Najnowsze wpisy

Witajcie! :)

W dzisiejszym poście podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami na temat dwóch cieni oraz dziesięciu pimentów, które mam w odsypkach. Produkty wychodzą spod szyldu polskiej marki Glam, której właścicielką jest Hania Knopińska.

Kolory i wykończenia przedstawiam według własnego uznania - nie sugerowałam się firmowymi opisami, bo z większością nie do końca się zgadzam;). Być może jest tak dlatego, że wyglądają one inaczej w wyprasce i słoiczkach, inaczej na dłoni, a jeszcze inaczej na oczach. Na oczach oczywiście najkorzystniej, więc skupię się tylko na tym aspekcie.

Cienie:
  • czekoladowa róża - jasny wrzosowy z domieszką brązu (metaliczny). Cudownie się prezentuje, gdy cały makijaż jest utrzymany w neutralnym pudrowym różu, a kropkę nad i stanowi rozświetlacz z białym pigmentem;). Cień niesamowicie podkreśla urodę.  Niestety zdjęcia w internecie nie oddają jego uroku, więc musicie uwierzyć mi na słowo, że jest wyjątkowy;). Pod względem wizualnym i kolorystycznym najlepiej wygląda wtedy, gdy nałożony jest na korektor, na bazie podkreśla wszelkie załamania powieki, staje się też o ton ciemniejszy, co akurat mi nie odpowiada.
  • curry - słoneczny pomarańczowy zmieszany z kolorem przyprawy curry (metaliczny). Świetnie wygląda w zestawieniu z pudrem brązującym utrzymanym w średniej ciepłej tonacji i bezbarwnym bądź jasnym błyszczykiem - ten dość ekscentryczny kolor ewidentnie nie lubi konkurować z wyrazistymi ustami. Zarówno na korektorze, jak i bazie cień prezentuje się bardzo dobrze.

Pigmenty:
  • kosmo - ceglasto-różowy ze złotymi drobinkami (satynowo-metaliczny). Wyjątkowy kolor, który moim zdaniem podkreśli każdą tęczówkę.  Do jesiennych makijaży będzie jak znalazł;).
  • różowy rubin - różowo-brązowy  ze srebrzystym blaskiem (metaliczny/foliowy). Często porównuje się go do cienia czekoladowa róża. Moim zdaniem to dwa różne kolory, co widać nawet na zdjęciach zamieszczonych poniżej. Różnica jest widoczna zarówno w barwie, wykończeniu, jak i intensywności połysku. Uwielbiam ten pigment za efekt tafli ♥.
  • satyna - chłodny cielisty beż  (metaliczny). Jeśli szukacie bezpiecznego, ale jednocześnie efektownego koloru do makijaży dziennych, to satyna będzie idealnym wyborem.
  • cukier puder - błękitno-różowy  (efekt pokruszonej bombki). Ten pigment ma formułę płatków, które dość dobrze rozprasowują się na bazie. Największe wrażenie robi w pełnym słońcu *_*. Raczej nie nadaje się do dziennych makijaży (ewentualnie jako akcent na środek powieki).
  • utopia miedziany brąz (metaliczny). Bardzo podobny do cienia Sweet Sound z palety Naturally Yours. W końcu trafiłam na godny zamiennik:).
  • glam - złoto z domieszką moreli (metaliczny).  Uwielbiam w nim to, że dosłownie iskrzy milionem srebrnych i seledynowych drobinek. Warto nałożyć go na bazę, ponieważ na korektorze może się zrolować.
  • bestseller - chłodny brąz (metaliczny). Na dłoni wydał mi się taki zwyczajny, natomiast okazało się, że wystarczy rozetrzeć go tuż na powieką ciepłym brązowym cieniem bądź pudrem brązującym, żeby makijaż od razu ,,nabrał życia" ;).
  • goły - naturalny waniliowy kolor z  seledynowymi, złotymi i różowymi drobinkami (satynowy). Nie lubię go, ponieważ nierównomiernie pokrywa powiekę.
  • konfetti - wielokolorowy brokat (m.in. niebieski, granatowy, czerwony, zielony, srebrny). Ładnie będzie wyglądał na czarnym eyelinerze bądź nałożony na  środek powieki na inny cień (trzeba będzie użyć specjalnego kleju do brokatu). W moim makijażu, nawet tym sylwestrowym czy wieczorowym, tak ekstrawagancki pigment nie jest potrzebny.
  • luna - turkusowy (perłowy). Pomijając już to, że do mojego typu urody takie kolory nie pasują, niestety muszę stwierdzić, że pigment nie wywarł na mnie pozytywnego wrażenia - nie ma tu wielowymiarowości koloru, na powiece prezentuje się jak zwykły cień z tandetnym perłowym połyskiem.
Podsumowując, po przetestowaniu dwóch cieni jestem bardzo ciekawa kolejnych, ponieważ przede wszystkim są trwałe i mają miękką formułę, czyli taką, jaką lubię najbardziej. Poza tym nie mam żadnych problemów przy rozcieraniu, nawet wtedy, gdy mocno dociskam pędzlem do skóry. Jeśli chodzi o pigmenty, jestem jak najbardziej na tak i z pewnością jeszcze kiedyś przeczytacie o nich na moim blogu;).

Ulubione cienie i pigmenty użyte w makijażu (kolejno: czekoladowa róża, curry, kosmo, różowy rubin, satyna, cukier puder, utopia, glam): 


Dodatkowe informacje o produktach:
  • cena ----> cień czekoladowa róża - 12 zł, cień curry - 16 zł, pigmenty - 13 i 16 zł
  • gramatura ----> cienie - 1,8 g; pigmenty -5 ml
  • dostępność  ----> sklep internetowy Glam-Shop.pl
  • cienie można nakładać na sucho i na mokro
  • produkcja w Polsce
  • produkty oraz ich składniki nie są testowane na zwierzętach
Witajcie! :)

W kwestii pomadek Mac jestem aktualnie na etapie realizacji swojej listy:). Przyjrzałam się już wszystkim jasnym chłodnym odcieniom różu oraz cielistym kolorom i już wiem, które powinny jak najprędzej znaleźć się w moim zbiorze;).

Kiedy swego czasu opublikowałam na blogu recenzję szminki Costa Chic, zarzekałam się, że nie zdecyduję się po raz kolejny na egzemplarz z tej metaliczno-satynowej rodziny frost. Przekonał mnie dopiero argument, że formuła pozostałych odcieni jest lepsza, a co za tym idzie, efekt na ustach jest znacznie ładniejszy. Zdecydowałam się zatem na bliźniaka kolorystycznego Creme Cup, czyli Angel (zgadza się, nie widzę różnicy w barwie;)), bo uwielbiam ten pochmurny róż z kropelką lawendy.

Pomadka nadaje ustom przepiękny srebrzysty blask, który - trzeba zaznaczyć - nie jest tandetny. Przez jakieś pół godziny prezentuje się tak, jakbyśmy nałożyły błyszczyk, później natomiast przeobraża się w wykończenie satynowe z domieszką metaliczności

Aplikuje się bardzo łatwo -  sztyft w w zetknięciu z wargami zachowuje się niczym balsam do ust.

Tyle tytułem wstępu. Teraz chciałabym zaproponować nieco inną formułę prezentacji kosmetyku, a mianowicie stworzyłam listę jego zalet i wad. Myślę, że tak będzie szybciej i łatwiej będzie można wychwycić konkrety;).


Co zaliczam do zalet? 
  • piękny kolor oraz nietypowy i  elegancki zmrożony połysk
  • bardzo dobre nawilżenie ust
  • dobre krycie przy dwukrotnym przeciągnięciu sztyftu
  • niewyczuwalna na ustach 
  • nie podkreśla suchych skórek
  • nie migruje poza kontur ust
Co zaliczam do wad?
  • słaba trwałość  (ok. 2 godziny)
  • nieestetyczne schodzenie pomadki z ust


Podsumowując, trwałość zawsze będzie dla mnie wyznacznikiem jakości i w tym przypadku muszę stwierdzić, że niestety nie zamierzam ponawiać zakupu szminki, aczkolwiek zużyję ją bez większego narzekania;). Będę po prostu kontrolować jej wygląd i usuwać tworzącą się na wewnętrznej stronie ust białą linię. Za to z przyjemnością wrócę do wspaniałej Creme Cup;). 


Dodatkowe informacje o produkcie:
  • cena:  86 zł
  • pojemność: 3 g
  • dostępność: salony MAC oraz sklep internetowy MAC
Witajcie! :)

Perfumy, o których chcę Wam dzisiaj opowiedzieć długo czekały na recenzję. Dziś wiem, że dobrze się stało, ponieważ dzięki temu miałam możliwość przyjrzeć się jak pachną przez cały rok, a także zestawić swoje pierwsze odczucia z ugruntowaną już opinią na ich temat.

Lira jest przede wszystkim waniliowa i jednocześnie słodka w takim gęstym, zawiesistym wydaniu. Wiele osób pomyślało pewnie w tej chwili, że piszę o ulepnym i nijakim zapachu, ale zapewniam, że mamy do czynienia z czymś niesamowitym:). 

Trafiłam na Lirę na łamach internetowego magazynu o perfumach, gdy poszukiwałam podobnych perfum do wycofanej już L de Lolita Lempicka. Określenia w stylu klon i bliźniak L-ki sprawiły, że jeszcze tego samego dnia musiałam zweryfikować porównania zaprezentowane w recenzjach.

Wtedy rzeczywiście uznałam, że jest to wierna kopia, ale taka z rozmachem. Dziś wyczuwam różnice, które sprawiają, że postrzegam te zapachy jako podobne, a nie identyczne. Łączy je charakterystyczny zapach świeżo upieczonego ciasta drożdżowego, którego aromat jest niesiony przez podmuch gorącego piekarnika. Poza tym tożsame są: wysokiej jakości wanilia oraz maestria, z jaką przebijają się na zmianę słodkie i cierpkie cytrusy. Różnica polega na tym, że w L-ce można wyróżnić słoną oprawę, natomiast Lira jest na wskroś słodka.


Ewidentnie jawią mi się dwa obrazy, które doskonale oddają jej charakter. Wyobraźmy sobie, że jest ponury zimowy dzień. Wracamy do domu z pracy wyjątkowo zmęczeni, z bagażem niezbyt miłych sytuacji, które nie wiadomo dlaczego postanowiły się nawarstwić akurat dzisiaj. Od frustracji dzielą nas być może sekundy, gdyby nie to, że już od progu drzwi dociera do nas aromat ciasta drożdżowego z kruszonką oraz kandyzowaną skórką pomarańczy i cytryną. Kto myślałby wówczas o problemach?:)

Drugi obraz związany jest z piknikiem urządzonym nieopodal pola lawendowego. Jest wietrznie, dzięki czemu zapach znajdujących się w koszyku pyszności, czyli rogalików z nadzieniem karmelowym, soczystych pomarańczy, drożdżówek, bułeczek cynamonowych przenika się ze świeżą wonią tych fioletowych krzewów.

Przeważnie wszyscy piszą w kontekście tej kompozycji o tym, iż doskonale wybrzmiewa w mroźne dni, choć według mnie traci wtedy na wielowymiarowości i projekcji. Bardziej widzę ją w aurze wiosenno-letniej, kiedy wyczuwam wszystkie jej wyśmienite odsłony - ociekającą karmelem i wanilią cukierniczą bazę, cytrusowe oraz korzenne nuty, a także specyficzny suchy i zarazem świeży ton.
Perfumowa piramida:
nuta głowy: bergamotka, czerwona pomarańcza i lawenda
nuta serca: egipski jaśmin, cynamon i lukrecja (kwiat)
nuta bazy: piżmo, wanilia i karmel
Zależało mi na tym, żeby pokazać, że Lira nie jest mdła. Jeśli przekonuje Was wzbogacenie zapachu o powiew roślinnej świeżości i kwaśność cytrusów, to serdecznie zachęcam do przetestowania. Warto też wspomnieć, że jakość składników jest naprawdę fenomenalna - każda z nut została odwzorowana realistycznie.

Pozostałe informacje o perfumach:
  • parametry użytkowe  - trwałość całodzienna, projekcja przeciętna zimą, dobra latem
  • przeznaczenie - okazje nieformalne; raczej na dzień
  • dostępność - perfumerie niszowe
  • cena - pojemność 30 ml - 375 zł, 100 ml - 1045 zł
  • Niedawno Xerjoff zdecydował o wyodrębnieniu kolekcji Casamorati jako samodzielnej marki
Witajcie! :)

Na początku grudnia, przy okazji wpisu dotyczącego kosmetyków mineralnych od Lily Lolo, wspomniałam, że pozostałe produkty z zestawu, które otrzymałam do zaprezentowania na blogu wymagają jeszcze czasu, by móc wystawić im wiarygodną opinię. Dzisiaj z pełnym przekonaniem mogę napisać, że każdy z nich jest świetny, dlatego tym razem już na wstępie zachęcam Was do wypróbowania ich na własnej skórze:).


Zacznę od sypkiego podkładu z filtrem SPF15. Mam odcień Warm Honey, który jest ciepłym kolorem przeznaczonym dla średniej karnacji. Ma wyważoną dozę żółtego pigmentu.

Zanim się go nałoży wskazane jest, by wykonać peeling i zadbać o nawilżenie cery, ponieważ może podkreślić przesuszone miejsca na skórze. Postępujemy jak w przypadku wszystkich mineralnych podkładów, czyli nakładamy go dedykowanym do tego celu pędzlem i rozprowadzamy kolistymi ruchami.

Informacja od producenta:
Siłą podkładów mineralnych Lily Lolo jest bez wątpienia ich prosty skład. Nie ma tutaj miejsca dla drażniących substancji chemicznych, syntetycznych substancji zapachowych, wypełniaczy czy parabenów. Podstawą natomiast jest grupa składników pochodzenia naturalnego. Korzyści z używania podkładu mineralnego to nie tylko natychmiastowy efekt pięknej i promiennej cery, ale również po dłuższym stosowaniu minerałów – właściwości łagodzące. Kosmetyki Lily Lolo mogą być stosowane nawet przez osoby o cerze trądzikowej lub ze skłonnością do alergii i zaczerwienień, ponieważ nie podrażniają i nie zapychają porów, jednocześnie zapewniając dobre krycie.
Podkład dozuje się bez problemu, ponieważ otwory w sitku są wystarczająco duże, by już za pierwszym razem przesypać odpowiednią ilość potrzebną do pokrycia całej twarzy.

Zapewnia krycie na poziomie od lekkiego+ do średniego (większe niedoskonałości trzeba zatuszować korektorem), ładnie scala się z cerą, nie podkreśla rozszerzonych porów.  Zaleca się wykańczać i utrwalać go mgiełką, ale i bez niej wygląda na skórze bardzo dobrze, ponieważ nie ma pudrowego i suchego wykończenia. Ponadto jest trwały, nie zapycha i nie warzy się.

Jeśli nie jesteście pewne, na który odcień się zdecydować, istnieje możliwość zamówienia próbek bądź dopasowania odpowiedniego koloru według tabeli, którą  znajdziecie tutaj ---> http://www.costasy.pl/menu,139,jak_dobrac_idealny_podklad.

Skład podkładu:
  • mika (Mica) – to właśnie mice podkłady zawdzięczają swoją lekkość i jedwabistość,
  • tlenek cynku (Zink Oxide) – posiada właściwości antybakteryjne i kryjące,
  • dwutlenek tytanu (Titanium Dioxide) – biel tytanowa; ma działanie kryjące,
    i jest naturalnym filtrem UV,
  • tlenki żelaza oraz ultramaryna – pigmenty mineralne.
Jeśli chodzi o pędzel Super Kabuki, na ten moment mogę podzielić się jedynie pierwszym wrażeniem, ponieważ pełną recenzję w przypadku tego typu akcesoriów publikuje się najwcześniej po sześciu miesiącach użytkowania.

Zdążyłam się zorientować, że jest to jeden z najpopularniejszych pędzli marki i już wiem, dlaczego zyskał miano ulubieńca wielu kobiet:). Doceniłam jego walory wizualne, solidne wykonanie oraz wysokiej jakości syntetyczne włosie, które jest sprężyste i bardzo miękkie, co sprawia, że wykonywanie makijażu jest przyjemnością:). Nie zauważyłam, by przez okres dwóch miesięcy wypadł z niego choćby jeden włos.

Super Kabuki jest dużym pędzlem (wysokość trzonka - 3 cm, wysokość samego włosia - 4 cm,  średnica szczytu włosia - ponad 5 cm), ponadto jest wyprofilowany w taki sposób, że z łatwością dotrze do małych partii twarzy takich jak skrzydełka nosa czy okolice oczu, co oznacza, że można nim zaaplikować podkład dosłownie w okamgnieniu;).

Kolejnym produktem, który testowałam była mgiełka utrwalająca. Przeznaczona jest do wykończenia i utrwalenia makijażu, który po jej użyciu ma prezentować się perfekcyjnie (bez smug i osadzania się w zmarszczkach). Zawiera w składzie:
  • aloes i pantenol, które mają właściwości kojące, nawilżające oraz zatrzymujące wodę w skórze,
  • ekstrakt z zielonej herbaty, który jest silnym antyoksydantem. 
Od razu można zauważyć, że nadaje skórze intensywnie świetliste wykończenie. Odmieni każdy ciężki i pudrowy podkład w lekki i upiększający. Jeśli mimo wszystko tuż po nałożeniu podkładu pojawią się jakieś suchości, mgiełka na pewno je zniweluje.

Mogę potwierdzić to, że przedłuża trwałość makijażu, ale tak jak wspomniałam wcześniej, mnie w zupełności zadowala wykończenie i trwałość podkładu mineralnego, więc na ogół sięgam po nią, gdy potrzebuję ulepszyć inne podkłady;). Jeśli miałabym wskazać jakąś wadę, byłby nią atomizer, który dozuje za dużo produktu (tak duże krople trudno nazwać mgiełką;)). Warto zatem spryskiwać twarz z nieco większej odległości.

Makijaż z podkładem mineralnym w roli głównej;)

Dodatkowe informacje o produktach:
  • cena regularna: podkład - 81.90 zł; pędzel - 91.90 zł; mgiełka - 60.40 zł
  • PAO: podkład - 24 miesiące; mgiełka - 6 miesięcy
  • pojemność: podkład 10 g w 40 ml słoiczku; mgiełka - 50 ml
Z przyjemnością poczytam w komentarzach o Waszych doświadczeniach z kosmetykami tej marki:).
Witajcie! :)

Świat perfum, mimo że pozornie nosi znamiona hermetycznego, jest otwarty na żądnych porywającej przygody podróżników zapachowych:). Wkraczając do niego, od razu mamy przeświadczenie, że już się nie wycofamy - poddajemy się prądowi i chcemy wniknąć w tę rzeczywistość jeszcze bardziej. Po czasie, kiedy poczujemy się już pewniej, zauważymy, że ogromną frajdę sprawia nam eksplorowanie mroczniejszych, niepopularnych lub zapomnianych przez innych zakątków, a także przecieranie nieutartych jeszcze ścieżek, bo z pewnością zgodzicie się ze mną, że dopiero własne poszukiwania dostarczają największej satysfakcji:).

Na tym etapie każdy z nas mógł powiedzieć o sobie, że jest pasjonatem, ale czuliśmy, że budowanie indywidualnej kolekcji, rozkoszowanie się na co dzień aromatami swoich ulubionych pachnideł i rozmowy o nich z każdym, kto tylko wykazał odrobinę zrozumienia dla naszego hobby to zdecydowanie za mało;).  Chcieliśmy pogłębić swoją wiedzę o historie, które kryją się za każdym flakonem i dowiedzieć się co sprawiło, że m.in. perfumy, których fenomenu może nie do końca jesteśmy w stanie dziś zrozumieć, były kiedyś kochane. Oprócz zgłębiania aspektu stricte chemicznego, byliśmy również żądni ciekawostek, skandali osnutych wokół premier konkretnych perfum, niesnasek między domami perfumeryjnymi, a także pozyskania informacji o kampaniach reklamowych i tego jak kiedyś funkcjonowały perfumy w prasie, literaturze, teatrze, kinematografii oraz jak bardzo były one zintegrowane z ówczesnymi obyczajami.

Z częścią z tych faktów zdążyliśmy się zaznajomić w publikacjach, które pojawiły się na rynku na przestrzeni ostatnich lat, natomiast w takiej dość szerokiej perspektywie ta wiedza stoi przed nami otworem w wydanej nakładem Wydawnictwa Kobiecego książce pt. Perfumy. Stulecie zapachów autorstwa Lizzie Ostrom. Przyznaję, że zanim trafiła w moje ręce, obawiałam się niekomunikatywnego, drętwego języka, powierzchownego ujęcia tematu, jak również koncepcji, którą mógłby być pozbawiony emocji leksykon, jednakże indywidualna ekspresja autorki tak bardzo mnie ujęła, że moje wszelkie obawy  od razu zostały rozwiane i poczułam jak otwierane są przede mną drzwi do magicznej i pasjonującej  opowieści o najwspanialszych zapachach XX wieku. A trzeba przyznać, że Ostrom potrafi zjednać sympatię czytelników, nazywając ich już na samym wstępie ekspertami w dziedzinie perfum:).


Autorka przeprowadza czytelników przez burzliwy wiek XX i udowadnia, że perfumy każdej dekady były spójne z hołdowaniem określonemu stylowi życia i odzwierciedlały to, co w danej epoce było atrakcyjne.

Poznamy historie marek (także ich losy w okresie wojennym) i przyjrzymy się ich błyskotliwemu rozwojowi. Wyobrazimy sobie te wszystkie ekscentryczne kampanie reklamowe, które wówczas przyczyniły się do spektakularnego sukcesu perfum. Autorka odkryje przed nami motywacje, jakimi kierowano się, nosząc perfumy w każdym dziesięcioleciu. Oprócz dziesięciu najwspanialszych perfum w danej dekadzie, zapoznamy się w obrębie wielu z tych historii z zestawieniem perfum z konkretną nutą oraz przeglądem podobnych zapachów do tych, które zostały okrzyknięte mianem przeboju. Książka nie poskąpi nam również wzmianek o zabawnych, czasem dziwacznych zasadach związanych z kulturą perfumowania się i w końcu zrozumiemy, gdzie upatrywać źródła w niepopartym dowodami poglądzie na to, że lekkie kwiatowo-owocowe perfumy bardziej pasują blondynkom, a ciężkie orientalne brunetkom;).

Poza tym uzyskamy odpowiedzi m.in. na poniższe pytania:
  • jak wyglądały pierwsze chwyty marketingowe?
  • jak się nazywa urządzenie, które analizuje składy perfum konkurencji i pozwala kopiować zapachy?
  • czym jest technologia Headspace?
  • czy stworzono zapach, który sprawdziłby się na każdą okazję? 
  • która marka jako pierwsza wprowadziła na rynek perfumy dla dzieci?
  • kiedy po raz pierwszy artyści stali się ambasadorami marek perfum?
  • które przedsiębiorstwo zrozumiało, jak wielkie znaczenie ma pięknie zaprojektowany flakon?
  • która marka może poszczycić się zapachem najbardziej okazałej tuberozy?
  • w której dekadzie królował fiołek, a w której gardenia i jak bardzo te upodobania miały przełożenie na codzienną rutynę?
Autorka zauważa coraz silniejszą potrzebę ludzi, by pachnieć inaczej niż wszyscy, dlatego też wspomina o ukłonie pasjonatów w stronę perfumiarstwa niezależnego i niszowego, które od 2000 roku przeżywa niebywały rozkwit. Dla wszystkich, którzy swobodnie poruszają się w tej dziedzinie, rozdział pt. Nowe Stulecie będzie nie lada gratką. Szkoda tylko, że nie jest obszerniejszy, ale wiadomo, że ten temat wymaga odrębnego opracowania;).

Całą opowieść chłonęłam z przyjemnością za sprawą erudycyjnego języka doprawionego szczyptą humoru. Spodobało mi się swobodne operowanie ironią, zgrabne przejścia z interpretacji sposobu ukazania perfum w różnych dziedzinach sztuki do podania czysto chemicznej wiedzy na temat receptur i opowiadanie o perfumach tak, jakby były ożywionymi bytami. Dzięki tej książce, oprócz możliwości poznania ducha każdej z dziesięciu perfumeryjnych epok, można nabrać jeszcze większego szacunku do zapachów konstruowanych według starej szkoły perfumiarstwa i spojrzeć na nie z zupełnie innej perspektywy.

Serdecznie zachęcam Was do wzięcia udziału w rozdaniu, w którym można wygrać tę książkę (do paczki najprawdopodobniej dołączę dodatkowo jakąś drobną niespodziankę:)). Komentarz konkursowy musi zawierać poniższe wytyczne:
  • wystarczy, że w dowolny sposób skomentujecie ten post do 31 grudnia -> można odnosić się bezpośrednio do treści wpisu, oczekiwań wobec książki bądź ogólnie do perfum (wybiorę najciekawszy komentarz),
  • zamieścicie informację o tym, pod jakim nickiem publicznie obserwujecie bloga,
  • podacie adres e-mail, z którego w przypadku wygranej wyślecie dane do wysyłki.
Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi 1 stycznia 2018 roku w tym poście (możliwe jest jednodniowe bądź dwudniowe opóźnienie). Wysyłam wyłącznie na terenie Polski.  
Powodzenia! :)
WYNIKI --- > Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się wziąć udział w rozdaniu. Obiecuję, że w tym roku zorganizuję jeszcze kilka niespodzianek dla osób, które zaglądają na mojego bloga i poświęcają swój czas, by choćby od czasu do czasu pozostawić na nim swój komentarz. 
Tym razem wyłoniłam zwycięzcę na podstawie tego czy treści, które publikuję są dla kogoś użyteczne i czy inspirują do własnych poszukiwań w dziedzinie perfum. Jest mi ogromnie miło, że Black Cat (Kate) odkryła dzięki mnie wyjątkowy niszowy zapach i stała się miłośniczką perfum z tego nurtu. Życzę Ci przyjemnej lektury! :) Czekam na dane adresowe. Mój adres mailowy znajdziesz w zakładce ,,kontakt".
Dodatkowe informacje o książce:
  • dostępność - m.in. Wydawnictwo Kobiece
  • oprawa twarda, liczba stron - 454
  • cena regularna - 44.90 zł
Witajcie!

Tak jak wspomniałam na początku listopada, postanowiłam na jakiś czas wrócić do kosmetyków mineralnych różnych firm, żeby wyrobić sobie w końcu jakieś sprecyzowane zdanie na ich temat i oczywiście po to, aby znaleźć idealnie skrojone pod moje oczekiwania perełki. Nie sprawia nam przecież przyjemności używanie średniej jakości kosmetyków - szukamy takich, które zapewnią wyłącznie zniewalający efekt;).

W najbliższym czasie chciałabym zaprezentować Wam kilka propozycji z oferty brytyjskiej marki Lily Lolo. Dzisiaj pokażę pierwszą część zestawu kosmetyków, które otrzymałam, pozostałe natomiast wymagają wydłużonego czasu testowania, żeby móc wyrazić o nich rzetelną opinię, więc jeszcze się wstrzymam;). Na pierwszy ogień idą zatem: mocno kryjąca szminka oraz paletka do modelowania/konturowania twarzy Sculpt&Glow Contour Duo, w której znajdziemy rozświetlacz i puder brązujący.

Producent o swoich kosmetykach:
Kosmetyki mineralne Lily Lolo zamiast drażniących substancji chemicznych, sztucznych barwników, parabenów, nanocząsteczek i wypełniaczy są w 100% naturalne, pozbawione wszelkiej chemii. Nie zatykają porów, posiadają również właściwości antybakteryjne, które znacząco poprawiają wygląd cery.

Chciałabym zaznaczyć, że każdy produkt, który pokazuję na blogu oceniam pod kątem wymagań skóry po trzydziestym roku życia, a więc poprzeczka jest zawieszona nieco wyżej niż wtedy, gdy rozpoczynałam przygodę z dzieleniem się spostrzeżeniami o kosmetykach kolorowych i pielęgnacyjnych na łamach swojej strony. Zawsze też staram się podpowiedzieć w przypadku formuły, która się u mnie nie sprawdziła, komu ewentualnie mogłaby posłużyć lepiej. Piszę o tym, ponieważ akurat jedna z nich wyjątkowo nie chciała zgrać się z moją cerą i nie sprawdziła się nawet w innej zastępczej roli. Zacznę jednak od tego, z czego jestem bardzo zadowolona.
  

Przechodząc do rzeczy, uwielbiam szminki w żywych kolorach, dlatego odcień Passion Pink od razu przykuł moją uwagę. Jest opisany jako fuksja, a więc długo nie musiałam się zastanawiać;). W rzeczywistości jest nieco inny - to moim zdaniem odważny intensywny róż pogłębiony barwą soku buraczkowego.

W składzie pomadki znajdziemy witaminę E, woski, organiczny olejek jojoba i ekstrakt z rozmarynu. Jeśli chodzi o aplikację, nakłada się ją z łatwością (nie wyczuwam żadnego oporu).  Wykończenie jest kremowe z wyrazistym połyskiem, a za takim właśnie przepadam - do matowego chyba nigdy się nie przekonam;). Pomadka jest bezzapachowa, zapewnia pełne krycie, nie migruje poza kontur ust, nie podkreśla suchych skórek, jest bardzo komfortowa w noszeniu. Nie trzeba się obawiać przesuszania - moim zdaniem jej walory pielęgnacyjne zapewnią odpowiednie nawilżenie i regenerację nawet wymagającym ustom. Ta naturalna szminka cechuje się również dobrą kilkugodzinną trwałością.

Lubię po nią sięgać wówczas, gdy mam w planach wykonać wieczorowy, bardziej efektowny makijaż. Na co dzień ten kolor jest dla mnie zbyt śmiały, dlatego nakładam sztyft w minimalnej ilości, po czym łączę go z bezbarwnym błyszczykiem.

Zestaw do modelowania twarzy mieści w sobie matowy puder brązujący w jasnym karmelowym kolorze w neutralnej tonacji oraz rozświetlacz, który w opakowaniu wygląda na szampański, natomiast dopiero na skórze ukazuje chłodniejszą barwę; nie zapewnia może całkowicie bezdrobinkowej tafli, aczkolwiek jest to efekt, który jak najbardziej można nazwać gustownym;).

Konsystencja obu produktów jest jedwabista, kosmetyki bardzo dobrze się rozcierają, nie pylą się, nie mogę też zarzucić nic ich trwałości. Zawierają w składzie m.in. olejek arganowy i wyciąg z mikołajka nadmorskiego. Czuć, że receptura bazuje na olejkach, ponieważ ta nuta zapachowa dyskretnie daje o sobie znać.

Moim ulubieńcem z tego duetu jest puder brązujący, który świetnie sprawdzi się do subtelnego dziennego konturowania. Uważam, że prezentuje się na skórze pięknie i naturalnie. Nie jestem za to usatysfakcjonowana rozświetlaczem, ponieważ w miejscach, w których zostanie nałożony podkreśli każde załamanie skóry, a po kilku godzinach mocno wyeksponuje siateczkę zmarszczek, która wprawi w niemałe osłupienie:/.  Z tego samego powodu nie nadaje się również jako cień do powiek. Podsumowując, sądzę, że ten zestaw sprawdzi się świetnie u młodych kobiet - dojrzalsze cery potrzebowałaby rozświetlacza, który wykazuje właściwości wygładzające.


Makijaż z użyciem zestawu do modelowania twarzy (puder brązujący znajduje się również na powiekach):

Makijaż z użyciem pomadki w odcieniu Passion Pink:

Dodatkowe informacje o produktach:
  • cena:  paletka do konturowania - 90.90 zł; szminka - 54.90 zł
  • PAO: 12 miesięcy; pomadkę powinnam zużyć do lipca 2019 roku, więc podejrzewam, że jest to okres dwuletni
  • pojemność: 10 g; 4 g

Witajcie! :)

Początek grudnia to doskonały moment, aby wprowadzić na blogu odrobinę świątecznej aury i z pewnością godnie zainicjują ją perfumy korzenne naszej rodzimej niszowe marki perfumeryjnej:).

Wstępnie planowałam umieścić zapachy Piotra Czarneckiego w pewnym przemyślanym zestawieniu tematycznym, natomiast każdy kolejny dzień obcowania z nimi, jak również niezwykle inspirująca historia firmy utwierdziły mnie w przekonaniu, że muszę poświęcić tej sprawie oddzielny wpis:).


Sukces pana Piotra jest potwierdzeniem tego, iż wielka pasja związana z zapachami połączona z marzeniem o kreowaniu wyrafinowanych pachnideł i ,,ubieraniem" ich we flakony własnego projektu, zespolona z wieloletnim doskonaleniem się w komponowaniu perfum musi w końcu przynieść owoce.

Stworzone w domowym zaciszu zapachy Piotra Czarneckiego (na co dzień pracującego jako instruktor tańca) wzbudzały ogromny zachwyt wśród jego współpracowników, podopiecznych, a także przyjaciół i rodziny. To był właśnie ten moment, w którym twórca był już usatysfakcjonowany aromatami, które wychodziły spod jego ręki i zapewne z radością wysłuchiwał wygłaszanych na każdym kroku pochwał:).

Perfumiarz Piotr Czarnecki na poniższej fotografii znajduje się po lewej stronie:

2014 rok okazał się być przełomowym w karierze twórcy, bowiem to właśnie wtedy, zachęcony wsparciem życzliwych mu osób, zdecydował się wziąć udział w międzynarodowy plebiscycie ,,The Art and Olfaction Award For Excellence in Perfumery" dedykowanym dla niezależnych twórców.

Zapach, który nosił wówczas nazwę Sensei zagwarantował Czarneckiemu zaproszenie na galę finałową, na której z najznamienitszej dziesiątki miała zostać wybrana najlepsza kompozycja. Perfumiarz był zobligowany wysłać flakon swojego dzieła, toteż trzeba było szybko zaprojektować butelkę dla aromatu, któremu kształt aktualnie nadawały laboratoryjne naczynia;). Finalny projekt możecie zobaczyć na zdjęciu obok - zamysł był taki, by Sensei występował w wersji 3 w 1, czyli w postaci wody toaletowej, wody perfumowanej i ekstraktu. Pozostało tylko nadanie przesyłki do Stanów Zjednoczonych:). I mimo że nie przypadł mu laur zwycięstwa, owo wyróżnienie otworzyło naszemu twórcy wiele drzwi. Dziś jego zapachy dostępne są w perfumeriach niszowych, dzięki czemu możemy dostarczać sobie wybornej uczty dla zmysłów:). I pomyśleć, że zaczęło się od dziecięcych prób mieszania olejków kupionych w sklepie zielarskim i przeprowadzania różnych zapachowych eksperymentów:).

Chciałabym zaprosić Was teraz do przeczytania o moich wrażeniach na temat dwóch wyrafinowanych perfum tej marki i jednocześnie zachęcić do ich przetestowania:

She Shihan - Kto nie skusiłby się na poznanie zapachu, który w recenzjach funkcjonuje na ogół jako wyobrażenie ciasta śliwkowego z kruszonką?:) W rzeczywistości nie jest on tak jednoznaczny, aczkolwiek skojarzenie z wypiekami jest w jakimś stopniu uzasadnione. Na mojej skórze She Shihan jest przede wszystkim  mocno sensualnym i zawiesistym odzwierciedleniem łagodnego owocowego orientu w najszlachetniejszym wydaniu. Nie da się rozmontować tego zapachu na poszczególne składniki i przedstawić go wedle schematu nut głowy, serca i bazy. Za każdym razem zaskakuje i oczarowuje odsłonami. Wydaje mi się jednak, że najtrafniejszym opisem byłaby wizja śliwek w czekoladzie z rumem połączonych z aromatem ciężkiej gęstej róży na pudrowej chmurze. Czasem rzeczywiście pojawia się skojarzenie z wypiekami, ale żądna uwagi róża nie pozwala na długo przylgnąć do tej myśli;). Zapach jest słodki, choć uważam, że nie zbliża się do tej ryzykownej granicy, za którą już tylko przytłaczająco ulepna zgroza;). Ten zapach jest jednym z moich największych odkryć tego roku♥.

Shihan - skład tych perfum nie zachęcił mnie do zamówienia próbki. Z góry założyłam, że mogłyby być uciążliwe za sprawą przesadzonej ilości piekących przypraw. Zmieniłam zdanie, gdy któryś raz trafiłam na wzmiankę o tym, iż jest w nich wyczuwalne pewne cukiernicze ogniwo, które kojarzy się ze świeżo upieczonym piernikiem - wówczas wszelkie obawy zostały rozwiane;). Tuż po spryskaniu nimi skóry przyszła mi na myśl rozgrzewająca kawa piernikowa, której aromat przeplata się z pylistym kakao, po czym miałam wrażenie jakby ktoś podstawił mi pod nos przyprawę do piernika, czyli aromatyczną mieszankę cynamonu, imbiru, goździków, gałki muszkatołowej i kardamonu. W Shihan role dynamicznie się zmieniają, dlatego już za chwilę na pierwszy plan przenika sugestywna woń korzennej herbaty, czasem grzanego wina z goździkami, cynamonem i suszonymi jabłkami - ten aromat będzie się pojawiał już do samego końca, natomiast zostanie wzbogacony o skórzano-śliwkowe tło okraszone wstawkami świeżego tytoniu. Warto też wspomnieć, że na świeżym powietrzu w chłodne dni pachnie nieco wyniośle, ponieważ na pierwszy plan wysuwają się przyprawy korzenne i wtedy właśnie nabiera półwytrawnego oblicza, w zamkniętych pomieszczeniach pięknie dominują i przeplatają się ze sobą różne gourmandowe akcenty w idealnie wyważonej proporcji. Zapach bardzo zaskoczył mnie tym, że jest taki ,,temperamentny" i wielopłaszczyznowy.

Dodatkowe informacje o perfumach:
  • parametry użytkowe  - trwałość do siedmiu godzin, projekcja dobra
  • przeznaczenie - raczej okazje nieformalne; zarówno na dzień, jak i na wieczór;  szczególnie polecam na okres jesienno-zimowy
  • dostępność - perfumerie niszowe
  • cena - każdy z nich można otrzymać w cenie 380 zł za 100 ml
*zdjęcia flakonów i fotografia, na której znajduje się twórca zostały pobrane ze strony magazynu o perfumach Fragrantica:
https://www.fragrantica.pl/perfumy/Piotr-Czarnecki/She-Shihan-She-Sensei--26832.html
https://www.fragrantica.pl/perfumy/Piotr-Czarnecki/Shihan-Sensei--25964.html
https://www.fragrantica.pl/wiesci/SENSEI-wywiad-z-Piotrem-Czarneckim-866.html
Witajcie! :)

Przepadam za olejkami, dlatego od dawna stanowią one podstawę mojej codziennej pielęgnacji. Dotychczas nie miałam jeszcze tylko okazji przekonać się jak sprawdzają się do mycia ciała, dlatego kiedy od marki Roge Cavailles, która specjalizuje się w produkcji dermokosmetyków otrzymałam pytanie czy zechciałabym napisać na blogu o wybranych przez siebie produktach, od razu wiedziałam, że koniecznie muszę wypróbować olejki przeznaczone do kąpieli i pod prysznic, mimo że reszta asortymentu również wydawała się być interesująca:). Wiem jednak, że wśród Was są zwolenniczki tego konkretnego rodzaju kosmetyków, więc uznałam, że być może będziecie zainteresowane moją opinią na ich temat:).

Kilka słów o producencie:
Rogé Cavaillès to lider wśród francuskich marek aptecznych, oferujących produkty pielęgnacyjne do ciała. Od ponad 90 lat słynie z rozległej specjalistycznej wiedzy, niezawodności oraz z wysokiej jakości gamy do mycia ciała oraz produktów przeznaczonych do pielęgnacji skóry delikatnej i wrażliwej. Kosmetyki tej firmy są hipoalergiczne, zawierają czynniki pielęgnacyjne Surgras.

 Zdecydowałam się przetestować dwie wersje:
  • aksamitną - formuła wzbogacona naturalnym olejkiem ze słodkich migdałów  i olejkiem arganowym intensywnie odżywia skórę, pozostawiając ją miękką, jedwabistą i gładką;
  • orzeźwiającą - za sprawą naturalnego olejku sezamowego i olejku z cedratu kosmetyk delikatnie oczyszcza i intensywnie odżywia skórę.
Jeśli chodzi o zapachy, wywarły na mnie pozytywne wrażenie. Nie akceptuję chemicznym aromatów w kosmetykach i choćby miały wzorowo spisywać się na skórze, nie sięgnęłabym po nie z tego właśnie powodu - liczy się nie tylko działanie, ale również przyjemność podczas stosowania:).

Tutaj mamy do czynienia z dopracowanymi kompozycjami zapachowymi, choć o wiele ciekawszą jest delikatna orientalna woń wersji aksamitnej. Drugi zapach jest intensywniejszy i pachnie niczym werbena cytrusowa:). Pierwszy działa na zmysły relaksująco i kojąco, drugi energetyzująco.
Utrzymują się na skórze przed dłuższy czas.


Kosmetyk nie jest typowym olejkiem - przypomina bardziej mieszaninę olejku i żelu. Konsystencja jest średnio gęsta, rozprowadza się gładko i dość dobrze pieni. Olejki mają nietłustą formułę, a skóra po kąpieli jest nie tylko dobrze oczyszczona, ale również zadbana (nawilżona i odżywiona). Bacznie przyglądałam się czy nie wywołają podrażnienia, ponieważ kilka razy zdarzyło mi się trafić na różnego rodzaju ,,hipoalergiczne" specyfiki, które poczyniły niemałe spustoszenie na mojej skórze, a które wyszły spod szyldu cenionych marek określających się mianem ekologicznych. W tym przypadku nie zauważyłam niczego niepokojącego.

Mam w zwyczaju sprawdzać kosmetyki także pod kątem wielofunkcyjności i nie inaczej było tym razem, dlatego zapewniam, że olejki świetnie sprawdziłyby się nie tylko do mycia całego ciała, ale również do mycia włosów i to odkrycie sprawiło, że na wszelkie wyjazdy nie zabieram już arsenału kosmetyków:).

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z działania obu olejków, aczkolwiek ponownie planuję sięgnąć po aksamitną wersję o orientalnym zapachu, ponieważ jej aromat w sposób szczególny wpisał się w moje preferencje. Polecam te olejki wszystkim, którzy cenią właściwości oczyszczające połączone ze skuteczną pielęgnacją.


Dodatkowe informacje o produktach:
Witajcie! :)

Do tej pory byłam zwolenniczką płynnych podkładów, ponieważ wydawało mi się, że formuły mineralne w formie sypkiej i prasowanej prezentują się na skórze ciężko i sucho, nie są trwałe, a po kilku godzinach  i tak przeistoczą się w nieestetyczne ciastko. Ponadto byłam przekonana, że nie posiadają właściwości wygładzających, a jest to najistotniejsza cecha, która decyduje o tym, czy kupię kosmetyk ponownie.

Znalazłam sposób na to, żeby mój dotychczasowy podkład w kompakcie wyglądał znośnie i nakładałam go za pomocą uprzednio zwilżonego hydrolatem pędzla, ale pozostał jeden mankament, który i tak zniechęcał mnie do regularnego stosowania - nadal nie byłam usatysfakcjonowana poziomem zniwelowania rozszerzonych porów. 

Kiedy zapoznałam się z dość entuzjastycznymi opiniami o podkładach polskiej marki Pixie Cosmetics, uznałam, że warto je wypróbować. Szczęśliwym trafem udało mi się we wrześniu wygrać na instagramowym profilu marki podkład ze złotem Minerals Love Botancals i dzięki temu mogę się dziś podzielić z Wami opinią na jego temat:). 

Informacja od producenta:
Minerals Love Botanicals łączy ze sobą dwa światy: mineralny i roślinny. Unikalna kombinacja kryjących pigmentów mineralnych oraz wyselekcjonowanych substancji roślinnych (sproszkowanego bambusa oraz mączki owsianej) tworzy na skórze jedwabisty film mineralny, nadaje cerze naturalne, jednolite i nieskazitelne wykończenie. Niedoskonałości znikają, a twarz wygląda świeżo i naturalnie. Pomimo sypkiej konsystencji, zapewnia lekko kremowe odczucie gładkości na skórze, idealnie stapia się z cerą. Luksusowa formuła podkładu zawiera dodatkowo drobiny koloidalnego 24-karatowego złota.

Kolor, na który się zdecydowałam, czyli Creamy Natural jest jasnym kremowym odcieniem utrzymanym w neutralnej tonacji. Na ten moment jest dla mnie trochę za jasny, dlatego ocieplam go odpowiednią ilością pudru brązującego;).   

Aplikowałam go na cztery różne sposoby:
  • tak jak zaleca producent, czyli na gołą skórę;
  • na gołą skórę + wykończenie mgiełką utrwalającą;
  • identycznie jak z poprzednim podkładem mineralnym, czyli za pomocą pędzla zwilżonego hydrolatem;
  • na skórę, w którą zdążyło się wchłonąć lekkie serum na bazie olejków.
Trzecia metoda w ogóle nie ma racji bytu w przypadku tego podkładu, bowiem z pewnością zafundujemy sobie smugi, druga z kolei zapewnia piękny świetlisty efekt (jeśli kojarzycie płynny podkład Teint Couture od Givenchy, to wiecie, o jakim wykończeniu piszę;)), z tymże zrezygnowałam z niej, gdyż zauważyłam, że moja twarz po kilku godzinach zaczyna się nadmiernie świecić. Pierwsza metoda jest świetna, ponieważ podkład wraz z chwilą ukończenia makijażu (czyli po ok. 15 minutach) jest już dobrze zespolony ze skórą, natomiast muszę zaznaczyć, że jeśli będziecie miały miejscowe przesuszenia, zostaną one uwidocznione. Dopiero czwarta metoda została zwieńczona sukcesem, gdyż podkład w pełni ukazał wszystkie swoje walory wówczas, gdy został nałożony na bazę, którą stanowiło lekkie serum zawierające w składzie olejki (podejrzewam, że na kremie nawilżającym będzie identycznie).

Jak nakładać ten podkład?
U mnie najlepiej sprawdza się metoda polegająca na wstępnym stemplowaniu i rozcieraniu kolistymi ruchami owych placków, które sobie zmalowałam;). Rewelacyjnie spisze się tu duży pędzel typu kabuki. 

Zwykle jestem zadowolona już z pierwszej warstwy (ewentualnie dokładam odrobinę na skrzydełka nosa i czoło. Nie uzyskamy efektu maski nawet jeśli nałożymy dwie lub trzy warstwy. Podkład zapewnia krycie od lekkiego+ do średniego. Przy większych niedoskonałościach konieczne będzie użycie korektora. Polubiłam Minerals Love Botanicals, ponieważ w ogóle nie czuć go na skórze, koloryt mojej cery jest idealnie ujednolicony, drobne przebarwienia przykryte, struktura skóry wygładzona, a przede wszystkim nie widać, że znajduje się na niej produkt korygujący jej mankamenty;). Poza tym na pochwałę zasługuje jego doskonała trwałość.

Często się słyszy, że jeśli trafi się na wysokiej jakości mineralny podkład, nie będzie się odczuwało potrzeby powrotu do tradycyjnych formuł. Ja akurat nie chcę ograniczać się tylko do tego obszaru, ponieważ lubię testować kosmetyki z różnych kategorii, ale potwierdzam, że doświadczenie z tym produktem jest bardzo miłym zaskoczeniem i z przyjemnością sięgnę kiedyś po niego w cieplejszym i nieco ciemniejszym odcieniu. Według mnie zasługuje na najwyższą notę w szkolnej skali ocen, czyli szóstkę i nie pozostaje mi nic innego jak tylko serdecznie polecić go Wam do rozważenia podczas najbliższych zakupów kosmetycznych.


Makijaż z podkładem (jedna cienka warstwa) w roli głównej w różnym oświetleniu:


Dodatkowe informacje o produkcie:
  • pojemność - 6,5 g
  • cena - 89 zł + koszt wysyłki (aktualna cena wynosi 57 zł, ponieważ marka wyprzedaje podkłady o tej gramaturze, po czym planuje wprowadzić opakowania w pojemności 10 g)