żeby uniknąć prześwitów i skorupy, trzeba się bardzo wysilić:/.
Podsumowując, spośród tych pięciu pigmentów znacząco wyróżniają się dwa: Globalny glam i Steryd. Są według mnie na tyle oryginalne, że z chęcią ponowię zakup. Do trzech pozostałych nie będę już wracać, ponieważ Błyskotka nie jest ,,moim" odcieniem, Diamentowy ma wiele odpowiedników wśród innych marek, a Turbo wata cukrowa, choć jest jednym z najgenialniejszych kolorów w ofercie Glam-Shopu, ma beznadziejną formułę.

Ciekawiły mnie jeszcze dwa turbo pigmenty i zdradzę Wam, że są już u mnie od jakiegoś czasu;). Jesienią poświęcę im wpis, przy okazji zamieszczę w nim mój subiektywny ranking unikatowych odcieni, które warto mieć w swoich zbiorach kosmetycznych.

Prezentacja pigmentów użytych makijażu. Kolejność taka sama jak na zdjęciach i tytule wpisu:

Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • cena - 25 zł
  • gramatura - 1,8 g
  • PAO - 12 miesięcy
Witajcie! :)

Zdarza się, że niektóre perfumy jednoznacznie kojarzą mi się z jakimś kolorem. Kompozycja White pure extrait de parfum wykreowana przez holenderską markę Puredistance jest dla mnie odzwierciedleniem odcienia kremowej bieli. Nie znając piramidy zapachowej, przypuszczałam, że tego rodzaju piżmowy zapach, który emanuje eteryczną czystością został najprawdopodobniej utkany m.in. z białych kwiatów, kwiatów bawełny, cedru, białej ambry, limonki albo cytryny -  byłby to chyba najbardziej oczywisty kierunek, tymczasem perfumiarz Antoine Lie wybrał zupełnie inne ogniwa.

Z informacji, które są dostępne na stronie Perfumerii Quality Missala można dowiedzieć się m.in. o tym, jak długo powstawał ten zapach, a także o jakości i pochodzeniu poszczególnych składników:
Stworzenie i dopracowanie kompozycji zajęło perfumiarzowi Antoine Lie cały rok – wykorzystał w tym celu najlepsze i najdroższe składniki z całego świata (Francja, Wenezuela, Włochy, Indonezja, Mysore, Haiti). Efektem jego pracy są wyjątkowe perfumy, które poprawiają samopoczucie przez intensywny, ale też pełen komfortu i piękna zapach. Perfumy mają koncentrację ekstraktu perfum: mieszanka najlepszych składników na świecie wynosi nie mniej niż 38% składu kompozycji.
Fascynują mnie od jakiegoś czasu perfumy, które w przeróżny sposób ukazują aromat czystości, dlatego poznanie kolejnego przedstawiciela tego nurtu wzbudziło we mnie ogromny entuzjazm, zwłaszcza że White jest niesamowicie kobiecy, łagodny i przepełniony wrażliwością.

Dlaczego uznałam, że piżmo ukazane w White Puredistance jest wyjątkowe? Otóż na mojej skórze nie jest jednoznaczne, określiłabym  je wręcz mianem ekspresyjnego - pachnie zarówno słodkim kremem, mlekiem, dobrej jakości mydłem, luksusowymi kosmetykami do pielęgnacji ciała i twarzy, ale również pudrem. Którą postać przybierze, zależy od nut grających w tle, czyli intensywnie świeżej róży majowej (stulistnej), cierpkiej i kwaśnej bergamotki, słodkiego drewna sandałowego oraz drzewnej, ziemistej wetywerii i paczuli, a także kłącza irysa, który odpowiada za efekt pudrowości.


Trafnym wyobrażeniem na temat tych perfum wydaje się być poranny letni rytuał zainicjowany szybkim prysznicem. Następnym etapem byłoby przyrządzenie schłodzonej lemoniady, którą wzięłybyśmy na przechadzkę po niedawno zaprojektowanym przez nas ogrodzie, w którym wydzieliłyśmy dość dużą przestrzeń na zaaranżowanie różanego kącika. Docieramy do ulubionego miejsca wypoczynku - ażurowej altany. Zapach naszej skóry, która pachniałaby jeszcze kremowym żelem pod prysznic mieszałby się z odświeżającym perfumowanym pudrem do ciała naniesionym na dekolt, a także cytrusowym napojem i obezwładniającą kwiatową wonią. Ten niczym niezmącony relaks z pewnością pozwoli o wiele łatwiej wkroczyć w codzienność.

Jeśli cenicie wielowymiarowe perfumy, których nie sposób okiełznać, ponieważ za każdym razem poszczególne nuty tworzą zupełnie nową kombinację zapachową, a jednocześnie odnajdujecie się w kwiatowo-drzewno-piżmowej kategorii olfaktorycznej, serdecznie zachęcam do przetestowania White Puredistance ❤️.


Nuty zapachowe:
róża majowa, absolut bobu tonka, absolut kłącza irysa, drewno sandałowe, bergamotka, piżmo, wetiwer, paczula


Pozostałe informacje o perfumach:
  • cena: 17,5 ml - 770 zł; 60 ml - 1295 zł; 100 ml - 2095 zł
  • parametry: projekcja - na długość ramion, trwałość - około 6 godzin
  • przeznaczenie: zapach na dzień, sprawdzi się zarówno w okolicznościach formalnych, jak i nieformalnych
Witajcie!:)

Wszystkie trzy kosmetyki, które Wam przedstawię są moim zdaniem świetne. Oczywiście jak zwykle trochę ponarzekam na kilka aspektów, związanych z techniczną stroną użytkowania, ale to nie zmienia faktu, że ze swojej roli wywiązały się znakomicie;).


Przejdźmy do opisu każdego z nich:
  • La Roche-Posay, Anthelios barwiący Shaka Fluid SPF 50+ - filtr ma wodnistą konsystencję, błyszczące wykończenie, jest niewidoczny i niewyczuwalny na skórze. Kolor na dłoni wydaje się być ciepłym średnim brązem z pomarańczowymi tonami, ale na szczęście na twarzy już ich nie wychwyciłam;). Przy okazji napiszę, że moim zdaniem ten kolor nadaje się wyłącznie dla średniej i ciemnej karnacji. Właścicielkom bardzo jasnych i jasnych cer proponowałabym poszukać innego produktu, ponieważ mogłyby się przerazić na jego widok;) - to odpowiednik kolorystyczny podkładów Lancome, Teint Idole Ultra Wear na pograniczu 03 Beige Diaphane i 04 Beige Nature. Fluid nadaje skórze tylko kolor, a więc nie zakamufluje nawet drobnych przebarwień czy niedoskonałości. Niestety uwydatnia rozszerzone pory, więc konieczne będzie przypudrowanie twarzy ulubionym pudrem optycznie wygładzającym strukturę skóry. Producent zapewnia, że fluid równomiernie i jednolicie pokrywa cerę, natomiast ja musiałam dopracowywać produkt pędzlem na linii żuchwy i szyi, ponieważ tworzyły się w tej strefie plamy i prześwity. Potwierdzam z kolei jego odporność na wodę i pot. Zapach jest wyrazisty, świeży, całkiem przyjemny, kojarzy mi się z szamponem do włosów;). Na mojej skórze nie zanikał - tracił jedynie na intensywności. Filtr nie podrażnił mojej skóry. Z materiałów informacyjnych o produkcie dowiadujemy się, że filtr zapewnia szerokie spektrum ochrony przed promieniowaniem UVB oraz UVA dzięki technologii XL PROTECT™, opartej na fotostabilnym systemie filtracji wzmocnionym antyoksydantami. Polimery wiążą w formule olej pomiędzy mikrokryształami, tworząc silną, jednolitą barierę ochronną. Woda termalna z La Roche-Posay koi, łagodzi, działa antyoksydacyjnie.  Podsumowując, uważam, że jest to świetny filtr.  Pojawi się jeszcze w mojej kosmetyczce, ale w międzyczasie będę, rzecz jasna, szukać kolejnych, godnych polecenia produktów;). Moja ocena -> 5/6.
  • La Roche-Posay, Serozinc mgiełka łagodząca z pochodną cynku - skierowana dla skóry mieszanej i tłustej z tendencją do niedoskonałości. W składzie znajdziemy wodę termalną, chlorek sodu oraz siarczan cynku. Mgiełka wykazuje właściwości łagodzące, antyoksydacyjne. Łagodzi uczucie podrażnienia i pieczenia skóry, reguluje wydzielanie sebum, matuje, hamuje namnażanie się bakterii. Podoba mi się to, że marka nazwała ten produkt takim, jakim jest faktycznie,  co oznacza, że nie zraszamy twarzy obfitymi kroplami wody tryskającymi z szaloną prędkością (pamiętacie ,,mgiełkę" Lily Lolo, o której kiedyś pisałam?;)), tylko właśnie przyjemną mgiełką, którą atomizer uwalnia dość nieśpiesznie. Nie trzeba ściągać nadmiaru chusteczką, ponieważ w  procesie odparowywania  wody nie wystąpi przesuszenie skóry. Po zaaplikowaniu mgiełki nie odczuwałam ściągnięcia skóry. Można ją zastosować pod makijaż, pod pielęgnację. Producent zaleca używać jej 2 razy dziennie jako tonik. Moja ocena -> 6/6
  • Iwostin, Solecrin SPF 30 spray ochronny dla dzieci pow. 6 miesiąca życia (przeznaczony również dla dorosłych) - filtr ma konsystencję rzadkiego kremu/mleczka, świetnie się rozprowadza, szybko się wchłania, nie pozostawiając tłustej, lepiącej się warstwy, nie plami ubrań, działa nawilżająco i odżywczo, jest wodoodporny. Nie mam porównania do innych tego typu filtrów z dozownikiem w formie pompki, ale zastanawia mnie jaki jest sens zastosowania takiego mechanizmu dla tej konkretnej formuły, skoro  produkt rozpryskuje się dość szerokim strumieniem, owszem, obejmując powierzchnię skóry, ale również wszystko, co znajduje się wokół nas... Wydawało mi się, że używa się tego jak typowy spray, a więc z umiarkowanie bliskiej odległości. Okazuje się, że możemy w ten sposób zmarnować przynajmniej 1/4 produktu. Najlepiej zaaplikować filtr na dłoń z  b a r d z o bliskiej odległości;), po czym rozsmarować na ciele. Zdecydowanie lepszym pomysłem na opakowanie byłaby tubka. Mimo drobnych technicznych niedogodności, na które znalazłam sposób, muszę przyznać, że jestem zachwycona działaniem tego kosmetyku i z pewnością wrócę do niego  w przyszłym sezonie. Moja ocena -> 6/6.

Pozostałe informacje o produktach:
  • cena - Anthelios Shaka Fluid - ok. 65 zł, mgiełka Serozinc - ok. 20 zł, spray Solecrin - ok. 35 zł
  • pojemność - Anthelios Shaka Fluid - 50 ml, mgiełka Serozinc -150 ml, spray Solecrin - 150 ml
  • dostępność - apteki
Witajcie! :)

Lubicie brązowe pomadki i błyszczyki do ust? Ja lubię różowe z domieszką brązu, ale już takie oczywiste brązy niekoniecznie - są według mnie zbyt poważne, poza tym nie czuję się w nich dobrze. Zdarza się, że zrobię dla tego koloru wyjątek latem, czyli wtedy, gdy jestem opalona. Obowiązkowo musi być wtedy zestawiony z seledynowym pigmentem lub ciepłą tonacją cieni i różu (tutaj stawiam na kolor pomarańczowy i brzoskwiniowy;)). Do tego intensywnie błyszczący rozświetlacz i gotowe;).

Za sprawą Ani ❤️ trafiła do mnie pomadka z mojej ulubionej serii od Estee Lauder, czyli Pure Color Envy Sculpting (na blogu pisałam kiedyś o malinowym różu 230 Infamous). Mam ją w kolorze 130 Intense Nude, który opisałabym jako odważny średni brąz zmieszany z burgundem.

Producent obiecuje:
podkreślenie ust głębokim kolorem, który modeluje je wielowymiarowymi pigmentami, a lekka, miękka i aksamitna formuła zapewnia natychmiastowe i długotrwałe nawilżenie za sprawą kompleksu zawierającego kwas hialuronowy.
Sztyft pachnie waniliowo, ale delikatniej niż pomadki Mac. Przy jednej warstwie usta są pokryte nasyconym kolorem bez prześwitów. W ciągu kolejnych godzin znika estetycznie i równomiernie. Wykończenie szminki jest kremowe, lśniące.

Bardzo podoba mi się to, że szczyt sztyftu jest zaprojektowany w taki sposób, by móc precyzyjnie obrysować usta, dlatego też nie ma konieczności sięgania po konturówkę w podobnym odcieniu.

Uważam, że ta seria jest doskonała i gdyby tylko było więcej ciekawszych odcieni nude i różu, na pewno nie sięgnęłabym już do oferty Mac, ponieważ trwałość pomadek Pure Color Envy Sculpting jest niesamowita. Często słyszy się, że kremowa formuła pomadki nie idzie w parze z dobrą trwałością, więc jeśli tylko mam okazję, podaję przykład Estee Lauder:).


Lista wad tej serii pomadek :
  • gama kolorystyczna nie wywołuje dużego entuzjazmu (w moim guście jest zaledwie kilka odcieni).
Lista zalet pomadki:

  • trwałość w granicach 4-6 godzin,
  • nie przesusza moich ust,
  • jest niewyczuwalna na ustach,
  • nie podkreśla suchych skórek (pokazywałam kiedyś na zdjęciu, że potrafi je ukryć),
  • nie migruje poza kontur ust,
  • nie osadza się na zębach,
  • eleganckie, ciężkie opakowanie z zamknięciem na magnes.

Pozostałe informacje o kosmetyku:
  • cena - 159 zł
  • gramatura - 3,5 g
  • dostępność - m.in. Douglas, strona Estee Lauder
  • miejsce produkcji - Kanada
Witajcie! :)

Lubicie stosować gotowe maseczki? Czy może preferujecie wersje sproszkowane, do których można jeszcze dodać dowolny półprodukt: kropelkę ulubionego olejku, hydrolatu lub koncentratu, by choć przez chwilę poczuć się podczas przygotowywania mikstury niczym chemik z prawdziwego zdarzenia?;) Ja korzystam z dobrodziejstwa obu rozwiązań, aczkolwiek najczęściej decyduję się na pierwsze rozwiązanie.

Maseczka łotewskiej marki Madara spisała się u mnie znakomicie, więc postanowiłam poświecić jej cały wpis, mimo że opinię wyrobiłam sobie po zużyciu miniatury o pojemności 12,5 ml. Wpływ na tę decyzję miał fakt, że jest to bardzo wydajny kosmetyk. Nie uwierzycie, ale nakładając maseczkę 3 razy w tygodniu w takiej samej ilości jak krem, wystarczyła mi na ponad 2 miesiące. Już na samym wstępie zatem napiszę, że na pewno kupię pełnowymiarowe opakowanie, jak również wersje miniaturowe.


Informacja od producenta na temat działania kosmetyku:
Głównym składnikiem maseczki jest ekstrakt z północnej peonii, który dostarcza skórze silnego nawilżenia, odżywienia i działa antyoksydacyjnie oraz wygładzająco. Kosmetyk wzbogacono działającymi przeciwzapalnie wyciągami z siemienia lnianego i pokrzywy, a także kwasem hialuronowym, znanym ze swoich znakomitych właściwości nawilżających. Używać 2 razy w tygodniu lub kiedykolwiek skóra jest spragniona, odwodniona i zestresowana. Nakładać na czystą skórę. Pozostawić lub wytrzeć po 15-20 minutach.
Maseczka jest przeznaczona dla każdego rodzaju skóry, która aktualnie zmaga się odwodnieniem. Gdybym używała jej, nie znając pełnej nazwy, uznałabym, że jest  przede wszystkim silnie nawilżająca i odżywcza - rozświetlenia cery nie dostrzegłam. 

Konsystencja jest kremowa, średnio gęsta. Maseczka ma kolor łososiowy, czyli taki jak tubka i opakowanie zewnętrzne. Zapach jest bardzo przyjemny - moim zdaniem pachnie jak kwiat wiśni połączony z pudrową nutą.

Tuż po nałożeniu czuć, że twarz została otulona odżywczą pierzynką, co w tym przypadku oznacza, że podczas naturalnej ekspresji mimicznej wyczuwalne jest to, jakby do skóry została przyklejona puszysta powłoka z wody. To bardzo ciekawe i niespotykane wrażenie, dlatego trochę trudno je opisać;). Jeśli będziecie miały okazję używać tej maseczki, będziecie już wiedzieć, co dokładnie mam na myśli;). 

Kierując się bieżącymi potrzebami mojej cery, najczęściej pozostawiałam ją na twarzy na około 30 minut, czasami na godzinę. Doszukałam się też recenzji, w których dziewczyny mówiły, że stosują ją na noc, a więc można spróbować i tej metody;).

Podsumowując, oczekiwałam od niej wyłącznie i n t e ns y w n e g o nawilżenia i to otrzymałam, a dodatkowe zalety tylko przypieczętowały decyzję o konieczności zrobienia zapasów na okres jesienno-zimowy:).

Pozostałe informacje o kosmetyku: 
  • cena - 12,5 ml -> 30 zł + koszt wysyłki; 60 ml -> 144 zł+ koszt wysyłki
  • dostępność - m.in. sklepy internetowe z kosmetykami organicznymi, Douglas, Minti Shop
  • PAO - 6 miesięcy
Witajcie! :)

Aktualnie mam kilkanaście kosmetyków z Max Factor. Podzieliłam je na grupy tematyczne, które roboczo zatytułowałam m.in. w następujący sposób: ,,hity", ,,buble", ,,pierwsze wrażenie". Oznacza to, że jesienią będę Was dosłownie prześladować postami opisującymi produkty tej marki;).

Kosmetyki, które pójdą na pierwszy ogień kupiłam w sklepie internetowym bez uprzedniego testowania w drogerii stacjonarnej i przeglądania recenzji na blogach;). Okazało się, że są naprawdę dobre, więc z chęcią Wam je polecę:).
  • wypiekany róż Creme Puff Blush w kolorze 20 Lavish Mauve - szukałam dokładnie takiego różu, który byłby kolorystycznie zbliżony do pomadek Mac: Creme Cup i Angel. Lavish Mauve nie dość, że jest właśnie takim jasnym zgaszonym różowofioletowym odcieniem, to jeszcze ma subtelną poświatę białej perły jak Angel <3. Ma jedwabistą konsystencję, przy czym muszę zaznaczyć, że trochę się pyli podczas nabierania na pędzel. Wykończenie jest satynowe z perłowym blaskiem. Jeśli chodzi o pigmentację, gdybym wcześniej widziała ten róż w drogerii, w ogóle nie zdecydowałabym się na zakup, uznając, że byłby ledwie widoczny na policzkach. Okazuje się, że w zależności od użytego pędzla można uzyskać różny efekt: delikatny, gdy wybierzemy pędzel z dłuższym, luźno rozłożonym i sprężystym włosiem (np. Bdellium Tools, profesjonalna linia Studio, model 960S) oraz umiarkowanie intensywny, gdy sięgniemy po małą wersję kabuki  (bareMinerals, Lily Lolo) lub nałożymy go na mokro. Bezproblemowo się rozciera, nie pozostawiając plam. Na uwagę zasługuje bardzo dobrą trwałość. Świetnie spisuje się również jako cień do powiek, czego nie mogę powiedzieć o wielu innych różach. Niestety ma jedną wadę - podkreśla rozszerzone pory. Nie mogę się doczekać aż nałożę go zimą, czyli wtedy, gdy będę stosować jasne podkłady utrzymane w neutralnej tonacji. Będzie miał wówczas idealne warunki, by w pełni ukazać swój urok. Zastosuję wtedy bardzo lubianą przeze mnie metodę modelowania twarzy różem;).
  • pogrubiający tusz do rzęs Volume Infusion - na samym początku napiszę, że jest to naprawdę porządny tusz, ale mimo wszystko nie znajduje się on na moim subiektywnym podium, ponieważ uważam, że w dość szerokiej gamie maskar Max Factor znajdziemy lepsze warianty, chociażby 2000 Calorie Dramatic Volume, Masterpiece High Definition, Masterpiece Max i jeszcze jeden, o którym niebawem napiszę, ale już teraz zdradzę, że to prawdziwy hit  do zadań specjalnych;). Volume Infusion, owszem, zapewnia efekt pogrubionych i wydłużonych rzęs w granicach efektu, który można nazwać dziennym, ale żeby to się stało, należy pozostawić go parę razy na kilka godzin bez zatyczki, dzięki czemu przyspieszymy proces gęstnienia jego formuły. Tusz jest bardzo rzadki potrzebuje aż miesiąca, by w widoczny sposób podkreślać rzęsy, a nie sądzę, by ktokolwiek miał ochotę czekać tak długo na pożądany rezultat, stąd też moja rada;). Szczoteczka umożliwia  precyzyjne rozdzielenie rzęs, równomiernie je pokrywa, nie tworząc grudek, nie ma również mowy o żadnym osypywaniu się w ciągu dnia. W składzie znajduje się biotyna i keratyna, które działają wzmacniająco na rzęsy.

Podsumowując, na pewno chciałabym jeszcze kupić ten róż w jakimś żywszym kolorze, natomiast do tuszu, mimo że jestem z niego zadowolona, nie wrócę, ponieważ lepiej sprawdzają się u mnie cztery inne egzemplarze z MF, o których wspomniałam w recenzji;).

Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • pojemność: róż -> 1,5 g, maskara ->13,1 ml
  • cena: róż -> od ok. 33 zł w drogeriach internetowych (wliczyłam koszt wysyłki) do 57 zł  w stacjonarnych, maskara -> od ok. 38 zł w drogeriach internetowych (wliczyłam koszt wysyłki) do 60 zł w stacjonarnych.
  • PAO - róż -> 36 miesięcy, maskara -> 12 miesięcy, 
  • miejsce produkcji -> róż -> Kanada, maskara -> Anglia
Witajcie!

To było niezwykłe uczucie, móc po kilku miesiącach znowu doświadczyć tych wszystkich emocji związanych z odkryciem perfum niezwykłych, dynamicznych, nieszablonowych, które jednocześnie cechuje wysoka jakość składników. Co ciekawe, po sprawdzeniu wszystkich  nut zapachowych orientalno-drzewnego Nin-Shar francuskiej niszowej marki Jul et Mad Paris nie byłoby żadnych szans, bym zdecydowała się na zamówienie choćby próbki, nie mówiąc już o zakupie w ciemno;). Wyobrażenie sobie słodkiej kompozycji, ale jednak z agarem i kadzidłem w bazie nie spowodowałoby u mnie jakiegoś szczególnie ożywionego zainteresowania;). Cieszę się więc, że trafiła do mnie dość zasobna w mililitry odlewka (dziękuję Asiu❤️), w rezultacie czego znalazłam kolejny w pełni ,,mój" zapach, a przy okazji po raz kolejny przekonałam się, że analiza piramidy zapachowej nie zawsze prowadzi we właściwą uliczkę;).

źródło zdjęcia ---> https://www.facebook.com/juletmad/

Na ogół mówi się, że Nin-Shar jest  brawurową opowieścią o czerwonej, dojrzałej róży.  Dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o babcinej spiżarni, w której można znaleźć specjały będące poezją dla dziecięcego podniebienia:). Za sprawą piwnicznego, drzewnego i jednocześnie słodkiego charakteru perfum, ale w wydaniu owocowym wyobraziłam sobie, że świetną ilustracją dla Nin-Shar byłoby miejsce, w którym przechowuje się przetwory na zimę. Widzę też dwoje małych łasuchów, którzy bezceremonialnie otwierają konfiturę malinową i brzoskwiniową z dodatkiem wanilii oraz miód;).

Róża w tej kompozycji jest dojrzała, czerwona, słodka, mocno wyeksponowana. Na dalszym planie znajduje się agar, który - o dziwo - nie krzyczy, nie miażdży pozostałych nut, wręcz przeciwnie - od czasu do czasu przypomni o swoim istnieniu, żebyśmy zbytnio nie rozanielili się w tej przyjemnej słodyczy:). Dba o to również paczula, dzięki której zapach sprawia wrażenie wilgotnego.

Komu mógłby się spodobać ten zapach? Wszystkim, którzy docenili chociażby szyprowo-kwiatowe Si Armaniego w wersji Le Parfum. Dostrzegam między tymi zapachami analogię w zestawieniu owoców w formie konfitury (porzeczkowa w Si Le Parfum) z nutami, które dają efekt specyficznej piwnicznej wilgoci i nienachalnej ostrej drzewnej świeżości (kadzidło i paczula w Si Le Parfum). Oba zapachy łączy również nalewkowe brzmienie. Poza tym mam nieodparte wrażenie, że Nin-Shar mógłby zauroczyć nawet te osoby, które uważają się za nieprzejednanych przeciwników agaru w perfumach;). To jeden z najpiękniejszych łagodnych orientów, na jaki kiedykolwiek trafiłam❤️.

Piramida zapachowa:
górne nuty: bergamotka, likier różany, dzięgiel
środkowe nuty: róża turecka, egipski jaśmin, paczula
dolne nuty: agar, benzoes, wanilia bourbon, cedr, drzewo sandałowe, kadzidło

Pozostałe informacje o perfumach:
  • cena: do 340 zł + koszt wysyłki
  • pojemność: 50 ml
  • dostępność: polskie perfumerie internetowe
  • parametry: trwałość -> powyżej 6 godzin, projekcja -> duża, na kilka metrów 
  • przeznaczenie: zapach zarówno dzienny, jak i wieczorowy; całoroczny, na wiele okazji (z tymże uważam, że nie sprawdzi się raczej w sytuacjach formalnych)
Witajcie!:)

Dzisiaj zapraszam na krótki wpis, w którym zaprezentuję Wam błyszczyki idealne do wakacyjnych makijaży❤️. Są bardzo lekkie, komfortowe w noszeniu, nie znikają z ust w okamgnieniu, czyli po około trzydziestu minutach;), aczkolwiek zaznaczam, że nie należą też do tych długotrwałych. 

  • Victoria's Secret, Minty Shine On Flavored Lip Gloss - bezbarwny, intensywnie lśniący, zapewnia efekt delikatnego chłodzenia, natomiast nie towarzyszy temu wrażeniu mrowienie, które jest charakterystyczne dla błyszczyków powiększających usta. Konsystencja żelowa. Cudowny, wiernie odwzorowany zapach miętowych mentosów❤️❤️❤️. Bardzo słodki w smaku. Dobrze nawilża usta,  znika w estetyczny sposób, nie pozostawiając brzydkich obwódek. Nie migruje poza kontur ust. Aplikuje się go prosto z tubki z silikonowego aplikatora. Ode mnie w pełni zasłużona szóstka - nie mogło być inaczej;).
  • Dr. Hauschka Lip Gloss - kolor 02 raspberry opisałabym jako jasny, dziewczęcy róż w chłodnej tonacji. Jest półtransparentny, ale można uzyskać lepsze krycie, dokładając kolejną warstwę. Mamy tu czysty kolor bez drobinek. Błyszczyk ma ciekawą konsystencję, która przypomina masło. Zapach jest świeży, ziołowy w wydaniu aptecznym, ale nie jest to w moim odczuciu wada, zwłaszcza że nie czuję gorzkiego posmaku;). Zawiera w składzie naturalne pigmenty mineralne, masło z mango, olej z pestek moreli, olej z rokitnika, wyciąg z kwiatów przelotu pospolitego oraz najbardziej błyszczący z wosków, który jest pozyskiwany z rośliny wilczomlecza. Aplikator powleczony gąbeczką nabiera odpowiednią ilość produktu. Błyszczyk nie zbiera się w załamaniach, wręcz przeciwnie - pięknie wygładza usta. Wystawiam kolejną szóstkę;).

Podsumowując, jeśli szukacie aktualnie nowego błyszczyka do ust, serdecznie zachęcam do rozważenia któregoś z zaprezentowanych w tym poście*_*. Dziękuję Asi (blog ->1001 pasji) za możliwość przetestowania tych kosmetyków❤️.


Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • gramatura: Victoria's Secret  - 9,6 g / Dr. Hauschka - 4,5 ml (ja mam wersję miniaturową o pojemności 3 ml),
  • PAO: Victoria's Secret - 12 miesięcy /Dr. Hauschka - 12 miesięcy,
  • dostępność:  Victoria's Secret - m.in. strona marki, Dr. Hauschka - m.in. Perfumerie Douglas i polska strona Lookfantastic,
  • miejsce produkcji: Victoria's Secret - USA, Dr.  Hauschka - Niemcy.
Witajcie! :)

Jestem zwolenniczką kupowania pojedynczych cieni, bo wybieram wówczas tylko te, których rzeczywiście będę używać. W wielu paletach irytuje mnie to, że zawierają jasne matowe beże (nie używam), czerń (tym bardziej nie używam;)), i - o zgrozo - wszelkiej maści odcienie niebieskiego (nie da się ukryć, że nie jest to mój kolor;)).

Raz na jakiś czas robię wyjątek. Dzieje się to wtedy, gdy mam ochotę poeksperymentować z inną kolorystyką i na ogół okazuje się, że cienie, na które nie zwróciłabym normalnie uwagi, idealnie mi pasują. Jako że od dłuższego czasu interesuje mnie marka Colourpop, zdecydowałam, że wybiorę paletę z jej oferty. Przyglądając się około trzydziestu zestawieniom kolorystycznym, od razu wiedziałam, że Fortune jest stworzona dla mnie;D. Zobaczyłam iście wakacyjny dobór kolorów w palecie - przepadłam, ujrzałam na blogach prezentację wszystkich cieni na skórze - przepadłam po raz drugi;D. 

Czym mnie ujęła ta paleta w takim pierwszym zetknięciu w sieci i w pierwszych dniach użytkowania?
  • mamy tu zarówno ciepłą, jak i chłodną tonację,
  • otrzymujemy aż 6 różnych wykończeń cieni: 8 matów, 4 metaliczne, 1 satyna, 1 perła, 1 folia, 1 prasowany pigment,
  • paleta inspiruje do tworzenia ciekawych makijaży dziennych i wieczorowych,
  • mimo że w takim ogólnym ujęciu jest raczej zachowawcza, to niewątpliwie jest w niej nuta  ekstrawagancji, która na szczęście jest dopasowana do mojego typu urody;),
  • estetyczne, solidne i ciężkie opakowanie (powierzchnia jest welurowa, z lakierowanymi elementami).


Przejdźmy do szczegółowego opisu poszczególnych cieni. Jak zwykle moja perspektywa różni się nieco od tego, jak widzi wykończenia i kolory producent oraz dziewczyny, które recenzowały tę paletę na swoich blogach;):
  • Cream (satynowy) - szampański, dosyć miękki, mocno napigmentowany, jakość bardzo dobra;
  • Ben (matowy) - krem z pomarańczy, suchy, pylisty, cień nierównomiernie się rozprowadza, odkleja się od skóry przy dokładaniu kolejnej warstwy, nadaje się tylko do rozcierania nad załamaniem powieki;
  • Mo Problems (matowy) - kolor wielbłądziej wełny, pyli się, ale nie sprawia problemów przy nakładaniu, średnio napigmentowany;
  • Oracle (perłowy) - bardzo jasne neutralne złoto, miękki, mocno napigmentowany, świetnie się rozciera, jakość porównywalna z cieniami metalicznymi Lorac;
  • Stacks (foliowy) - miedziane złoto, bardzo miękki (na pograniczu kremowej konsystencji), nie sprawia żadnych problemów przy blendowaniu;
  • Racks (metaliczny) - miedziany róż, miękki, mocno przykleja się do skóry, dlatego jeśli, tak jak ja, lubicie rozcierać błyszczące cienie nad załamaniem powieki, polecam punktowo dołożyć kolejne ,,porcje" w docelowe miejsce i rozprowadzić pędzlem o miękkim puchatym włosiu;
  • Wiser (matowy) - łososiowy, miękki, pylisty, ale bezproblemowy w aplikowaniu, niestety po kilku godzinach piękny odcień różu zmienia się w brzoskwiniowy:/;
  • Miser (prasowany pigment) - błękitne i zielone drobinki na pomarańczowej podstawie, dodatkowo całość opalizuje na różowo; miękki, ma słabszą przyczepność do pędzla, więc najlepiej nałożyć go palcem, a następnie rozetrzeć pędzlem;
  • Nouveau (metaliczny) - żółte złoto, mocno przykleja się do powieki, więc rada identyczna jak w przypadku koloru Racks;);
  • Riche (matowy) - czerwona pomarańcza, nieco twardszy od wspomnianych wcześniej matów, aczkolwiek wyróżnia się dopracowaną w każdym szczególe formułą. Nie mam żadnych uwag;);
  • 500 (matowy) - zgaszona malina, identyczna sytuacja jak wyżej;);
  • Trove (matowy) - buraczkowy, twardy, zbity, od pozostałych matów różni się tym, że jest w dotyku silikonowy i słabo napigmentowany, po demakijażu pozostawia ślady podobne do niezmytego ze skóry flamastra:/. Używam go tylko w roli eyelinera bądź do podkreślenia dolnej powieki tuż przy linii rzęs;
  • Money Trees (metaliczny) - głęboki chłodny brąz z miedzianymi, różowymi, seledynowymi i czerwonymi iskierkami. Jeśli chodzi o właściwości, są identyczne jak w przypadku kolorów: Racks i Nouveau;
  • Fortunate (matowy) - czerwony brąz, właściwości zbliżone do kolorów Riche i 500, czyli kolejny ideał w palecie;);
  • Jackpot (metaliczny) - głęboka wiśnia z fioletowym, różowym i czerwonym połyskiem, formuła identyczna jak w przypadku kolorów: Racks, Nouveau oraz Money Trees;
  • Strike It (matowy) - jagodowy brąz, w którym jest nuta szarości i czerni, formuła jedwabista, używam go tylko do podkreślenia dolnej linii rzęs, ponieważ jest to bardzo ciemny kolor. 

Mocne strony palety, pomijając te, o których już wspomniałam:
  • cienie prezentują się o niebo lepiej na powiekach niż w palecie. Dopiero na skórze widać wszystkie niuanse: głębokie nasycenie kolorów, soczyste, jaskrawe podtony, połyskiwanie na inne barwy, różnokolorowe drobinki
  • maty nie tworzą plam przy rozcieraniu tuż nad załamaniem powieki i na ogół  dobrze się łączą z błyszczącymi cieniami,
  • doskonała formuła wszystkich błyszczących cieni (miękkie, nie uwydatniają zmarszczek, są trwałe, nie zmieniają koloru w ciągu dnia, nie tracą na intensywności),
  • biorąc pod uwagę genialną jakość formuły i oryginalność kolorów cieni, moje subiektywne podium wyglądałoby w następujący sposób: 1. miejsce -> Miser, 2. miejsce - na równi: Racks, Money Trees, Jackpot; Fortunate, 500, 3. miejsce -> na równi: Stacks, Nouveau, Riche.
  • na 16 cieni, które składają się na paletę Fortune, będę używać z przyjemnością w codziennym makijażu aż 13 kolorów, więc odpowiadając na pytanie zawarte w tytule, uważam, że warto było ją kupić <3.
Słabe strony palety:
  • są w tej palecie 2 totalne nieporozumienia, o ile w zamyśle producenta było używanie ich na całą powiekę;). Mam tu na myśli cienie: Ben oraz Trove.
  • niektóre metaliczne cienie tak mocno przyklejają się do powiek, że nie można ich rozetrzeć do tzw. chmurki. Dla wielu osób może być to wada, natomiast dla mnie niekoniecznie. Po prostu za bardzo przyzwyczaiłam się do struktury błyszczących cieni Lorac, które rozprowadzało się prawie aż pod sam łuk brwiowy niczym krem;).
Makijaże, w których użyłam cieni w następującej kolejności: Fortunate, Racks, Miser, Stacks, Money Trees, Jackpot, Nouveau, 500 (z domieszką rozświetlacza z Inglota), Riche.




Pozostałe informacje o produkcie:
  • cena - 160 zł ( w cenę wliczyłam koszt przesyłki),
  • gramatura - 16 cieni po 1,1 g,
  • dostępność - swój egzemplarz kupiłam na stronie House of Beauty
Witajcie!

Dzisiaj zapraszam na wpis, któremu nadałam formę podsumowania w pigułce. Działanie dwóch kosmetyków zadowoliło mnie na tyle, że z pewnością  ponowię ich zakup i jednocześnie będę gorąco zachęcać Was do sprawdzenia ich na własnej skórze; trzeci był do tej pory moim ulubieńcem, natomiast formuła po zmianie składu dalece odbiega od tego, co oferowało opakowanie w poprzedniej, chabrowej szacie graficznej; nad czwartym kosmetykiem muszę się jeszcze zastanowić, ponieważ nie do końca spisał się w swojej roli, ale za to w innym zadaniu poszło mu całkiem nieźle:).

Iwostin, seria Hydro Sensitia, przeciwzmarszczkowy krem + serum - szukałam lekkiego kremu nawilżającego na dzień, który w swoim składzie zawierałby m.in. kwasy omega 3 i 6. Podczas przeglądania oferty dermokosmetyków trafiłam na formułę, która jest połączeniem kremu i serum. Ciekawość zwyciężyła. Chciałam jak najszybciej poznać tę innowacyjną recepturę 2 w 1;). Poza wspomnianymi już kwasami omega 3 i 6 można wyszczególnić również kwas hialuronowy oraz Suberlift (składnik wygładzający, który zapewnia odczucie liftingu skóry), a także Dermican (przeciwzmarszczkowy peptyd). Zapach opisałabym jako intensywny, mydlany, ale w takim ekskluzywnym wydaniu. Daje poczucie czystości, odświeżenia, dlatego od razu pomyślałam, że byłby to świetny kosmetyk na lato. Wchłania się całkowicie, mam wrażenie, że skóra go ,,łapczywie" pochłania i ,,oczekuje" kolejnej porcji. Na początku oceniłam nawilżenie  jako lekkie, niewystarczające (w ciągu dnia ponawiałam aplikację dwukrotnie), aczkolwiek po ok. dwóch tygodniach stosowania mogłam już stwierdzić, że jest ono na poziomie optymalnym. Nie zauważyłam jakiegoś szczególnego oddziaływania na skórę w aspekcie anti-aging.  Być może trudno dostrzec widoczne zmiany po zużyciu zaledwie 40 ml pojemności, dlatego sądzę, że dam temu kosmetykowi jeszcze szansę. Zapewnienia producenta, które brzmią następująco: krem intensywnie nawilża,  redukuje zmarszczki o 20% już po godzinie od aplikacji uważam za przesadzone. Mimo wszystko uważam, że warto go przetestować w upalne dni bez makijażu, bądź użyć jako lekką, nieobciążającą skóry bazę pod podkład.


Dermika, Neocollagen multikolagenowy krem regenerujący pod oczy - niektórzy z Was pamiętają mój zachwyt nad poprzednią wersją tego kremu, która występowała w chabrowym opakowaniu z wysoką, złotą nakrętką. Niedługo po tym, gdy opublikowałam post, pisałyście w wiadomościach prywatnych, że jest już u Was i nie zamienicie go na żaden inny;). Widziałam też recenzje na blogach, w których autorki zaznaczały, że zamówiły ten krem z mojego polecenia i potwierdzały jego skuteczność w kwestii usuwania drobnych linii pod oczami, bardzo dobrego nawilżenia, doskonałego współgrania z cięższymi korektorami. Niestety tym razem nie mogę polecić Wam ,,ulepszonej'' formuły, ponieważ z wymienionych powyżej walorów nie pozostało wiele jedynie przyzwoite nawilżenie. Krem nie pozostawia treściwej warstwy na skórze, co akurat dla mnie oznacza, że nie nadaje się nawet pod najlżejszy korektor. Stosowałam go w pielęgnacji nocnej oraz w dni, kiedy nie nosiłam makijażu. Podsumowując, składniki aktywne niby  takie same (rekonstruktor kolagenowy, 3 multiaktywne peptydy odmładzające, molekuła unosząca powiek), a efekty jakże różne... Jeżeli poprawił mikrorzeźbę naskórka, o czym zapewnia producent, to świetnie, tyle że chciałabym zobaczyć również jakąś pozytywną zmianę dostrzegalną gołym okiem.

Clarins, Gentle Refiner, Exfoliating cream with microbeads - delikatnie złuszczający gęsty krem do twarzy z mikrogranulkami. Zawiera: mikrocząsteczki celulozy roślinnej (działanie złuszczające), mikrocząsteczki będące pochodnymi oleju rycynowego (działanie wygładzające, zmiękczające), wyciąg z ruszczyka (działanie tonizujące, łagodzące, zmniejszające przekrwienie) oraz wyciąg z mimozy (działanie łagodzące). Nadaje się do każdego rodzaju skóry, również tej wrażliwej. Stosowałam go zgodnie z zaleceniem producenta, czyli 2 razy w tygodniu. Miałam okazję używać jakiś czas temu kilka drogeryjnych peelingów i właściwie każdy z nich miał zbyt ostre drobinki, pozostawiał niekomfortowy (jakby silikonowy) film na skórze i przede wszystkim podrażniał. Krem złuszczający Clarins okazał się być miłą odmianą po tych doświadczeniach. Granulek w kremie jest dużo, są małe, średnio ostre, łatwo się zmywają. Konsystencja kosmetyku jest na pograniczu kremu i pasty. Nie będę się rozpisywać;). Jestem zachwycona tym, jak prezentuje się po nim moja cera. Polecam serdeczne!♥

Ministerstwo Dobrego Mydła, skwalan z trzciny cukrowej  -  wspomniałam o tym surowcu w poprzednim wpisie, w którym napisałam, że nakładam go jako kolejną warstwę na serum z wit. E od Liqpharm, dzięki czemu mogłam w końcu odetchnąć z ulgą, ponieważ moja skóra została wreszcie porządnie nawilżona i odżywiona;). Ten wspaniały lekki olejek wykazuje również działanie przeciwzmarszczkowe, ujednolica koloryt skóry i sprawia, że jest dosłownie pełna blasku. Do tej pory miałam sera i kremy ze skwalanem pozyskiwanym z oliwek. Okazuje się jednak, że ten z trzciny cukrowej jest najlepszy (wszystkie pozostałe szczegóły na jego temat znajdziecie w opisie produktu na stronie MDM;)). Śmiało można ,,eksperymentować" i np. łączyć go z innymi olejkami i kremami, nakładać pod podkład, stosować solo na noc, wykorzystać jako serum pod oczy.

Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • cena - Iwostin - 40 zł, Dermika - 40 zł, MDM - 38 zł +koszt wysyłki, Clarins - od 113 zł do 150 zł w zależności od miejsca zakupu
  • pojemność - Iwostin - 40 ml, Dermika - 15 ml, MDM -30 ml, Clarins - 50 ml (ja mam pojemność 30 ml)
  • dostępność - Iwostin, Dermika - apteki, MDM - sklep internetowy MDM, Clarins - perfumerie internetowe, strona internetowa Clarins
*Peeling marki Clarins otrzymałam w prezencie od Ani ♥♥♥ z bloga piekneperfumy.pl /Z miłości do perfum..., natomiast pozostałe 3 kosmetyki kupiłam.