Najnowsze wpisy

Witajcie!:)

Chciałabym Wam dzisiaj zaprezentować matowy puder brązujący Egyptische Erde (słynna Ziemia Egipska) polskiej marki Bikor, który otrzymałam przed wakacjami w ogromnej paczce od Asi z bloga 1001 pasji (instagram --->https://www.instagram.com/1001pasji)

Początki nie były łatwe, ponieważ moje pędzle nie nadawały się do tej konkretnej formuły brązera - miały zbyt długie, luźno rozłożone włosie, przez co nie rozprowadzały go w jednolitą smugę koloru, ponadto widoczne były na skórze ciemne plamki. 

Wiedziałam, że wina nie leży po stronie kosmetyku, dlatego dokupiłam do niego odpowiedni pędzel. Jako że od dawna byłam ciekawa jakości pędzli z Glam Shopu, wybrałam model GB 03 serii, którą cechują trzonki w kolorze brudnego różu. Jego włosie jest krótkie, zbite i bardzo miękkie, a więc idealnie skrojone dla konsystencji, która na skórze wydaje się być na pograniczu stałej i kremowej. Oczywiście można kupić przeznaczony do niego wysuwany złoty pędzel kabuki Bikoru, ale jeśli szukacie modelu o połowę tańszego, to podpowiadam, że Glam Shop będzie dobrym kierunkiem;).

Kolor. Ciepły słoneczny czy ciepły z podtonem pomarańczowym?

Opisałabym ten odcień jako głęboki brąz w ciepłej tonacji. Nie dostrzegam w nim pomarańczowej barwy. Imituje naturalną opaleniznę osoby o ciemniejszej karnacji - właścicielki porcelanowej lub bardzo jasnej skóry powinny poszukać swojego ideału gdzie indziej;). Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, który widziałam na kilku stronach, że Ziemia Egipska jest utrzymana w neutralnej tonacji. Tu nie ma pola do rozważań i domysłów na zasadzie: ,,może neutralna, może neutralna w kierunku ciepłej albo ciepła, ale nie w taki oczywisty sposób" - to ewidentnie ciepła, a nawet bardzo ciepła tonacja.

Niespotykana na rynku formuła?

Nie miałam okazji używać tak wielu pudrów brązujących, by teraz móc przesądzać o unikatowości formuły Ziemi egipskiej, ale faktem jest, że nie trafiłam jeszcze na tak zbitą i zarazem plastyczną konsystencję.

Kosmetyk jest napigmentowany w stopniu średnim, aczkolwiek warto podkreślić, że mamy możliwość budowania nasycenia koloru w kierunku śniadości, toteż w zależności od upodobań, nastroju i okazji możecie delikatnie ocieplić twarz, możecie też wyczarować intensywną opaleniznę;).  

Produkt nie pyli się, dzięki czemu jest bardzo wydajny, ponadto z niezwykłą łatwością rozciera się na skórze i jest trwały. Jeśli nawet zdarzy się, że nałożę go zbyt dużo, bez żadnego wysiłku mogę uzyskać zadowalający efekt za sprawą kilku pociągnięć pędzla

Podsumowując, ten brązer zdetronizował moich dotychczasowych ulubieńców (bareMinerals, Anastasia Beverly Hills), w związku z czym ocena być tylko jedna ---> 6/6 💚💚💚.

 Pozostałe informacje o produkcie:
  • cena regularna: 165 zł
  • gramatura: 14 g
  • PAO: 18 miesięcy
  • dostępność: sklep internetowy Bikor Makeup

Witajcie! 

Tym razem przygotowałam dla Was wpis o perfumach Extatic eau de parfum od Balmain (mam wersję miniaturową), które jednoznacznie kojarzą mi się z jesienią, ponieważ ster dzierży w nich dojrzała gruszka - jeden z darów tej pory roku:). 

Opinie na temat zapachu są skrajne: roi się od zachwytów nad tym, że powstało coś słodkiego i eleganckiego zarazem (rasowa słodycz, perfumy w dobrym stylu, słodkość wyrafinowana, pachnie wysokopółkowo, słodki, ale z pazurem), z drugiej strony nie brakuje stwierdzeń, że mamy do czynienia z zapachem bez polotu, który równie dobrze mógłby reprezentować średnią półkę cenową (słodziak monotonny, mdły, kiepski, męczący, odarty ze szlachetności). 

Nie przyłączę się do żadnego obozu, ponieważ nie doszukałam się w Extatic edp swoistego kunsztu, ale też nie przesadzałabym z krytyką, bo nie jest to zapach, który wybrzmiewa tanio.  

Czy porównywanie Extatic edp do La Vie Est Belle Lancome jest uzasadnione?

Kiedy pierwszy raz powąchałam te perfumy, od razu pomyślałam, że powstały na fali popularności La Vie Est Belle, ale nazywanie Extatic edp klonem LVEB  (na takie stwierdzenia trafiłam, przeglądając opinie) nie jest w moim odczuciu słuszne.
 
Kompozycja Balmain to przede wszystkim sok z dojrzałej gruszki z dodatkiem łyżeczki syropu różanego. Oprócz tego mamy mocno wyeksponowaną orchideę. Całość subtelnie oprószona jest pudrem. Ta słodycz wynikająca z owoców  przełamywana jest od czasu do czasu kwiatową świeżością, która bywa duszna - może za tym efektem stoi jaśmin? Mimo wszystko uważam, że jest tej rześkości i duszności trochę za dużo.

Co zmieniłabym w składzie tych perfum? 

Niestety nie czuję, by ten zapach był elegancki. Extatic edp jest po prostu przyzwoicie wykonanym słodziakiem na jesienną chandrę.

Charakteru i klasy nabrałby, gdyby dodano np.: kadzidło, wetywerię,cedr albo imbir.  Kiedy noszę ten zapach, mam nieodparte wrażenie, że brakuje mu zadziornego akcentu, dlatego jestem pewna, że każda z czterech wymienionych przeze mnie wyżej nut przeniosłaby go na wyższy poziom.

Komu poleciłabym Extatic eau de parfum?

Nie umiem powiązać tego zapachu z jakimś sprecyzowanym wizerunkiem kobiety: w określonym przedziale wiekowym, wykonującej zawód z konkretnej branży i ubierającej się w jakimś  charakterystycznym stylu. To jest po prostu przyjemne pachnidło dla wszystkich, którym doskwiera kolejny z rzędu deszczowy i pochmurny dzień. Sprawdzi się w otwartych przestrzeniach, jak i w domowym zaciszu, kiedy zechcemy oddać się błogiemu relaksowi. 

Podsumowując, zapach nie jest zły, ale spodziewałam się czegoś nietypowego, nieszablonowego i ekskluzywnego, zwłaszcza że inna kompozycja z tej linii - Extatic Gold Musk jest jednym z moich największych odkryć. Po zużyciu miniatury nie planuję kupić tych perfum w pełnowymiarowej pojemności. Moja ocena ---> 4/6.


 

Pozostałe informacje o perfumach: 

  • cena: ok. 130 zł za 90 ml, 117 zł za 60 ml, 87 zł za 40 ml (do cen należy doliczyć koszt wysyłki),
  • przeznaczenie:  zapach na dzień; okazje nieformalne;
  • parametry: projekcja na długość ramion, trwałość kilkugodzinna;
  • dostępność: perfumerie internetowe,
  • perfumiarze: Emilie (Bevierre) Coppermann oraz Nathalie Feisthauer


Witajcie! :)

Dzisiaj przygotowałam dla Was post o czterech zapachach, z których dwie kompozycje od razu umieściłam na moim profilu na Fragrantice na półce zatytułowanej ,,Chcę mieć" , z kolei o dwóch pozostałych wolałabym szybko zapomnieć;). 

Przejdźmy do opisu poszczególnych perfum:

  • Elizabeth Arden, True Love edt - zapach wychwalany przez pasjonatów perfum na wielu profilach na Instagramie. Miał pachnieć jak balsam do ciała marki Dove. Jest to, owszem, celne skojarzenie, ale nikt nie wspomina o pewnym akordzie (a może tylko na mojej skórze się ujawnia?), który psuje tę dyskretną kremową woń. Otóż na początku perfumy brzmią bardzo sztucznie - wyczuwam jedynie zapach palonego plastiku. Muszę odczekać przynajmniej kilkanaście minut, żeby w końcu doszukać się w tej kompozycji kosmetycznego aromatu. Zdarza się, że plastik w ogóle nie odpuszcza, co skutkuje tym, że ciężko jest wytrzymać, czując non stop opary tworzywa syntetycznego. Byłam bliska zakupu flakonu w ciemno i cieszę się, że najpierw zamówiłam próbkę, bo okazało się, że jest typowy przedstawiciel z kategorii zapach-karykatura. Moja ocena ---> 2/6.
  • Narciso Rodriguez, Narciso Poudree edp - kiedy pisze się o Narciso Poudree, często porównuje się go do białej kostki, czyli Narciso edp. Dla mnie są to dwa różne zapachy. Gdyby ktoś podsunąłby mi je do przetestowania, nie wpadłabym na to, że przynależą do tej samej kolekcji. Narciso Poudree jest niesamowicie ciepły i przytulny. Choć są to perfumy sklasyfikowane jako kwiatowo-piżmowo-drzewne, a sam skład pokazuje, że  raczej powinniśmy się spodziewać białokwiatowego uderzenia z mocno zaakcentowanymi nutami drzewnymi i wytrawnością, to  na skórze emanują one zaskakująco łagodnie. Choć nie ma tej nuty w składzie perfum, czuję na pierwszym planie migdały, a może bardziej słodki, ale nie przesłodzony migdałowy krem do tortów. Ponadto przez tę kremowość od czasu do czasu przedziera się akord pudrowo-kwiatowy, który jest charakterystycznym aromatem dla pudrów do twarzy oraz różów do policzków z oferty marek luksusowych. Narciso Poudree to według mnie elegancki zapach niemalże z kategorii gourmand na jesień i zimę😍. Moja ocena ---> 6/6.
  • Stella McCartney, Stella edp -  Stella miała być perfekcyjnym odwzorowaniem czerwonej róży. Niestety moim zdaniem nie udało się tego dokonać. Zapach jest duszny, zbyt słodki, czasem bardzo ciężki - za tym efektem stoi z pewnością bursztyn. I choć zdarza się, że czasami już prawie wyczuwam tę prawdziwą dojrzałą różę, to jednak nie ma ona szans na ukazanie się w pełnej krasie, ponieważ zostaje zniszczona przez uciążliwy sztuczny aromat przypominający ten, który cechuje różaną serię kosmetyków do ciała i twarzy marki Green Pharmacy:/. Moja ocena ---> 2/6.
  • Giorgio Armani, Code Absolu Femme edp - wersja podstawowa tego zapachu przeszła jakiś czas temu reformulację. Zmiany objęły również projekt flakonu - aktualnie dostępne butelki nie mają już czarnego kwiatowego ornamentu, który niejako podpowiadał nam, że mamy do czynienia z szykowną kompozycją dla kobiet dojrzałych. Nowa edycja jest podobno lżejsza, dlatego nie będę jej kupować. Nacieszę się jeszcze pozostałością mojej starszej wersji, a kiedy zużyję ostatnią kroplę, z ogromną przyjemnością zamówię w to miejsce jej godnego następcę - Code Absolu Femme. Perfumy pachną podobnie, a różnice, które z łatwością można wychwycić, wynikają z proporcji zastosowanych składników: w  Code edp dominują gorzkie nuty, które są minimalnie przełamane słodyczą miodu i wanilii, czyniąc ten zapach wytwornym, ale też pociągającym, z kolei Code Absolu Femme jest słodki z gorzkim akcentem  za sprawą neroli i imbiru, co sprawia, że jest przystępniejszy; raczej nie wywołuje skojarzeń z flirtem i kokieteryjnością. Najbardziej doceniam w tej kompozycji rzadko spotykany efekt tłustej, kremowej cytryny💛. Perfumy idealne na letnie wieczory i jesień.  Moja ocena ---> 6/6.
Podsumowując, test wypadł pozytywnie, ponieważ odkryłam dwa piękne zapachy: Narciso Poudree i Code Absolu Femme, które chciałabym mieć w swojej kolekcji, ale nie traktuję ich priorytetowo, gdyż aktualnie pierwszeństwo mają cztery inne kompozycje;D. 

Zgadzacie z moimi spostrzeżeniami na temat omawianych dziś perfum, czy macie o nich zupełnie inne zdanie? Z chęcią poczytam o tym w komentarzach:).

Witajcie! 

Dzisiaj przygotowałam dla Was wpis z serii, którą niedawno zapoczątkowałam. Znów zajrzymy na półkę z perfumami mojej siostry;). Wydobyłam z niej do recenzji Me eau de parfum od Lanvin.

Markę Lanvin kojarzę głównie z lekkimi kwiatowymi i kwiatowo-owocowymi zapachami dla młodych kobiet. Miałam kiedyś Eclat d' Arpege, który pachniał bzem, ale nie utrzymał się długo w mojej kolekcji - dziewczęce zapachy to nie jest to, czego poszukuję;). Czy zdecyduję się na zakup Me? Zaraz się przekonamy:).

Intrygujące nuty zapachowe. Wyobrażenia a rzeczywistość.

Kto nie skusiłby się na zakup Me w ciemno po zapoznaniu się z jego jakże wyjątkowymi nutami zapachowymi, tym bardziej że jest bardzo przystępny cenowo? Znajdziemy tu 4 filary, na których opiera się ta kompozycja: owocowy, kwiatowy, drzewny oraz korzenny. Mnie od razu zaintrygowały jagody💜 - wyobraziłam sobie, że to one będą stanowiły punkt centralny, a pozostałe nuty takie jak: mandarynka, róża, tuberoza, lukrecja i drzewo sandałowe będą sobie nienachalnie wybrzmiewać w oddaleniu. Niestety problem tkwi w proporcjach, a także sposobie przedstawienia tych nut.
 
Kiedy przeanalizujemy skład, możemy dojść do wniosku, że zapach będzie ciężki i bogaty, natomiast po rozpyleniu go na skórę zdajemy sobie sprawę, że zaserwowano nam rozwodnioną kompozycję z echem lukrecji w tle. Zapomnijmy o tych jagodach - pomyślmy raczej o rozcieńczonym kompocie (śliwkowym?) oraz ledwie zarysowanym akordzie kwiatowym z odrobiną słodkiego pudru.
 
Nie jest to wybitny, wyrazisty ani wielowymiarowy zapach. Mimo wszystko nie jest zły. Tak sobie myślę, że mógłby być dobrym wyborem dla osoby, która dopiero wkracza w świat perfum. Moim pierwszym zapachem, który kupiłam 13 lat temu było znane chyba wszystkim Celebre z Avonu - wtedy jeszcze nie było aż tak wykastrowane jak teraz i pachniało naprawdę dobrze;). Gdyby Me było wówczas dostępne w sprzedaży, na pewno zwróciłabym na nie uwagę, ale dziś szukam już innych wrażeń;). Oceniłabym ten zapach w następujący sposób ---> 3/6
 
Jeśli zdecydujecie się na te perfumy, podpowiem, że najlepiej wybrzmiewają w chłodne wiosenne dni.

Pozostałe informacje o perfumach: 

  • cena:  od 69 zł + koszt wysyłki za 30 ml, od 79 zł +koszt wysyłki za 50 ml, od 109 zł +koszt wysyłki za 80 ml;
  • przeznaczenie:  zapach na dzień; okazje nieformalne;
  • parametry: projekcja na długość ramion, trwałość kilkugodzinna;
  • dostępność: perfumerie internetowe,
  • perfumiarz: Domitille Michalon Bertier.

Witajcie! 

Przygotowałam dla Was krótkie recenzje cieni z Glam Shopu. Będzie coś dla fanów szalonych kolorów, aczkolwiek zwolennicy stonowanych odcieni również nie powinni być zawiedzeni, ponieważ jest tu niesamowity cień w kolorze neutralnego brązu roziskrzony złotymi drobinkami, który z powodzeniem można wykorzystać do wakacyjnych makijaży, ale nie tylko - chciałabym podpowiedzieć, że w palecie, którą będziecie komponować na jesień jest wręcz niezbędny;).

Pokażę Wam cień metaliczny, który opalizuje na 3 kolory oraz 3 cienie, których formuła jest dla mnie nowością, bowiem są to perły oraz ultra perła, która miała być w zamyśle czymś pośrednim między cieniem metalicznym i turbo pigmentem. Czytałam, że ta formuła  jest nazywana ,,siostrą" turbo pigmentu, ale ,,bez jego wad". Chodzi pewnie o osypywanie się drobin po kilku godzinach noszenia i o to, że turbo pigmenty trzeba najpierw nałożyć palcem i delikatnie rozprowadzać miejsce przy miejscu pacynką lub pędzlem, żeby uniknąć efektu pomarszczonej skóry przypominającej skorupę orzecha włoskiego. W przypadku ultra pereł można je od razu nabierać pędzlem, po czym zdecydowanymi pociągnięciami aplikować na powieki. Ale czy rzeczywiście są to produkty bez wad?

Przejdźmy do opisu poszczególnych cieni:

  • SKRZAT (perła) - przepiękny odcień koloru magenta z różowymi i fioletowymi drobinkami💜. Konsystencja jest zbita i mimo że łatwo dokleja się do pacynki czy włosia pędzla, to na powiecie pokrytej profesjonalną bazą nie da się go dokładnie rozprowadzić kilkoma energicznymi pociągnięciami pędzla (na samym korektorze nie ma tego problemu). Najlepiej zaaplikować go miejsce przy miejscu, a następnie wszystko połączyć. Niemniej jednak ta cecha produktu nie jest w mojej opinii wadą. Cień mocno przyczepia się do skóry i pozostaje na swoim miejscu przez cały dzień. Moja ocena ---> 6/6.
  • BŁĘKITNY BURGUND (opalizujący metalik) - fiolet opalizujący na błękit, który podczas rozcierania tuż nad załamaniem powieki zmienia się w burgund💜. Według mnie nie jest to typowy metalik, a raczej cień satynowo-metaliczny. Ostatnio pozbyłam się cieni i pigmentów, które mają dominujący błękitny połysk, ale Błękitny burgund ze mną zostaje, ponieważ tak naprawdę sami decydujemy o intensywności tej barwy poprzez obraną metodę nakładania cienia na powieki: dłuższe i mocniejsze blendowanie spowoduje, że na pierwszy plan wyjdzie fioletowo-burgundowa konfiguracja, krótsze natomiast zafunduje wyrazisty błękit na jej tle. Jeśli będziecie chcieli go więcej, zawsze można jeszcze na końcu dołożyć cień na środek powieki palcem lub zwilżonym pędzlem. Cień nie rozczarował mnie ani pod względem koloru ani właściwości. Moja ocena ---> 6/6.
  • SZLACHTA (ultra perła) -  rewelacyjny kolor sztabki złota. Niestety ma niedopracowaną formułę. Jest bardzo miękki, wręcz kremowy, ale mam wrażenie, że nie ma w swoim składzie substancji odpowiadającej za długotrwałą przyczepność do skóry. Roluje się na bazie Artdeco, która dotychczas utrzymywała w ryzach wszystkie moje cienie. Po kilku minutach odbija się tuż nad załamaniem powieki, tworząc łódkę. Skutek jest taki, że cienia nie ma na powiece jest za to w innym miejscu;). Musiałabym mieć przy sobie pędzel, żeby co chwilę rozcierać tę nieestetyczną plamę i jednocześnie uzupełniać dziurę, która powstaje na powiekach. I tak w kółko. Moja ocena ---> 1/6.
  • ZAWSZE OK (perła) - neutralny odcień średniego brązu, który skrzy się ciepłym złotem za sprawą miliona drobinek. Rozprowadza się na powiekach niczym cień kremowy i tworzy na nich taką grubszą biżuteryjną warstwę. Cudowny kolor zarówno na lato, jak i jesień💜. Po kilku godzinach widać lekkie odbicie nad załamaniem powieki. Moja ocena ---> 5/6.

Podsumowując, najbardziej jestem zadowolona z cieni: Skrzat oraz Błękitny burgund, więc  z chęcią kupię je ponownie, jeśli będą jeszcze dostępne na stronie sklepu.

Poniżej zamieszczam cienie w następującej kolejności: Skrzat, Błękitny burgund, Zawsze ok.



Pozostałe informacje o produktach:

  • cena regularna: Skrzat - 13 zł, Błękitny burgund - 13 zł, Szlachta - 14 zł , Zawsze ok - 13 zł;
  • gramatura: Skrzat i Zawsze ok - 1.5 g,  Błękitny burgund i Szlachta - 1.8 g;
  • dostępność: sklep internetowy Glam Shop

Witajcie! 

Miłośnicy starszej formuły Innocent od Muglera z pewnością dotarli do informacji, że oto w ofercie niszowej marki perfumeryjnej Molinard znajduje się jego ,,ulepszona" wersja, którą opatrzono nazwą Nirmala (2017). Jeżeli jesteście ciekawi, jak odniosę się do tego twierdzenia, zapraszam do lektury:).

Dlaczego w ogóle poszukujemy zapachu podobnego do dawnego Innocenta?

Poszukujemy podobnych do niego kompozycji, ponieważ był, najkrócej mówiąc, wyjątkowy (o tej najnowszej, rozwodnionej wersji, która jest aktualnie dostępna stacjonarnie oraz w perfumeriach internetowych nie ma sensu pisać). Był bogaty i złożony z kontrastujących ze sobą żywiołów, co sprawiało, że niełatwo było przypisać go do jednej kategorii olfaktorycznej. Jedna osoba mogłaby uważać, że jest to waniliowiec z orientalnym sznytem, druga z chęcią wrzuciłaby go do grupy owocowej, trzecia uznałaby, że jest to idealny przedstawiciel gatunku gourmand, a czwarta dziwiłaby się tym opiniom, ponieważ na niej Innocent pachniał jak mroźne arktyczne powietrze w połączeniu z proszkiem do prania i aromatem choinki świerkowej.
 
Ja na pewno nie zaklasyfikowałabym go do tych dwóch pierwszych wymienionych w poprzednim akapicie grup. Postrzegam te perfumy jako mieszanka trzeciej i czwartej, czyli jest to zapach czysty i mroźny, który jest okraszony subtelną pudrowością - ja odczuwam to tak, jakby ktoś rozsypał przede mną cukier puder i proszek do prania.  Do tego wyobraźcie sobie jeszcze zapach, który dociera do Was z pobliskiej pijalni czekolady, w której sprzedawane są belgijskie praliny oraz trufle i już właściwie wiecie, jak pachnie Innocent:).

Czy Nirmala rzeczywiście pachnie jak Innocent? 

Pierwsze zetknięcie z Nirmalą jest przyjemne i rzeczywiście przywodzi na myśl Innocent, ale to podobieństwo niknie z każdym kolejnym kwadransem przez to, że na pierwszy plan wysuwa się słona i - nie ma co kryć - odpychająca nuta nieświeżego potu
 
Nie wyczuwam tu czekolady czy pralin, ani innych detali z jakże obfitego cukierniczego wachlarza, z kolei ujawnia się akord owoców tropikalnych, ale jest on tak naprawdę ledwie zarysowany. Zapach staje się ostry, ozonowy i finalnie wybrzmiewa na skórze jak szampon do włosów
 
Nie ma w tej kompozycji tańca przeciwieństw, kropli ekscentryzmu, momentami nieokiełznanego szaleństwa, które cechowały dzieło Muglera. Nirmala jest dojmująco nudna i jednowymiarowa, dlatego podejrzewam, że nie usatysfakcjonuje fanów Innocenta.
 Pozostałe informacje o perfumach: 


  • cena:  110 zł za 30 ml,  159 zł za 75 ml,
  • przeznaczenie:  zapach na dzień; okazje nieformalne,
  • parametry: projekcja na długość ramion, trwałość kilkugodzinna,
  • dostępność: perfumerie internetowe.

Witajcie! 

Jeśli nie znudziły się Wam jeszcze moje zbiorcze recenzje perfum, zapraszam na kolejny wpis z tego cyklu:). Niektórym z nich mocno się dziś ode mnie dostało, więc jeśli posiadacie je w swoich kolekcjach, wybaczcie mi, że tak ostro się z nimi rozprawiłam;).

Przejdźmy do opisu poszczególnych perfum:

  • Jesus Del Pozo, In white edt - najzwięźlej mówiąc, czuję tu głównie zapach wieńca pogrzebowego... To pudrowy białokwiatowiec w stylu vintage. Od początku do końca niepokoi i rozdrażnia. Zamówiłam próbkę ze względu na rzekome podobieństwo do Pure Poison Diora. Nie wiem, do której wersji miałby być podobny, ale na pewno nie do tej najnowszej. Parametry nie są powalające, ale w kontekście tego, jak pachnie, może to i lepiej. Perfumiarze: Francis Kurkdjian, Violaine David. Moja ocena ---> 3/6. 
  • Lolita Lempicka, L'eau en Blanc edp - odbieram ten zapach tak, jakbym miała przed nosem wypłukaną klasyczną wersję perfum Lolita Lempicka (tę anyżowo-lukrecjowo-pudrową), do której dodano dużo piżma, w efekcie czego  otrzymujemy bardzo czysty zapach z taką drapieżną lukrecjową nutą, która wybrzmiewa dość bojaźliwie na dalszym planie. Zdarza się, że w tej kompozycji ujawniają się kremowe akcenty, ale zdecydowanie bliżej jej do proszku do prania. L'eau en Blanc to perfumy eteryczne, wręcz transparentne, ale skomponowane z klasą. W sam raz do białej koszuli lub na co dzień na zimę i wczesną wiosnę - w ciepłe dni będą męczące. Projekcja bliskoskórna, trwałość około 6 godzin. Perfumiarz: Annick Menardo. Moja ocena --->4/6.
  • Escada, Especially Elixir edp - wyobraźcie sobie śliwkę i różę leżące na betonowym podłożu w zatęchłej piwnicy, które dodatkowo są pokryte grubą warstwą kurzu. To jest właściwie wszystko, co chciałabym powiedzieć o tym zapachu. Ogromne rozczarowanie. PS. Śmiało testujcie na własnej skórze, ponieważ z tego, co zaobserwowałam, jestem odosobniona w tej krytycznej opinii;). Perfumiarz: Jean-Michel Duriez. Moja ocena ---> 1/6.
  • Lalique, Amethyst Exquise edp - eksplozja różowych kwiatów w parny dzień. Na początku ma się poczucie, że jest trochę ,,przeładowany", czuć w nim swoistą ciężkość za sprawą dominującej orchidei, pudrowego heliotropu, wanilii i syropu owocowego. Nuty świeże dynamicznie przenikają się z tymi cięższymi, słodkimi. Zapach dorównuje do poziomu, które wyznaczyły m.in.: Magnetism Escady czy Exotica od Roberto Cavalli, więc jeśli cenicie te kompozycje, być może polubicie też Amethyst Exquise. Z drugiej strony mam z tymi perfumami pewien problem, ponieważ nie nawiązują w żaden sposób do motywu przewodniego rodziny Amethyst, jakimi są fioletowe owoce leśne. Gdyby zapach funkcjonował jako osobny twór, oceniłabym go wyżej, natomiast w sytuacji, gdy włączono go do rodziny Amethyst, muszę obniżyć notę. Zapach na co dzień, raczej na wszystkie pory roku. Parametry zaskakująco dobre jak na tę kategorię olfaktoryczną. Moja ocena ---> 4/6.
  • Gianfranco Ferre, In the mood for love edp - miały być kremowe kwiaty, a jest intensywny aromat szamponu do włosów.  Zapach kremu, balsamu lub mydła w perfumach lubię, natomiast szamponu zdecydowanie nie. Perfumy na co dzień na wiosnę i lato. Parametry zadowalające. Perfumiarz: Maurice Roucel. Moja ocena ---> 2/6.
  • Mugler, Muse edt - W moich oczach zapach jest skreślony za to, że perfumiarz przesadził tu z efektem stęchlizny i kurzu. Nie jest w stanie uratować tej kompozycji kosz tropikalnych owoców, aczkolwiek ja bardziej wyczuwam czerwone owoce. Zapach jest z gatunku tych cięższych, słodkich i wszysztko byłoby dobrze, gdyby nie ta piwnica i kurz, które czynią z zapachu karykaturę. Często jest tak, że ów akord można wyciszyć poprzez zaaplikowanie perfum w małej ilości (jedno naciśnięcie atomizera) na włosy lub skórę. W tym przypadku ta metoda niestety się nie sprawdzi. Perfumiarz: Quentin Bisch. Moja ocena ---> 2/6.

Czy któryś z opisanych przeze mnie zapachów mógłby się znaleźć w mojej kolekcji?

Zanim przejdę do udzielenia odpowiedzi na to pytanie, chciałabym w ramach podsumowania napisać, że, kiedy zamawiałam próbki tych zapachów, miałam o nich zupełnie inne wyobrażenie - tak naprawdę spodziewałam się samych olśnień. Teoretycznie nie powinno być żadnych zgrzytów, ponieważ wszelkie recenzje były na ogół przychylne, ale wiadomo - własny nos i chemia skóry szybko zweryfikują zasłyszane i przeczytane opinie;).
 
W trakcie tego testu nie miałam poczucia, że poznaję ekscytujące zapachy, więc nie czuję potrzeby zakupu któregokolwiek z nich, natomiast gdybym otrzymała w prezencie L'eau en Blanc edp Lolity Lempickiej, na pewno by się u mnie nie zmarnował;).

Witajcie! 

Nie zanosi się na to, by turbo pigmenty kiedykolwiek mi się znudziły. W moim makijażu znajdują zastosowanie przez cały rok, zarówno w makijażu dziennym, jak i bardziej wyrazistym, choć u mnie te granice zawsze się zacierały, ponieważ nikt w miejscu pracy nie narzuca mi, jak powinien prezentować się mój wizerunek, co oznacza, że śmiało sięgam po żywe zielenie, pomarańcze, fuksje, fiolety i inne cuda;). Zawsze tak było i będzie, a jeśli pojawi się jakiś problem z tym związany, to oczywista sprawa - złożę wypowiedzenie;D.

Każdy z omówionych w tym wpisie prasowanych pigmentów jest piękny. Zamówiłam je po obejrzeniu prezentacji odcieni na stronie sklepu oraz w filmie właścicielki marki. Oczywiste jest to, że nie da się w pełni ukazać wielowymiarowości tego rodzaju produktu, który przeważnie jest wielokolorowy, a już na pewno nie jesteśmy w stanie dostrzec barw wszystkich zatopionych w nim drobinek. Magia dzieje się dopiero na żywo, gdy nałożymy kosmetyk na powieki;).

Wszystkie oceniłam najwyższą możliwą notą, dlatego też o wadach dziś nie napiszę, bo ich nie ma. Kwestia tylko, czy utrzymają się w mojej kolekcji na stałe, ale o tym napiszę w podsumowaniu.

Przejdźmy do opisu poszczególnych pigmentów:

  • TURBO PSTRYK - neonowa różowo-pomarańczowa baza roziskrzona błękitnymi drobinkami. To jest bardzo odważny, iście wakacyjny pigment, w sam raz na dyskotekę na plaży:). Z drugiej strony, jeśli nałożymy w zewnętrzne i wewnętrzne kąciki średni matowy brąz w dowolnej tonacji i zaaplikujemy Turbo pstryk tylko na środek powieki, będzie pasował również na co dzień, a więc bez obaw;). Struktura pigmentu jest jednolita (bez płatków), ale zaznaczam, że jest bardzo miałka - wszystkie, o których dotychczas pisałam były bardziej lub mniej zbite, ale nigdy nie miałam wrażenia, że są takie ,,luźne" i delikatne jak ten. Mimo wszystko nie uważam, że jest to wada. Moja ocena ---> 6/6.
  • RÓŻOWY KWARC - odcień średniego różu, który ani nie jest specjalnie chłodny ani ciepły. Ten turbo pigment jest z kategorii tych, które są jednowymiarowe - nie ma w nim gry kolorów w zależności od rodzaju i kąta padania światła. Nie błyszczy się też tak mocno jak inne. Nie oznacza to jednak, że jest gorszy - świetnie sprawdzi się w makijażach dziennych. Struktura pigmentu jest jednolita (bez płatków). Moja ocena ---> 6/6.
  • RÓŻOWY SORBET - jeśli macie paletę Kwitnąca wiśnia z tej marki, pewnie zastanawialiście się, jak ten kolor wypada na tle Wodnego odbicia, który się w niej znajduje. Otóż oba są wiśniowe, ale Różowy sorbet jest żywszy, bo roziskrzony blaskiem w kolorze neonowego różu,  z kolei w turbo pigmencie z palety widać brązową bazę,  co dodatkowo wpływa na to, że jest bardziej stonowany. Uwielbiam zarówno jeden, jak i drugi 💖. W jego strukturze widać płatki, ale są one podobne do tych w Sterydzie, a nie Turbo wacie cukrowej, a więc rozprowadzają się bezproblemowo. Moja ocena ---> 6/6.

Czy te pigmenty pozostaną w mojej palecie na stałe?

Pod koniec roku pokażę Wam, które turbo pigmenty zostawiłam sobie w palecie oraz napiszę przy okazji, których się pozbyłam i wyjaśnię dlaczego. 

Z dzisiejszej trójki najbardziej podoba mi się Różowy sorbet💖 i na pewno kupię go ponownie, gdy go zużyję. Różowy kwarc zostawię sobie, ale nie czuję potrzeby, by ponawiać zakup, z kolei Turbo Pstryk może się nie utrzymać długo w mojej palecie ze względu na intensywny niebieski połysk - po prostu nie przepadam za tym kolorem w swoim makijażu.


Pozostałe informacje o produkcie:

  • cena regularna: 25 zł za sztukę,
  • gramatura: 1.8 g
  • PAO: 12 miesięcy
  • dostępność: sklep internetowy Glam Shop

Witajcie! :)

Na półce mojej siostry znajduje się kilka urokliwych perfum i z chęcią Wam o nich napiszę. Takie wyjście poza schemat ulubionych grup zapachowych - bo musicie wiedzieć, że nasz gust się różni - będzie z pewnością ciekawym doświadczeniem;). Na pierwszy ogień pójdą ulubione perfumy siostry na okres wiosenno-letni, a mowa o L'Imperatrice marki Dolce&Gabbana.

Owoce i kwiaty z mocno zaakcentowanym wodnym akordem

L'Imperatrice otwiera się aromatem różnych schłodzonych napojów, które chętnie pijemy latem. Wymieniałabym przede wszystkim: kompot z rabarbaru z dużą ilością cukru, sok arbuzowy i różową lemoniadę z rabarbarem w roli głównej. Mimo że skład sugeruje, iż występuje tu kiwi, ja raczej skłaniałabym się ku temu, że na dalszym planie znajduje się brzoskwinia. Jest słodko, soczyście, jest również rześko, ale w takim różowym ujęciu dzięki kwiatowym akordom.

Pobocznie da się wychwycić ziarenka różowego pieprzu, ale jest ich zbyt mało, by można było mówić o przełamaniu kompozycji pikantnym akcentem.

Te perfumy jakoś tak naturalnie łączę się relaksem nad morzem, a  zatem odpoczynek na plaży na leżaku pod parasolem mógłby być dobrym tropem w interpretacji ich charakteru;).

Czy te perfumy wybrzmiewają czystością?

Wielu osobom L'Imperatrice przypomina zapach szamponu do włosów. Ja nie poszłabym tak daleko w swoich stwierdzeniach. Zauważyłam jednak, że kiedy piżmo wysuwa się na pierwszy plan, czuję w tej kompozycji coś, co mogłoby odzwierciedlać... owocowe bańki mydlane w wydaniu radosnym i dziewczęcym - podobny motyw odnalazłam w  Sense Dubai 2 parfum, ale jest on skonstruowany w wykwintnym stylu.

Perfumy najprawdopodobniej przeszły reformulację

Czasami jest tak, że formuła perfum nie została zmieniona, a jednak postrzegamy je inaczej niż kiedyś, ponieważ wzbogaciliśmy się przez ten czas o szerszą perspektywę, testując kilkadziesiąt czy kilkaset nowych zapachów. Coś, co uznawaliśmy za wybitne, nagle traci w naszych oczach dawny blask. Mimo wszystko wydaje mi się jednak, że w tym przypadku zaingerowano w skład, ponieważ wyczuwam wyraziste zmiany zarówno w samym zapachu, jak i parametrach użytkowych

Kiedyś  te perfumy były słodsze przestrzenne od początku do końca i - co ważne - długotrwałe. Dzisiaj owoce są bardziej rozwodnione, dając czasami większe pole do działania kwiatom. Z kolei projekcja pośpiesznie zmienia się z dużej w kierunku łagodnej. Jeśli chodzi o trwałość - perfumy trzymają się na skórze maksymalnie 3 godziny.

Polecam czy odradzam?

To nie są słabe i nijakie perfumy, więc nie widzę powodu, by nie zachęcać Was do testów:). Polecam wszystkim, którzy preferują kwiatowo-owocowo-wodne zapachy. Jeśli jednak, tak jak ja, lubicie, gdy owoce i kwiaty nieustannie ścierają się z wytrawnością, polecam przyjrzeć się zapachowi Profumo della Felicita marki Collistar, w której słodycz soku owocowego i delikatna duszność kwiatów jest przełamana dużą porcją różowego pieprzu i wetywerią.  L'Iimperatrice natomiast oceniam w następujący sposób -> 3+/6.

Pozostałe informacje o perfumach: 

  • cena:  od 130 zł do nawet 300 zł za 100 ml w zależności od miejsca zakupu,
  • przeznaczenie:  zapach na dzień; okazje nieformalne,
  • parametry: projekcja głównie łagodna, trwałość około 2-3 godzin,
  • dostępność: perfumerie internetowe i stacjonarne,
  • perfumiarz: Nathalie Lorson.

Witajcie!:)

Czasami jest tak, że po przetestowaniu próbki perfum wiem, że chcę je mieć, ale mimo to odkładam zakup na bliżej nieokreśloną przyszłość, a czasami ogarnia mnie tak wielki zachwyt, że muszę mieć dany zapach natychmiast:). I dzisiaj właśnie przygotowałam wpis o takim olśnieniu. Co więcej, chęć niezwłocznego posiadania była podsycana świadomością, że jest to już unikat, który jest dostępny w sieci w zaledwie kilku egzemplarzach. Na szczęście udało się go kupić w największej pojemności (90 ml).

Zanim przejdę do recenzji, chciałabym napisać, że trudno mi zrozumieć, dlaczego świetne i nieszablonowe zapachy są bezceremonialnie wycofywane. Dla przykładu seria Extatic budziła podziw u wielu pasjonatów perfum i wcale mnie nie dziwi, że na wieść o wycofaniu  perfum, które funkcjonowały na rynku zaledwie od kilku lat byli oni rozżaleni i wzburzeni. Nie wiem, czym była podyktowana ta decyzja: zapachy były zbyt wyrafinowane czy może nie zainwestowano należycie w ich promocję, przez co klienci nie czuli potrzeby, by się nimi zainteresować? Niemniej jednak żal tych trzech pozycji: Tiger Orchid, Intense Gold i omawianej przeze mnie Gold Musk.


Czystość w wydaniu ekskluzywnym

Extatic Gold Musk jest tak nietypowy w swym brzmieniu, że nie wydaje mi się, bym szybko znalazła zapach, który byłby do niego łudząco podobny. Doszukuję się pewnych analogii w ekstrakcie perfum White niszowej marki Puredistance, ale określiłabym tę zbieżność na poziomie 65%. Obie kompozycje są obrazem czystości luksusowej, aczkolwiek pozostałe nuty grają w tle tak charakterystycznie, że odróżnienie ich na skórze nie stanowi żadnego problemu.

Najpierw postaram się rozłożyć ten zapach na poszczególne nuty, które według mnie w nim dominują, a dopiero potem zaprezentuję swoje skojarzenia. 

Otóż ta propozycja od Balmain otwiera się czystym piżmem w połączeniu z kwaśnym cytrusowym akordem. Gdyby ów splot trwał w niezmienionej formie, nie byłoby w tym nic odkrywczego, ale perfumiarz miał bardzo oryginalny pomysł, by już na tym etapie wtrącić subtelną porcję aldehydów, sprawiając tym samym, że zapach  jest wygładzony i jakby rozpromieniony słońcem w wyjątkowo mroźny dzień w górskiej scenerii (właściwie to przez cały czas czuję wręcz zaczerwienione od mrozu policzki i zarazem tę ciepłą świetlistość;)).  

Mimo że do głosu dochodzi gardenia i drzewo sandałowe, nie dostrzegam, by zapach zmierzał w kremową stronę, bowiem aldehydy i paczula, którą tutaj oczyszczono z ziemistości i piwnicznego charakteru (akigalawood) cały czas stoją na straży, by Extatic Gold Musk nie utracił stylistyki formalnej, biznesowej. Nie jest to jednak zapach z kategorii zimnych i bardzo dystansujących.


Jaka osoba kojarzy mi się z tym zapachem?

Extatic Gold Musk świetnie dopełni wizerunek kobiet wykonujących zawód zaufania publicznego (mam tu na myśli przede wszystkim takie zawody jak np.: prawnik, lekarz, nauczyciel, psycholog). Mogłaby być ubrana w biały komplet: dwurzędową marynarkę ze złotymi guzikami i spodniami w kant o kroju dopasowanym. Uzupełnieniem tego stroju byłyby: torebka i buty w kolorze beżowym bądź jasnobrązowym. Nieodłącznym elementem jej garderoby są dodatki: długa jedwabna apaszka, złoty zegarek, okulary przeciwsłoneczne, czasem też elegancki biały kapelusz. Tyle jeśli chodzi o powierzchowność. A co mogłoby się za nią kryć?:)
 
W pracy kieruje się zasadami etyczno-moralnymi w podejściu do współpracowników lub członków podległego jej zespołu. Ponadto wyróżnia ją empatia, co sprawia, że jest w stanie pomóc drugiej osobie przezwyciężyć każdy problem, by zespół mógł zrealizować wyznaczony cel. Motywuje, wspiera, pozytywnie wpływa na innych swoim pogodnym usposobieniem. 
 
Jej silny charakter ujawnia się wtedy, gdy trzeba wyrazić stanowczy sprzeciw wobec zachowań niewłaściwych, niestosownych, niegodnych i obraźliwych.
 
W życiu prywatnym jest zawsze uśmiechnięta. Nie hoduje w sobie ani uczucia zazdrości ani zawiści. Sukces drugiej osoby jest dla niej powodem do radości. Nie interesują ją żadne spory, nie poddaje się manipulacjom. Skupiona jest na swoim życiu, nie ocenia pomysłu na życie innych ludzi. Ze wszystkiego, co ją otacza czerpie inspirację i z każdym dniem uczy się być coraz lepszą.


Pozostałe informacje o perfumach: 

  • cena:  215 zł + koszt wysyłki, 
  • przeznaczenie:  zapach na dzień i wieczór; raczej okazje formalne,
  • parametry: projekcja umiarkowana w kierunku dużej, trwałość powyżej 6 godzin,
  • dostępność: perfumerie internetowe
  • perfumiarz: Sonia Constant
 

Witajcie! 

W ciągu ostatnich kilku miesięcy przetestowałam wiele produktów do ust z drogerii. Było trochę rozczarowań, ale dzisiaj skupię się wyłącznie na pozytywnych zaskoczeniach;). Być może kiedyś wspomnę o tych bublach, skoro powstał już folder z ich zdjęciami;).

Przechodząc do rzeczy, uwielbiam nosić pomarańczowe pomadki w okresie wiosenno-letnim. Bardzo mi się podobał  jasny, żywy odcień  pomadki Mac - Costa chic. Jako że nie do końca byłam zadowolona jej formuły i wykończenia, tym razem chciałam coś podobnego, ale w wersji kremowej, błyszczącej i nawilżającej

Po przejrzeniu zdjęć dostępnych w sieci wydawało mi się, że najbardziej zbliżona kolorystycznie będzie pomadka Maybelline z serii Hydra Extreme w kolorze 430 Sweet Nectarine.

Na tle Costa Chic Sweet Nectarine wypada trochę ciemniejcieplej, widzę w niej też brązowy podton, więc dobrze będzie u mnie wyglądała tylko latem, gdy będę bardziej opalona. 

Wykończenie jest błyszczące z perłowym blaskiem, które nie wygląda według mnie tandetnie. Podczas nakładania czuć, że szybko się roztapia i rozprowadza niczym balsam do ust. Krycie jest bardzo dobre. Poza tym pomadka świetnie nawilża.  

Ściera się estetycznie, pozostawiając na ustach ...brązowy tint:/. No cóż, zawsze można ponownie ją nałożyć, by znów ujrzeć pomarańczowy kolor;). Podoba  mi się w niej, że pięknie połyskuje i jest dosyć trwała mimo lekkiej formuły. Wadą jest zdecydowanie to, że zmienia kolor na brązowy. Moja ocena ---> 5/6.


 
Zimą szukałam białego perłowego błyszczyka i najlepszym spośród kilku, których używałam okazał się Oh My Gloss! Plump marki Rimmel w odcieniu 800 Diamond Pop. Ten błyszczyk lśni na ustach niczym biały kryształ*_*. Pięknie komponuje się błyszczącymi pigmentami i z matowymi brązami na powiekach. Ma konsystencję gęstego żelu, który pokrywa usta półtransparentnym kolorem
 
Błyszczyk ma działanie powiększające. Pachnie cynamonem i czarnym pieprzem. Przez pierwszych kilka dni musiałam  się oswoić z efektem silnego mrowienia warg - potem nie zwracałam już na to uwagi. Błyszczyk jest roziskrzony białymi, srebrnymi i fioletowymi drobinkami (choć bardziej pasowałoby tu określenie pył ze względu na to, że są mikroskopijnej wielkości), które nie są wyczuwalne na ustach wraz ze ścieraniem się produktu z ust. 
 
Ogromną jego zaletą jest bardzo dobra trwałość,  z kolei drobną wadą na pewno to, że po jakimś czasie odrobinę wchodzi w linie ust, jeśli nałożymy go zbyt dużo, więc trzeba złączyć wargi, by wszystko wyrównać. Uwielbiam białe błyszczyki - jest to świetna opcja w makijaż dziennym, do pracy i na wieczór. Oh My Gloss! Plump nie zawiódł moich oczekiwań. Moja ocena ---> 5+/6.

Polecam Wam te produkty. Jeśli miałyście któryś z nich, podzielcie się opinią w komentarzu:). Pozdrawiam<3.

Poniżej zamieszczam zdjęcia, na których możecie przyjrzeć się, jak wyglądają z bliska: pomadka i błyszczyk:




Pozostałe informacje o kosmetykach:

  • cena regularna: pomadka Maybelline - od 13 zł do 20 zł (+ koszt wysyłki) w zależności od miejsca zakupu; błyszczyk Rimmel - od 15 do 36 zł w zależności od miejsca zakupu;
  • gramatura: pomadka - 5 g; błyszczyk - 6,5 g;
  • dostępność: drogerie stacjonarne, drogerie internetowe.

Witajcie! 

W tym roku przetestowałam mnóstwo perfum, które od dawna widniały na mojej liście. Znalazłam wśród nich kilka ,,diamentów" 💚, które powiększyły już moją garderobę zapachową;), dlatego napiszę o nich innym razem, natomiast teraz skupię się wyłącznie na kompozycjach emocjonujących, ale jednocześnie takich, które z jakiegoś powodu nie ujęły mnie na tyle, by je kupić. Podsumowując, tym razem nie będę krytykować kiepskich perfum, ale pozwolę sobie wynotowywać drobne uwagi do całkiem przyjemnych pachnideł;). 

Od dziś będę również podawać nazwiska perfumiarzy, którzy stworzyli opisywany przeze mnie zapach, ponieważ są oni nieco spychani w cień w tym całym procesie twórczym. Poza tym sama coraz częściej zwracam uwagę na to, kto skomponował zapach, który chcę przetestować bądź kupić, a zdarza się też, że szukam zapachów jednego twórcy, ponieważ spodobały mi się jego wcześniejsze dzieła.


Przejdźmy do opisu poszczególnych zapachów:

  • Lalique, Soleil edp - Soleil nawiązuje w pewien sposób do dwóch innych perfum tej marki, a mianowicie: Le Parfum i Satine. Elementem łączącym wszystkie trzy perfumy jest suchy i pylisty akord kakaowo-migdałowo-drzewny. Różnica jest taka, że Le Parfum i Satine to ciężkie otulające zapachy na zimę, z których pierwszy skręca w stronę na pół słodkiej, na pół wytrawnej wanilii, a drugi w stronę budyniu migdałowo-waniliowego, natomiast Soleil to ich lżejsza i weselsza odsłona w sam raz na wiosnę, bowiem jest rozpromieniona mandarynkami i wygładzona nutami mlecznymi. Zapach jest skomponowany z wielu ciekawych nut, ale nie są one podane dosłownie - poszczególne komponenty są raczej rozmyte aniżeli wyostrzone;). Jeśli chodzi o wady, uważam, że trochę za szybko wyciszają się w tej kompozycji cytrusy, pozostawiając na skórze aromat przypominający słodki puder wygrzany na słońcu, który nie do końca mi się tutaj podoba. Poza tym jest to zapach, który ma słabą projekcję i trwałość. Perfumiarze: Alexandra Monet, Barbara Zoebelein, Benoist Lapouza. Moja ocena ---> 3/6.
  • Bvlgari, Splendidia Jasmin Noir edp - przepiękny idylliczny jaśminowy zapach, który jest słodki i kremowy za sprawą gardenii i drzewa sandałowego. Odnajdziecie w nim też odrobinę pudru, ale ten efekt zanika po jakimś czasie. Bardzo wyraźnie zarysowano w tej kompozycji motyw herbaciany  (mam skojarzenia z posłodzoną herbatą jaśminową, niekiedy z herbatą Earl Grey), w związku z czym trochę przypomina mi podstawową wersję Flowerbomb marki Victor&Rolf, choć jest zdecydowanie lżejszy. Dlaczego więc nie znajdzie się w mojej kolekcji, skoro jest tak świetny? Powodem są parametry - ma zbyt łagodną projekcję i słabą trwałość jak na perfumy z wyższej półkiPerfumiarz: Sophie Labbe. Moja ocena ---> 5/6.
  • Lolita Lempicka, Lolita Land edp - jestem pewna, że po pierwszym teście w perfumerii większość osób uzna ten zapach za koszmarny;), dlatego doradziłabym, żeby najpierw zamówić próbkę/odlewkę w celu przeprowadzenia testu globalnego i po prostu oswojenia się z tą kompozycją zarówno w pomieszczeniu, jak i na zewnątrz np. w wietrzny ciepły dzień. Na mnie pachnie jak waniliowy olejek do ciasta z syropem na kaszel, który ma owocowy smak. Gdzieś na dalszym planie ujawnia się też marcepan i skórka pomarańczy. Jak widzicie, mamy do czynienia z specyficzną, trochę dziwną kompozycją:). Choć zapach mi się podoba,  mam jednak wrażenie, że jest niedoszlifowany i zdarza się, że wybrzmiewa nieharmonijnie. Perfumiarze: Francis Kurkdjian, Maia Lernout. Moja ocena --->3+/6.
  • Sisley, Izia edp - moje wyobrażenie o tym zapachu zbudowane na podstawie wszystkich przeczytanych recenzji m.in. na blogach runęło z chwilą pierwszego testu. Jaki różany ogród? Jakie aldehydy? Przecież to pachnie jak cukierki limonkowe i cytrynowe z sokiem w środku;) z akcentem aromatu liści drzewka cytrynowego. Od czasu do czasu czuję, że próbuje się przez tę słodycz przebić jakiś wytrawny zielono-drzewny akord, ale w ostateczności nic z tego nie wychodzi. Zapach ma dużą projekcję i bardzo dobrą trwałość. Przyznaję, podoba mi się, że jest taki optymistyczny, ponadto świetnie się w nim czuję teraz, gdy jest początek wiosny. Poprawia humor i dodaje energii, ale mimo wszystko spodziewałam się czegoś ambitniejszego. W ramach dopowiedzenia chciałabym wspomnieć, że Izia bardzo mi się kojarzy z dwiema wodami kolońskimi od Maurer&Wirtz: Lemon&Ginger oraz Melissa&Verbena - jest jakby zgrabnym połączeniem obu tych kompozycji. Perfumiarz: Amandine Clerc-Marie. Moja ocena --->4/6.
  • Mugler, Womanity Eau Pour Elles edp - słodkie czerwone truskawki posypane solą;). Towarzyszy temu akordowi zapach rozgrzanej skóry i nadmorskiego wiatru w upalny dzień. Według mnie najlepiej pachnie wyłącznie w ciepłe dni w okresie wiosenno-letnim. Bardzo mi się podobają te perfumy, natomiast wiem, że nie sięgałabym po nie zbyt często, ponieważ trzeba mieć na tak nietypowy zapach nastrój;). Perfumiarze: Christine Nagel, Serge Majoullier . Moja ocena ---> 5/6.
  • Kenzo, Amour edp - Amour pachnie jak ryż na mleku z wanilią i odrobiną cukru:), ale żeby nie było tak nudno, perfumiarz dobrze wyeksponował tu kadzidło (nie ma się czego obawiać, ponieważ nie jest ono  natarczywe) oraz kwiat wiśni. Przepiękny zapach, ale w tym momencie nie czuję, by w pełni do mnie pasował. Może za kilka lat?:) Perfumiarze: Olivier Cresp, Daphne Bugey. Moja ocena ---> 6/6.

Jeśli znacie któryś z zaprezentowanych przeze mnie zapachów, koniecznie podzielcie się spostrzeżeniami na jego temat w komentarzu:). Pozdrawiam:***.

Witajcie! :)

Zapachy spod szyldu Pani Walewska cieszą się ostatnio niemałym zainteresowaniem wśród miłośników perfum. Na kanałach poświęconych tej tematyce tworzy się rankingi - każdy próbuje wytypować najlepszą kompozycję spośród sześciu, które są aktualnie dostępne. Mnóstwo recenzji znajdziecie również w grupach perfumowych na facebooku, na kontach kolekcjonerów perfum na instagramie i oczywiście na stronie magazynu internetowego Fragrantica. 

Ja byłam dość długo obojętna wobec tych zapachów do czasu, gdy zaintrygowano mnie opisem Pani Walewskiej w rubinowej odsłonie...

Aldehydowej wersji Classic w niebieskim flakonie z 1971 roku nie trzeba chyba nikomu przedstawiać z oczywistych względów;), jest też biała buteleczka In White, czarna Noir, różowa Sweet Romance, złota Gold i czerwona Ruby. Przy okazji wypada też wspomnieć, że w mniejszym bądź większym stopniu te kompozycje nawiązują do perfum znanych marek, a więc proszę nie oczekiwać żadnych zaskoczeń olfaktorycznych i unikatowości;).

Wstępne testy pokazały, że miejsce na blogu poświęcę tylko jednej z nich, ponieważ:

  • nie wyczułam w niej tandetnego, taniego wydźwięku
  • nie odnotowałam w niej ani jednej drażniącej czy np. duszącej nuty,
  • jest w pewien sposób podobna do wycofanej z produkcji Miss Dior Cherie z 2005 roku, której pożądają dziś kolekcjonerzy, a także fani tej wyjątkowej edycji,
  • jest to po prostu zaskakująco uroczy zapach.

Pani Walewska Ruby siostrą bliźniaczką Miss Dior Cherie (2005) czy tylko cieniem zapachowym pierwowzoru?

Wycofana szyprowo-owocowa Miss Dior Cherie z 2005 roku podobała mi się, ale nie na tyle, żeby ją kupić. Trochę przeszkadzało mi w niej, że to skądinąd niezaprzeczalnie piękne połączenie m.in. truskawek, szampana, karmelu, paczuli i akcentu słonego, za którym krył się popcorn umocowane jest na ciężkim i ekspansywnym bursztynie, który w dalszej perspektywie trochę drażnił. Mój nos podpowiadał, że gdyby była choć trochę lżejsza, byłaby zapachem idealnie skrojonym dla mnie;).

Opisywanie Pani Walewskiej Ruby w kontekście ogromnego podobieństwa do dawnej Miss Dior Cherie sprawiło, że zaświtała mi myśl, by rozejrzeć się za nią w pobliskim supermarkecie;), bo chociaż nie spodziewałam się, że tani, stworzony wyłącznie z syntetycznych składników zapach mógłby odpowiadać 1:1 swemu pierwowzorowi (to nie jest możliwe), to jednak po cichu liczyłam na lekkość i zwiewność.
 
Różnice czuć zarówno na poziomie struktury zapachu, jego charakteru, brzmienia, jak i parametrów użytkowych. W Ruby w dość oczywisty sposób podano truskawki, aromat szampana i słony karmel, które przełamano ostrą i świeżą paczulą oraz solidną porcją piżma. Nie ma tu intrygującej głębi i wielowymiarowości, którą uraczył nas Dior;). Zapach nie ewoluuje na skórze - od początku do końca pachnie tak samo. Widzę go wyłącznie na okres wiosenno-letni - niskie temperatury w drugiej połowie roku po prostu go stłamszą. Nie odbija się za bardzo od skóry, więc, wyczują go na nas osoby, które dopuszczamy do naszej przestrzeni intymnej i bliższej osobistej. Nie możemy też oczekiwać wielogodzinnej trwałości. Poza tym trzeba spryskiwać się tym zapachem niczym mgiełką do ciała, żeby miał optymalne warunki do rozkwitu.
 
Wiem, że to wszystko, o czym napisałam wyżej poniekąd brzmi jak krytyka, ale chciałabym zaznaczyć, że mnie jego pozorne wady nie przeszkadzają. Jest w tej swojej lekkości i nieskomplikowaniu bardzo przyjemny i uroczy. Nieodparcie kojarzy mi się z wiosną i porannymi spacerami.  Pani Walewska Ruby, owszem, jest cieniem zapachowym pierwowzoru, ale w tym przypadku nie kryją się za tym określeniem negatywne konotacje, ponieważ otrzymujemy perfumy, które naprawdę nie pachną tandetnie. 
 

Piramida zapachowa:

Nuta głowy: mandarynka, truskawka, malina
Nuta serca: jaśmin, poziomka.
Nuta bazy: dżemu malinowy, popcorn, paczula, piżmo.



Pozostałe informacje o perfumach: 

  • cena regularna: w zależności od miejsca zakupu od 14.99 zł do 31.50 zł za 30 ml,
  • przeznaczenie:  zapach na co dzień; okazje nieformalne: w warunkach domowych, na spacery, na zakupy.
  • parametry: projekcja bliskoskórna; trwałość około 4 godzin,
  • dostępność: strona producenta, perfumerie internetowe, drogerie internetowe, drogerie stacjonarne, supermarkety.

Witajcie! 

Dzisiaj chciałabym Wam zaprezentować najpiękniejszy zapach z portfolio japońskiej marki Masaki Matsushima, jakim według mnie jest Shiro. Będąc w aurze tych perfum, mam poczucie, że są dziełem doskonałym, dopracowanym w każdym szczególe. Niezależnie od tego, który akord wyłania się na pierwszy plan, w tle rozbrzmiewa harmonijne zespolenie pozostałych nut. Shiro to czystość szlachetna, eteryczna, niemalże niebiańska

Czego dowiemy się o zapachu z materiałów prasowych?

Shiro to japońskie określenie bieli. Zapach uosabia nieskazitelność oraz świeżość ,,czystej tkaniny". Unikalny zapach Shiro jest niezwykle elegancki, harmonijnie łączy wyrafinowanie, spokój i równowagę. W czasach nadmiaru, próżności i wizualnego przepychu japoński projektant pozostaje wizjonerem, który wraca do nieskazitelnej bieli, symbolizującej odprężenie i relaks.

Od niezrozumienia i niechęci do wielkiej miłości

Kiedyś napisałam na blogu, że jest to zapach proszku do prania... Nie porwał mnie wtedy, nie rozumiałam go, najprawdopodobniej nie dałam mu szansy, by mógł zaistnieć na mojej skórze przynajmniej przez kilka dni.  

Zainteresowałam się nim ponownie na fali rewolucji, która przetacza się ostatnio przez mój gust zapachowy, czego rezultatem jest słabość do perfum o zapachu czystości. Dzisiaj stanowczo się z tej niefortunnej minirecenzji wycofuję i zaznaczam, że odbieram Shiro zupełnie inaczej - nie ma tu ani grama proszku do prania! ;) Mało tego, stał się jednym z moich ulubionych zapachów. 

Jak pachnie Shiro?

Z tym zapachem kojarzy mi się pewna sceneria. Budzę się w chłodny zimowy lub wczesnowiosenny poranek w samym sercu lasu świerkowego w przytulnie urządzonym domku, którego wystrój utrzymany jest w białym kolorze. Ożywcze chłodne powietrze przedostaje się do wnętrza przez uchylone okno. Spoglądam na bukiet kilkudziesięciu białych róż znajdujących się w wazonie na stole, wypijam ciepłe mleko i udaję się na krótki spacer. W tej scenerii można poczuć, jak zatraca się poczucie czasu i rozmywają się wszelkie troski. 

Na początku zapach skrzy się dynamicznie i trudno przewidzieć, w którą stronę podąży. Kiedy osiądzie na skórze, dokonuje się w nim metamorfoza na poziomie temperatury: chłód ustępuje miejsca umiarkowanemu ciepłu. Shiro brzmi jak eteryczny obłok czystości, zwłaszcza wtedy, gdy do białych róż dołącza akord kosmetycznego kremu o słodkim aromacie i odrobina pudru. Czasami mam wrażenie, że  czuję w nim również sok z aloesu. Najkrócej mówiąc, kompozycja jest osadzona przede wszystkim na dwóch dźwiękach: kwiatowym i pudrowym.

Moim zdaniem nie jest to zapach przesadnie elegancki, nie buduje dystansu, nie wyczuwam w nim powiązań z sensualnością - on jest raczej taki... zaciszny, kontemplacyjny, aczkolwiek moim zdaniem pasowałby również na formalne spotkania, dzięki temu, że jest w nim specyficzna nuta rześkości, świeżości i to, że jest dość neutralny w swym charakterze. Zapach nie jest przestrzenny, nie ma też wielkiej projekcji - promienieje łagodnym blaskiem.

Czy J. Stephan Jellinek - autor książki ,,Perfumy. Marzenie we flakonie" (1992) uznałby Shiro za perfumy dobre? :)

Zapytacie, skąd pomysł na taki nagłówek w recenzji Shiro. Otóż ostatnio przeczytałam wyżej wymienioną książkę ponownie i moją uwagę przykuły bardzo ciekawe spostrzeżenia autora odnośnie czynników, jakie muszą zaistnieć, by można było uznać perfumy za dobre. Przytoczę krótki cytat  z podrozdziału, w którym Jellinek uszeregował wszystkie zasady estetyki uwidaczniające się w wielkich perfumach, ja natomiast wybrałam fragment mówiący o jednej z nich. Dla wielu osób poniższy pogląd okaże się kontrowersyjny (ja traktuję go z przymrużeniem oka;)). Pokazuje on, jak bardzo zmieniły się trendy, nasze preferencje i postrzeganie perfum w ciągu ostatnich trzydziestu lat:

Nawet jeśli każda z substancji użytych do produkcji danych perfum przypomina nam swoim zapachem woń znaną z życia codziennego - las sosnowy, przyprawy korzenne, wilgotną ziemię, egzotyczny owoc, stajnię dla kóz, warsztat samochodowy, to zapach finalny kompozycji nie może nam przypominać niczego z tej codzienności. Perfumy mogą pachnieć jedynie perfumami - i nic ponadto. Skojarzenia z kwiatami i pudrem są dozwolone, wszystkie inne są fatalne. Szczególnie unika się zbyt wyraźnych skojarzeń z potrawami (bowiem wiele komponentów pochodzi z tego świata zapachów) i z mydłami (bowiem wszystkie mydła są perfumowane, ale perfumy, które przypominają mydło, sprawiają wrażenie tandetnych).
Jak widzicie, perfumy Shiro spotkałyby się z uznaniem autora książki:), z kolei wiele propozycji z ekskluzywnej półki niszowej niekoniecznie;). 
 
Shiro jest na rynku od ponad 20 lat. Jeśli kiedyś zostanie wycofany z produkcji, zrobię nieprzyzwoicie duży zapas;).

Pozostałe informacje o perfumach: 

  • cena: w zależności od miejsca zakupu od 100 zł do 269 zł za 40 ml,
  • przeznaczenie:  zapach na co dzień; okazje nieformalne i formalne,
  • parametry: projekcja umiarkowana (na długość ramion), a potem bliskoskórna; trwałość powyżej 6 godzin,
  • dostępność: perfumerie stacjonarne i perfumerie internetowe.

Witajcie! 

Moja fascynacja perfumami odzwierciedlającymi zapach czystości w różnych odsłonach trwa w najlepsze. Poszukuję takich, które przypominają świeżość poprysznicową, mydlaną, kremową, cielesną - mogą to być zapachy, które stanowią dosłowne ujęcie tego motywu, ale mogą być jak najbardziej takie, które nawiązują do niego w sposób nieoczywisty i niekonwencjonalny. 

W swojej kolekcji miałam dotychczas dwa wybitne dzieła będące przedstawicielami tej kategorii: z głównego nurtu Narciso eau de parfum (słynna biała kostka;)) marki Narciso Rodriguez oraz niszowe White extrait de parfum marki Puredistance, a teraz dołącza do nich kolejna perła, tym razem z półki celebryckiej - Glow od Jennifer Lopez.

Glow wyznacza cezurę w świecie perfum celebryckich

W książce Lizzie Ostrom pt. ,,Stulecie zapachów" odnalazłam kilka słów na temat perfum Glow, których premiera - jak informuje autorka - okazała się momentem przełomowym w świecie perfum celebryckich: 
Gdy w 2002 roku Jennifer Lopez poszerzyła swoją markę o perfumy Glow, przyjęto je jako rewolucyjną zmianę w sferze perfum celebryckich, które tchnęły nowego ducha w tę kategorię.
Ostrom kontynuuje myśl, stwierdzając, że sam zapach, jak i jego nieprawdopodobny sukces utorował drogę innym celebrytkom, które w lawinowym tempie zaczęły wypuszczać swoje perfumy. Wymienia m.in. takie nazwiska jak: Sarah Jessica Parker, Britney Spears, Kate Moss, Kylie Minoque, Rihanna.
 


Nieperfumeryjne perfumy

Kilkusekundowe otwarcie jest mocne: to uderzenie cierpkim białokwiatowym obuchem, więc spokojnie czekam na serce i bazę, którymi będę się napawać przez kilka następnych godzin. Po chwili zaczyna robić się  przyjemnie - ogrom drobnych białych kwiatów unosi się na pianie utworzonej z płynu do kąpieli, po czym perfumy zaczynają pachnieć tak, jakbyśmy przed chwilą użyli balsamu do ciała.

Co się dzieje później? W istocie jest to zapach mydlany, który w pewnym momencie zostaje dopełniony aromatem najsłynniejszego kremu na świecie - tak, mowa o kremie Nivea;). I tak sobie wybrzmiewają te dwie frakcje w jednym splocie już do końca dnia. W związku z tym ktoś może powiedzieć, że w takim razie nie jest to zbyt wymyślny zapach i właściwie nie wiadomo, czym umotywowane są wszelkie zachwyty nad nim. Odpowiem w ten sposób: rzeczywiście, kiedy zaaplikujecie Glow na skórę, nikt z Waszego otoczenia nie domyśli się, że użyliście perfum - wszyscy będą przekonani, że niedawno wzięliście prysznic, po czym nasmarowaliście ciało kremem, nie szczędząc go sobie;), natomiast ja jestem zauroczona tym efektem. 

Glow absolutnie nie jest zapachem, który przywodzi na myśl skojarzenia z elegancją, chłodnym dystansem, niepokojącą sterylnością ani też z luksusowym wymiarem czystości - owszem jest czysty, ale w nieskomplikowanym ujęciu, przy czym gwarantuję, że jest on zmieszany w dobrym stylu


Pozostałe informacje o perfumach: 

  • cena regularna: ok. 133 zł za poj. 30 ml
  • przeznaczenie:  zapach na co dzień; okazje nieformalne
  • parametry: projekcja umiarkowana (na długość ramion), a potem bliskoskórna; trwałość ok. 6 godzin
  • dostępność: drogerie stacjonarne i perfumerie internetowe

Witajcie! 

W czasie mojej ośmioletniej przygody związanej z  prowadzeniem bloga przedstawiałam Wam rzetelne i szczere opinie m.in. na temat kosmetyków i perfum marek luksusowych.  Kiedy więc w ramach współpracy zostałam poproszona o wytypowanie produktów z perfumerii internetowej Douglas, które uznaję za świetnej jakości, a zatem i takie, które mogłabym jednocześnie polecić na prezent (wszak zbliżają się walentynki, Dzień Kobiet i z pewnością inne indywidualne okazje sprzyjające obdarowywaniu;)), przyjęłam tę propozycję i wybrałam sześć prawdziwych pereł, o których nie jeden raz wspominałam Wam zarówno na blogu, jak i instagramie.

Będą dwa wyjątkowe, aczkolwiek - mam wrażenie - niedoceniane zapachy, dwie wyróżniające się jakością pomadki, które mam aktualnie w kilku kolorach, puder posiadający magiczną moc upiększania cery oraz róż do policzków, który zmienia kolor pod wpływem różnych czynników

Szczególnie polecam przyjrzeć się tym sześciu propozycjom, które zamieściłam w kolażu zdjęć:

  • Giorgio Armani Code eau de parfum - Code jest już ze mną od 5 lat i z każdym kolejnym rokiem moje uznanie dla tych perfum jest większe. To mistrzowskie połączenie białych kwiatów, gorzkiej pomarańczy i imbiru. Żeby uczynić z tej kompozycji uwodzicielską miksturę, perfumiarz osłodził ją odrobiną wanilii i kilkoma kroplami miodu. Perfumy są świeże, nieco odurzające, okraszone goryczą i zarazem słodkie. Code jest szykownym zapachem na dzień i wieczór dla dojrzałych kobiet. Moja kolekcja nie istnieje bez tego zapachu:)💜.
  • Versace Versense eau de toilette - mam tylko jeden stricte cytrusowy zapach i jest nim właśnie Versense. Nie dołączyła do niego jeszcze żadna kompozycja z tej kategorii, ponieważ jak dotąd nic nie jest w stanie się z nim równać. Versense sugestywnie odmalowuje greckie krajobrazy.  Jest w nim dużo uroku, jest wolność, swoboda, beztroska i prawda w tym sensie, że każda z nut jest wiernie odwzorowana. Czuję w nim  bergamotkę, cytrynę i limonkę (zarówno miąższ, jak i olejki eteryczne ze skórek), a za sprawą nut drzewnych, tj:  drzewa oliwnego i cedru zapach zyskuje elegancki sznyt. Wyrazistymi nutami są również piżmo i... kostki cukru. Jeśli dodać do tego olbrzymią projekcję, bo aż na kilka metrów oraz wielogodzinną trwałość, to właściwie można stwierdzić, że mamy do czynienia z prawdziwym ewenementem w tej grupie olfaktorycznej. Powielam zakończenie z poprzedniego opisu: moja kolekcja nie istnieje bez tego zapachu 💚.
  • puder Micro-Fil marki Giorgio Armani w odcieniu 00 Universal Nude (biały) - najlepszy puder, jaki kiedykolwiek miałam. Delikatnie matuje i nadaje cerze efekt eleganckiego rozświetlenia. Na początku zauważycie, że lekko rozjaśnia, więc wraz z pudrem brązującym możecie zagrać światłocieniem i ładnie wymodelować twarz. Jakby tego było mało Micro-Fil optyczne wygładza fakturę skóry😍.
  • róż Rosy Glow marki Dior z kolekcji Backstage w odcieniu 001 Pink - matowy róż bez drobinek, który pachnie pudrową różą w stylu vintage. Doskonale się rozciera, nie tworząc plam, nie znika i nie blednie w ciągu dnia. Konsystencja różu jest mocno sprasowana, więc nie pyli się podczas nabierania na pędzel. Odcień 001 Pink to jasny cukierkowy róż, który może zmienić się w malinowy, jeśli masz na skórze ciemniejszy podkład z żółtym pigmentem i puder brązujący, w związku z czym mamy przynajmniej 2 odcienie w jednym opakowaniu (można też uzyskać słabiej i mocniej nasycony odcień, ale o tym wspominałam Wam już w recenzji poświęconej temu kosmetykowi).
  • pomadki Mac (standardowa kolekcja) - bardzo lubię te pomadki ze względu na komfortową formułę (mam na myśli wykończenia: cremesheen i lustre) oraz szeroką gamę kolorystyczną, z której bez problemu można wybrać korzystny dla nas odcień. Mają przyjemny waniliowy zapach, nie są wyczuwalne na ustach, można budować krycie, nie wysuszają ust, nie przemieszczają się poza kontur ust, nie podkreślają suchych skórek. Moje ulubione kolory to: Creme Cup, Lovelorn, Creme d'Nude💗.
  • pomadki Estee Lauder z serii Pure Color Envy Sculpting - bardzo trwałe pomadki mimo kremowej formuły. Już przy jednej warstwie pokrywają usta nasyconym kolorem. Konsystencja szminki jest kremowa, ale nie na tyle miękka, by spowodować migrowanie pigmentu poza kontur warg. W ciągu kolejnych godzin znika estetycznie i równomiernie.  Nie zauważyłam, by przesuszały usta.  Moje ulubione kolory: 230 Infamous💖.

Jestem ciekawa czy zainteresowałam Was którąś z powyższych propozycji. A może mieliście okazję używać tych perfum i kosmetyków i chcielibyście podzielić swoimi spostrzeżeniami? Z chęcią poczytam o tym w sekcji komentarzy:).