Najnowsze wpisy

Witajcie!

Kilka dni przed premierą Kwitnącej Wiśni napisałam na moim Instagramie, że w Glam-Shopie nie pojawiło jeszcze takie zestawienie kolorystyczne cieni, które wstrzeliłoby się w mój gust. W moim codziennym makijażu stawiam przede wszystkim na róż, brąz i fiolet, dlatego kiedy moim oczom ukazała się wspomniana wyżej paleta, wiedziałam, że będzie moja:). Jak najkrócej ją opisać? Zero pstrokacizny - wyłącznie barwy, które podkreślają urodę;).

W grudniu pojawi się kolejna partia tych palet, więc przygotowałam ten wpis dla wszystkich, którzy nie zdążyli kupić Kwitnącej Wiśni na początku października (wyprzedała się w ciągu kilku dni) albo jeszcze się zastanawiają, czy spośród kilku upatrzonych już wcześniej palet warto zainwestować akurat w tę, którą zaprojektowała Agnieszka Janoszka.


Paleta zawiera 5 cieni matowych, 3 metaliczne i 2 turbo pigmenty. Ujął mnie projekt opakowania, nazwa palety, pomysłowe nazwy cieni, przemyślany dobór kolorów. W końcu nie widzę tych wszędobylskich odcieni: niebieskiego, czerni i beżu;).

Przejdźmy do opisu poszczególnych cieni:
  • Śnieżny płatek - matowy cień w kolorze kremowym; do rozjaśniania łuku brwiowego i kącików. Nie spotkałam się dotychczas z tak miękką i aksamitną formułą cienia w tym kolorze. Rozciera się pod brwiami niczym płynny korektor. Ideał <3;
  • Rumieniec wiosny - pastelowy brzoskwiniowy kolor o matowym wykończeniu;
  • Kwitnący róż - matowy nasycony róż, któremu niewiele brakuje do fuksji;);
  • Zwinięty pąk - matowy średni chłodny brąz; długo szukałam porządnego kawowego cienia i w końcu znalazłam;);
  • Kora Wiśniowa - matowy wiśniowy brąz; świetny w roli eyelinera i do podkreślania dolnej linii rzęs;
  • Pośród lampionów - turbo pigment podobny do Top Nude i Diamentowego, ale tym razem mieni się na różowo, a nie na seledynowo;);
  • Delikatność natury - metaliczny brzoskwiniowy z różową i złotą poświatą. Cechuje się dość stonowanym błyskiem jak na to wykończenie, ale nie uważam, że jest to wada;
  • Wodne odbicie - turbo pigment w kolorze średniego różu na czerwonej podstawie;
  • Pień w słońcu - metaliczny jasny srebrny brąz z nutą różu. Cechuje się dość stonowanym błyskiem jak na ten rodzaj wykończenia;
  • Niesiony wiatrem - cień na pograniczu wykończenia satynowego i metalicznego. To bardzo odważny fiolet. Nie udźwignęłabym go solo, dlatego podkreślam nim dolną i górną linię rzęs albo rozjaśniam go, nakładając na środek powieki turbo pigment Pośród lampionów;). Tak też zrobiłam na poniższych zdjęciach:). Nakładałam go pacynką, bo ma dość specyficzną zbitą (jakby gumową?) konsystencję, która niekoniecznie może chcieć współpracować z pędzlem. Mimo wszystko na oczach prezentuje się najlepiej spośród wszystkich trzech metalików.
Mocne strony palety: 
  • miałam kilka pojedynczych cieni z Glam-Shopu, ale nie trafiłam na jakość i formułę zbliżoną do tego, co zaproponowała Agnieszka. Rzeczywiście dorównują do poziomu, jaki wyznaczyła marka Make up Geek ❤️❤️❤️;
  • unikatowe, przepiękne odcienie turbo pigmentów, w których nie dostrzegam absolutnie żadnych wad;
  • matowe cienie rozcierają się jak marzenie. Można  budować intensywność koloru, doskonale łączą się ze sobą, jak również z cieniami połyskującymi;
  • kolorystyka została skomponowała z niezwykłym wyczuciem estetycznym.  Intuicyjnie wiem, co z czym połączyć. Mając ją przed oczami aż chce się eksperymentować;
  • moje subiektywne podium wyglądałoby w następujący sposób: 1. miejsce -> Niesiony wiatrem, 2. miejsce -> na równi dwa turbo pigmenty; 3. miejsce -> na równi: Śnieżny płatek, Kwitnący róż, Zwinięty pąk;
  • jakość palety zdecydowanie przewyższa jej cenę.
Słabe strony palety:
  • dwa metaliczne cienie: Pień w słońcu oraz Delikatność natury nie będą korzystnie wyglądać na dojrzałej powiece, ponieważ mają tendencję do podkreślania zmarszczek;
  • wszystkie matowe cienie i dwa o wykończeniu metalicznym (Pień w słońcu, Delikatność natury), mimo rewelacyjnej jakości, pylą się. Mi to nie przeszkadza, ale wiem, że na ogół zalicza się tę właściwość do wad, więc powyższa informacja znalazła się w tej sekcji;). 
Odpowiadając na pytanie zawarte w tytule wpisu, uważam, że warto kupić tę paletę. Moja ocena będzie zatem wysoka ->5+/6:).

Pozostałe informacje o produkcie:
  • cena: 119 zł + koszt wysyłki
  • gramatura: 18 g
  • PAO: 12 miesięcy
  • miejsce produkcji: Polska
Witajcie!

Dzisiaj napiszę o podkładzie, sypkim pudrze rozświetlającym i płynnym rozświetlaczu marki Max Factor. Niestety nie będzie zachwytów, bo nie ma za bardzo ku temu powodów. Oczekiwałam rozświetlenia subtelnego, mogło być nawet intensywne, ale w eleganckim wydaniu, czyli bez brokatu. W tych kosmetykach nagromadzono go w ponadstandardowym stężeniu i do tego jeszcze zaproponowano nam go we wszystkich kolorach tęczy;). Oferta drogeryjna może się poszczycić dobrą jakością produktów rozświetlających, dlatego tym bardziej jestem zaskoczona, że pomysłodawcy tych formulacji nie nadążają za aktualnymi trendami i  preferencjami konsumentów.
Przejdźmy do opisu poszczególnych kosmetyków:
  • podkład Radiant Lift - producent informuje, że podkład zapewnia unikalne świetliste wykończenie, z czym nie mogę się zgodzić. Uważam, że drobinki w złotym kolorze, którym naprawdę niewiele brakuje, żeby nazwać je brokatem, dosypane do długotrwałego podkładu o wykończeniu satynowym to jeszcze za mało, żeby określać go mianem rozświetlającego/świetlistego. Chyba że chodziło o to, że już po godzinie cera nadmiernie wydziela sebum i wygląda nieestetycznie. Podkład ,,oddziela się" od skóry, uwydatnia rozszerzone pory i jest widoczny m.in. za sprawą wytrącającej się substancji przypominającej mąkę, o czym wspomniała również na stronie Max Factor recenzentka o imieniu Ewelina -> https://www.maxfactor.com/pl-pl/face/foundation/radiant-lift-foundation#reviews. Podkład kryje na poziomie średnim w kierunku pełnego. Powracając do drobinek, widać je w słoneczny dzień, jak również w sztucznym świetle. Na twarzy wygląda to w ten sposób, jakbym celowo zmieszała go ze złotym pigmentem do powiek, dlatego też uważam, że wykończenie jest tandetne. Dla porównania, w podkładzie True Match od L'Oreal jest zatopiony złoty opalizujący pył, który na twarzy jest widoczny wyłącznie w pełnym słońcu i to w bardzo subtelny sposób. Dawny Teint Miracle Lancome miał w składzie pigmenty perłowe, które nadawały skórze niesamowity efekt rozświetlenia bez ani j e d n e j widocznej drobinki. Moja ocena -> 1/6.
  • puder rozświetlający Miracle Veil - puder, który docelowo nakładamy na całą twarz, ewentualnie w strefie T naprawdę musi być nafaszerowany: czerwonymi, seledynowymi i różowymi drobinkami w tak obfitej ilości? Tyle o samym produkcie, bo jakby nastąpiła dyskwalifikacja już na starcie;). Nie odważyłam się wyjść w makijażu utrwalonym tym pudrem. W warunkach domowych też długo nie wytrzymał;). Można go wykorzystać do rozświetlania ciała lub jako cień do powiek i tylko dlatego podwyższyłam mu ocenę -> 2+/6.
  • rozświetlacz w płynie Miracle Glow - ma przyjemny ogórkowo-cytrusowy zapach. Jest to gęsty metaliczny rozświetlacz z multikolorowymi drobinkami, których na szczęście nie widać na skórze - dostrzegłam tylko te złote, ale ich nagromadzenie na skórze jest raczej do zaakceptowania. Nakładałam go swoim ulubionym pędzlem  do rozświetlacza, czyli modelem 960S marki Bdellium Tools (profesjonalna linia Studio). Kosmetyk nie podkreśla nadmiernie drobnych zmarszczek. Niestety nie nadaje się do rozświetlania twarzy metodą strobingu, ponieważ mocno uwydatnicie sobie rozszerzone pory. Uwaga! Po zużyciu połowy produktu pojawiły się problemy z aplikacją i właściwościami. Przy rozprowadzaniu rozświetlacz rolował się i tworzył grudki. Finalnie skóra wyglądała tak, jakby była pokryta strupami.  Muszę jeszcze wspomnieć o tym, że od samego początku odczuwałam szczypanie skóry tuż po nałożeniu kosmetyku. Mimo wszystko genialnie za to spisuje się latem do nabłyszczania ciała po uprzednim zmieszaniu z balsamem i do tego celu jak najbardziej mogę go polecić. Mając porównanie do trzech innych płynnych rozświetlaczy oceniam go w następujący sposób -> 2+/6.

Pozostałe informacje o produktach:
  • cena: podkład - od 38 zł do 67 zł;  puder - od 46 zł do 73 zł; rozświetlacz - od 35 zł do 59 zł (do tych najniższych cen, które oferują drogerie internetowe doliczyłam koszt wysyłki);
  • pojemność/gramatura: podkład - 30 ml; puder - 4 g; rozświetlacz - 15 ml;
  • PAO: podkład - 24 miesiące; puder - 12 miesięcy; rozświetlacz - 24 miesiące;
  • dostępność: drogerie internetowe i stacjonarne;
  • miejsce produkcji: podkład - UK, puder - Polska; rozświetlacz - Monako.
Witajcie! :)

Mój upatrzony od dawna zestaw miniaturek bestsellerów Annabelle Minerals za każdym razem wyprzedaje się błyskawicznie i nigdy nie mogę zdążyć z zakupem, więc postanowiłam poszukać czegoś podobnego w ofercie innej mineralnej marki. Tak właśnie trafiłam na Ikor i jej zestaw testowy Pure Colors, który można skomponować według własnego uznania.

Niestety na stronie sklepu brak dokładnych opisów kolorów i wykończeń, dlatego wybierałam poszczególne produkty na podstawie załączonych przez markę zdjęć.



Zdecydowałam się na 3 pigmenty do powiek (47 zł za pełnowymiarowe opakowanie), 2 rozświetlacze (90 zł za pełnowymiarowe opakowanie) i 4 róże do policzków (85 zł za pełnowymiarowe opakowanie). Na moją ocenę danego kosmetyku składają się: oryginalność koloru, zgodność koloru ze zdjęciem na stronie, trwałość, osypywanie, jak również stosunek jakości do ceny produktu:
  • pigment #15 Pink Silver - intensywnie połyskująca srebrzysta biel. Minimalnie osypuje się w trakcie nakładania, trwałość bez zarzutu. Najlepszy produkt z całego zestawu <3. Moja ocena -> 4+/6.
  • pigment #32 Sunburn Bronze - jasny brzoskwiniowy brąz z drobinkami o wykończeniu metalicznym.  Minimalnie osypuje się w trakcie nakładania, trwałość bez zarzutu. Moja ocena -> 4/6.
  • pigment #46 Oyster Pink - w słoiczku pyłek ma przepiękny kolor cukierkowego różu, a na powiekach widzę tylko delikatnie błyszczący jasny perłowy kolor. Nie widzę w nim nic szczególnego. Moja ocena -> 2/6.
  • rozświetlacz #H41 - żółte złoto. Bardzo dobrze się rozciera, można uzyskać efekt  tafli połączonej z drobinkami. Na początku wygląda na skórze gładko, po jakimś czasie uwydatnia zmarszczki. Moja ocena -> 2/6.
  • rozświetlacz #H47 - jasne złoto; bardzo dobrze się rozciera, można uzyskać efekt  tafli połączonej z drobinkami; na początku wygląda gładko, po jakimś czasie uwydatnia załamania skóry. Moja ocena -> 2/6.
  • róż #1 Pretty n'Pink  - bardzo jasny zmrożony róż o wykończeniu perłowym z milionem drobinek. Żeby  uzyskać na policzkach różowy kolor trzeba nałożyć bardzo dużo produktu. Uzyskany efekt? Rozszerzone pory widoczne z daleka, policzki wyglądają tak, jakbym obsypała się brokatem. Bardzo trudno się go rozciera, na skórze tworzą się plamy. Moja ocena -> 1/6.
  • róż #2 Pink Mist - jasny pudrowy róż o perłowym wykończeniu i oczywiście z ogromem drobinek. Wady identyczne, jak wyżej. Moja ocena -> 1/6.
  • róż #24 Star Light - intensywny róż z nutą fioletu o wykończeniu perłowym/metalicznym z drobinkami. Cudowny jako cień do powiek, w swojej roli natomiast  katastrofa. Moja ocena -> 2/6.
  • róż #25 Flame - czerwony róż o wykończeniu satynowym z drobinkami. Trudno się go rozciera, a zaznaczam, że do takich problematycznych kosmetyków mam odpowiednie pędzle. Mimo wszystko problem i tak zaistniał;). Moja ocena -> 2/6.
Podsumowując, Ikor ma całkiem dobre pigmenty do powiek, aczkolwiek za tę cenę wolałabym  dwa pigmenty w niespotykanych i wielowymiarowych kolorach z innych firm. Nie polecam natomiast rozświetlaczy i o zgrozo nafaszerowanych drobinkami perłowo-metalicznych różów, które w pełnym słońcu wyglądają na skórze tak, jakbym nałożyła na nie błyszczący pigment do powiek...:/.

Poniżej zamieszczam zdjęcia makijaży wybranymi kosmetykami Ikor. Są tu 2 ulubione pigmenty (zdjęcie pierwsze -> #15 Pink Silver, zdjęcie drugie -> #32 Sunburn Bronze) oraz dwa nieudane róże ( zdjęcie pierwsze -> #1 Pretty n'Pink, zdjęcie drugie -> #25 Flame):


Pozostałe informacje o pudełku:
  • cena - 40 zł (wliczyłam koszt wysyłki)
  • dostępność - na stronie marki Ikor
Witajcie! :)

Dzisiaj przygotowałam dla Was zestawienie sześciu zapachów, które z powodzeniem można nosić również jesienią. Jeśli zatem myślicie o powiększeniu kolekcji perfum, być może zainspiruję Was tym wpisem do testów, które zaowocują nowym flakonikiem;). Jak zwykle będę pisać również o perfumach, które nie wpisały się w mój gust, ale jako że uznałam, że są warte uwagi, zdecydowałam się trochę o nich opowiedzieć:).

Perfumy marek WidianJovoi Paris to gorące nowości minionego lata, natomiast  propozycje Casamorati, Shay&Blue London i L'Artisan Parfumeur są z nami już na rynku od kilku lat. 


Przejdźmy do opisu poszczególnych kompozycji:
  • Widian, New York - kategoria orientalno-drzewna; skład perfum jest bardzo złożony, ale nie będę go przepisywać ze strony producenta, ponieważ na mojej skórze ujawnia się coś zupełnie innego;). Czuję malinową watę cukrową doprawioną dymem i nutami drzewnymi. Jeśli cenicie perfumy La Vie Est Belle czy Valentino Donna i chciałybyście poznać aromat w podobnym stylu, który cechuje się ognistym temperamentem, pamiętajcie, by przetestować New York;) [parametry: projekcja duża, trwałość wielogodzinna; przeznaczenie: zapach na co dzień, okazje nieformalne; raczej dla kobiet].
  • Jovoy Paris, Touche Finale kategoria kwiatowa; czysty białokwiatowy zapach z dodatkiem słodkiego migdałowego pudru. Podobny do Pure eVe The Different Company, ale w tym jest zdecydowanie więcej pudru. Dla  mnie w standardowej ilości jest migrenogenny, więc, żeby móc go dla Was przetestować, musiałam ograniczyć aplikację do jednokrotnego psiknięcia. Znajdziemy w jego składzie m.in.: mimozę, drewno sandałowe, heliotrop, liść fiołka, białe piżmo, jaśmin. Dla miłośniczek tej kategorii perfum, Touche Finale będzie idealnym zapachem do tzw. białej koszuli [parametry: projekcja przeciętna, trwałość powyżej 6 godzin; przeznaczenie: zapach na co dzień, okazje formalne i nieformalne; raczej dla kobiet]
  • Casamorati, Dolce Amalfi  - kategoria orientalna; przepiękny  goździkowo-balsamiczny zapach, którego tłem jest herbata z plasterkiem pigwy osłodzona domowej roboty syropem waniliowym.  W całej kompozycji znaczącą rolę odgrywa kadzidło, choć jest ono dosyć przystępne. Co ciekawe, mimo solidnej porcji przypraw, odbieram Dolce Amalfi jako zapach wilgotny. Wspaniale będzie emanował ze skóry w mroźne dni <3 [parametry: projekcja duża, trwałość wielogodzinna; przeznaczenie: zapach zarówno na dzień, jak i na wieczór, okazje nieformalne; dla kobiet i mężczyzn].
  • Shay &Blue London, Dandelion Fig - kategoria aromatyczno-zielona; teraz czuję w nim głównie trawę cytrynową połączoną z uwielbianym przeze mnie jałowcem (PS. gdybym miała kiedyś stworzyć własne perfumy, ten składnik znalazłby się w nich na 100%;)). Pamiętam, że w upalne dni kompozycja uwalniała jeszcze cierpkie nuty, które pachniały jak bergamotka i skórka cytryny. Ta konfiguracja  ściśle wiązała Dandelion Fig z najpiękniejszym zapachem z serii Acqua Allegoria Guerlain, czyli Mandarine&Basilic). To jest ta sama cytrusowo-zielona świeżość w eleganckim wydaniu [parametry: projekcja przeciętna, trwałość ok. 4-6 godzin; przeznaczenie: zapach na co dzień, okazje nieformalne; dla kobiet i mężczyzn].
  • L'Artisan Parfumeur, Natura Fabularis 9 Arcana Rosa - kategoria drzewna; w otwarciu bardzo kojarzy mi się z dynamicznym Salim Bagh 1619 Tabacora Parfums. Na tym etapie nie umiałabym odróżnić obu kompozycji. Wraz z rozwojem zapachu na skórze pojawiają się różnice: Arcana Rosa brzmi blisko skóry, róża jest tu trochę słodsza, ale wraz z każdą upływająca minutą niknie, ustępując miejsca wyłącznie drzewnym i ziemistym nutom: mech dębowy (?) i wetyweria. Jestem zdziwiona, że w nazwie perfum jest róża, bo nie o niej jest ta historia;) [parametry: projekcja słaba, trwałość słaba - ok. 2-3 godzin; przeznaczenie: zapach na co dzień, okazje nieformalne; dla kobiet i mężczyzn].
  • L'Artisan  Parfumeur, Natura Fabularis 32 Venenum - kategoria orientalno-waniliowa; czy to jest zapach śniadania? :) Zajrzałam do składu, po czym totalnie nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać, ponieważ jest tu m.in.: chleb, ryż, herbata Masala Chai (indyjska tradycyjna herbata z mlekiem i przyprawami: cynamonem, gałką muszkatołową, pieprzem, goździkami, imbirem, kardamonem) oraz drewno sandałowe. Zapach jest ekscytujący ze względu na to, jak współistnieją w nim akordy słodkie, kremowe z pikantnymi zahaczającymi o kolońskie brzmienie. Oczekiwałabym, żeby prym przejęły te pierwsze, ale same dobrze wiecie jak pachnie w restauracjach indyjskich i jak smakuje większość tych potraw i napojów - przyprawy górują i absolutnie nie pozwolą się stłamsić;) [parametry: projekcja przeciętna, trwałość ok.4-6 godzin; przeznaczenie: zapach na co dzień, okazje nieformalne; dla kobiet i mężczyzn].
Podsumowując, najbardziej spodobały mi się zapachy: New York, Dolce Amalfi oraz Dandelion Fig. Czy byłabym skłonna kupić któryś z nich w pełnowymiarowym flakonie? Chyba najbardziej kusi mnie Dandelion Fig - takich orzeźwiających zapachów nigdy za wiele:).

Pozostałe informacje o perfumach:
  • cena:  
New York - 975 zł za 50 ml;
Touche Finale - 555 zł za 100 ml;
Dolce Amalfi - 375 zł za 30 ml i 1095 zł za 100 ml;
Dandelion Fig £55 za 100 ml, £30 za 30 ml,
Arcana Rosa - £155 za 75 ml
Venenum - £155 za 75 ml

  • dostępność: 
w perfumerii Quality Missala - New York, Touche Finale, Dolce Amalfi,
na stronie Shay&Blue - Dandelion Fig,
na stronie L'Artisan Parfumeur - Arcana Rosa, Venenum


*źródło zdjęć:
- flakonTouche Finale -> http://blog.missala.pl/recenzje/jovoy-touche-finale-ostateczne-pociagniecie-pedzla/
- pozostałe flakony ze strony Fragrantica.pl
Witajcie! :)

Na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy miałam styczność z cieniami, które wyglądały o wiele lepiej na oczach niż w paletach czy wypraskach, co było miłym zaskoczeniem. Cienie w palecie 03 Rose Nudes od Max Factor robią duże wrażenie w opakowaniu, zwłaszcza że oświetlenie w drogerii mocno uwydatnia, że część z nich pięknie się błyszczy i jest nafaszerowana drobinkami. W istocie te efektowne kolory na powiekach wychodzą albo szaroburo albo nieestetycznie albo ledwie je widać. Mimo kilku zalet, których się dopatrzyłam, nie mogę niestety polecić Wam tej palety.  I jeszcze jedno, nazwa w ogóle nie odzwierciedla zawartości - dla mnie to typowe barwy z gamy mauve. Dominuje tu chłodna kolorystyka, tylko jeden cień jest w ciepłej tonacji i rzeczywiście widać w nim trochę różu.

Sprawdźmy jeszcze, jak producent zaprezentował paletę potencjalnym nabywcom:
Paleta cieni Masterpiece Nude to zestaw 8 cieni nude od cielistych po intensywne kolory. W jej skład wchodzą zarówno matowe, jak i świetliste cienie. Dzięki temu możesz wybrać jedną z wielu kombinacji i dostosować makijaż oczu do okazji lub swojego samopoczucia. Wypiekana formuła cieni gwarantuje więcej pigmentu i bogatszy, bardziej trwały kolor. Aplikator z dwiema końcówkami: szerszą i cieńszą, pozwala na precyzyjne nakładanie i blendowanie cieni. [opis za: https://www.maxfactor.com/pl-pl/eyes/eyeshadow/masterpiece-nude-palette]


Zacznijmy od zalet:
  • niekwestionowanym hitem tej palety jest czwarty z kolei cień, czyli połyskujący szampański róż na beżowej podstawie z multikolorowymi drobinkami. Jego konsystencja jest bardzo miękka, ma zupełnie inną formułę niż pozostałe cienie z palety - przypomina mi prasowany pigment. Jest bardzo dobrze napigmentowany, przez cały dzień wygląda na powiekach tak samo, tzn. nie roluje i nie blednie. Jestem z niego tak bardzo zadowolona, że oddam tę paletę w lepsze ręce, kiedy zużyję go do końca;).
  • na drugim miejscu znalazłyby się cienie na granicy przeciętny/dobry, ale jako że z chęcią po nie sięgam, nie będę na siłę doszukiwać się wad. Mam na myśli: biały perłowy, czyli drugi z kolei oraz elegancki brąz na fioletowej i szarej podstawie z drobinkami, czyli szósty z kolei. Pierwszy można wykorzystać do rozświetlania kącików, na całą powiekę, do rozświetlania szczytów policzków. Jest delikatnie napigmentowany i, jak widać na zdjęciu, jest dość transparentny;
  • wszystkie błyszczące cienie bardzo dobrze się rozcierają i łączą ze sobą.
Wady palety:
  • matowe cienie nie nadają się do użytkowania: pylą się i osypują, do tego wszystkiego nierówno się rozkładają i tworzą na powiekach ciemniejsze i jaśniejsze kropki, które przykryje dopiero trzecia warstwa cienia. Dodatkowo dają efekt płaskiego suchego matu. Mowa tu o lawendowym, czyli trzecim  z kolei i wrzosowym, czyli piątym z kolei;
  • metaliczne cienie na oczach gubią swój połysk, którym kusiły w palecie;
  • pierwszy satynowy biały cień  prawie w ogóle nie pokrywa powieki. Jeśli lubicie stosować takie cienie pod łuk brwiowy, to według mnie tylko w ten sposób będzie można go wykorzystać;
  • ostatni metaliczny cień w palecie miał być burgundem naszpikowanym wielokolorowymi drobinkami, a powiekach wypadł jako matowa grafitowa czerń bez drobinek ;D;
  • przedostatni cień znowu jakiś taki szary, czego nie dało się wcześniej przewidzieć;);
  • paletka nie ma wbudowanych pojedynczych wyprasek, które mogłabym wyjąć i przełożyć do magnetycznej palety - to, co widzicie na zdjęciach, to tylko podziałki w jednej wspólnej dla wszystkich cieni wyprasce;
  • przyglądając się kolorom w palecie, uznałam, że na pewno zrobię użytek z aż z siedmiu z nich. W rzeczywistości sięgam tylko po trzy, a więc ode mnie w sześciostopniowej skali ocen dwójka:/.
Oczywiście cena podana w tytule wpisu jest ceną regularną. W sieci można ją zamówić już za około 42 zł + koszt wysyłki. Hmm,  nawet za tę kwotę nie polecam...

PS. Wszystkie testowane przeze mnie cienie były nakładane na bazę.


Moje trzy ulubione cienie z palety Rose Nudes:


Pozostałe informacje o produkcie: 
  • cena: w drogeriach stacjonarnych 90 zł, w drogeriach internetowych od 40 do 60 zł
  • gramatura: 6.5 g
  • PAO: 6 miesięcy
  • miejsce produkcji: Kanada
Witajcie! :)

Dzisiaj chciałabym zaprezentować Wam bardzo komfortowy zapach na okres jesienno-zimowy o jakże sugestywnej nazwie - Cardamom Coffee;). Nazwa mówi o nim wiele, ale nie odsłania wszystkich kart;). O wszelkich niuansach opowiem Wam w dalszej  części recenzji.

Pewna przemiła osoba (Asiu :***) postanowiła  mi go podarować i tym samym poszerzyła krąg moich ulubionych perfum o ten kawowy aromat ❤️.

Niestety marka Lush nie jest dostępna w Polsce, więc pozostaje jedynie dokonanie zamówienia ze strony producenta.


Co mnie zaskoczyło? 

Słyszałam kilka lat temu o perfumach Lush, ale nie sądziłam, że są one tak dobre! :) Cardamom Coffee jest piękny w swej prostocie, a radość z użytkowania nie do opisania;). Poszczególne nuty nie są przekłamane, co oznacza, że chociażby dominująca nuta, czyli kawa jest zobrazowana w taki sposób, że mamy wrażenie jakby stała przed nami w ulubionym kubku;). Wspomnę również o imponujących parametrach użytkowych. Teraz, kiedy wiem, czego mogę się mniej więcej spodziewać po tych zapachach, zamówiłabym w ciemno Vanillary oraz I'm home;).

Prawdziwa gratka dla miłośniczek gourmand

Sklasyfikowane jako orientalno-przyprawowe. Na mnie pachną tak, jakby były oczywistym przedstawicielem kategorii gourmand, ponieważ od samego początku czułam w nich roztapiającą się mleczną czekoladę i zastanawiałam się, dlaczego polska i zagraniczna Fragrantica nie wyszczególnia tej nuty w piramidzie zapachowej. Etykieta flakonu i opis na stronie firmy jasno wskazują na obecność -> Colombian Cocoa Absolute;). Skoro jesteśmy już przy kakao, jest ono w tej kompozycji czasami pyliste i wtedy daje więcej przestrzeni kawie, a czasami staje się gęstą słodką czekoladą, co skutkuje tym, że pozostałe ogniwa nie mają za wiele do powiedzenia;).

Nie miałam żadnych problemów z wyobrażeniem sobie obrazów, które mogłyby najlepiej oddać nastrój tego aromatu. Jest chłodny poranek na przełomie jesieni i zimy. Dopiero zaczyna się rozwidniać. Włączam dowolną playlistę  muzyczną z gatunku smooth jazz. Przygotowuję sobie śniadanie inne niż zwykle. Tak, chcę zacząć ten dzień niezdrowo - będzie pyszne ciasto marchewkowe z polewą z mlecznej czekolady, które dzień wcześniej upiekłam z dodatkiem ulubionych przypraw korzennych.  Do tego duża rozpuszczalna kawa z czterema łyżeczkami brązowego cukru i  najbliższe pół godziny mam zarezerwowane tylko dla siebie;). Wieczorem również pozwolę sobie na kaloryczną przyjemność ;) - czekoladowe fondue z dodatkiem przyprawy do piernika.

W otwarciu i sercu zapach brzmi mocno, potem się wycisza i wysładza. Świetnie będzie wpisywał się w okres przedświąteczny i świąteczny, ale również uprzyjemni chłodniejsze jesienne dni. Moim zdaniem Cardamom Coffee jest słodki, aczkolwiek mam wrażenie, że za sprawą nut drzewnych dobrze odnajdą się w nim także mężczyźni. 
Skład perfum:
kawa, kardamon, róża, drzewo oliwne, kakao, agar

,,Tu jest agar! To chyba nie dla mnie"

Właśnie przeanalizowałyście powyższy skład perfum. Wasz wzrok zatrzymał się nieco dłużej na słowie a g a r. Było już tak pięknie. Już prawie wkleiłyście ten flakon na swój profil na stronie fragrantica.pl  do sekcji ,,chcę mieć", a teraz zadajecie pytanie: ,,Po co dodano tu ten przerażający agar? To chyba jednak nie są perfumy dla mnie".

Oczywiście nie zagwarantuję, że na Waszych skórach on się nie ujawni. U mnie najmocniej brzmi trio złożone z: kawy, kakao, kardamonu, natomiast nie czuję tu pozostałych trzech nut. Owszem da się wychwycić pewną drzewną suchość, ale nie zgadłabym, że stoi za tym właśnie agar, zatem może warto zaryzykować?:)

Pozostałe informacje o perfumach: 
  • cena: 30 ml - £39, 100 ml - £79;
  • przeznaczenie: zarówno dzienny, jak i wieczorowy, na okazje nieoficjalne
  • parametry: projekcja - duża, trwałość - wielogodzinna
Witajcie! :)

Dziś chciałabym Wam zarekomendować dwa absolutne hity od Max Factor. Marka ma w swojej ofercie znakomite maskary i zamawiam wszystkie po kolei bez obawy, że trafię na bubel. Maskara False Lash Effect zaskoczyła mnie pod wieloma względami, co  zaowocowało tym, że aktualnie znajduje się w moim subiektywnym rankingu tuszów na pierwszym miejscu. Ze szminkami jest już różnie. U mnie nie sprawdziła się np. seria Colour Elixir (wyczuwalne, przesuszające, nietrwałe, wywołujące lekkie pieczenie ust). Sceptycznie zatem podeszłam do zastygającej pomadki w płynie Lipfinity Lip Colour. Teraz mogę stwierdzić, że najprawdopodobniej nie będzie miała konkurencji, jeśli oczekujemy trwałości nie do zdarcia na większe wyjścia.


Przejdźmy  zatem do szczegółowego opisu:
  • długotrwała płynna pomadka Lipfinity Lip Colour - otrzymujemy ją w zestawie z bezbarwnym balsamem w sztyfcie, który należy nałożyć na usta tuż po zastygnięciu pomadki i ponawiać aplikację za każdym razem, gdy się zetrze. Nie czuć dzięki temu dyskomfortu związanego z noszeniem tak ciężkiej dla ust formuły, która przywiera do nich niczym farba. Mój kolor nosi nazwę 020 Angelic - to niezwykle elegancki zgaszony róż z białym perłowym połyskiem (bardzo dobrze udało mi się go oddać na poniższym zdjęciu). Na jasnych cerach bardziej będzie przebijał brąz. Nie jest to pomadka na co dzień, ponieważ usta wymagałyby wieczorem zastosowania intensywnej kuracji nawilżająco-odżywczej, natomiast Lipfinity będzie niezastąpiona na różnego rodzaju uroczystościach, podczas których chciałybyśmy, by nasz makijaż był nienaganny przez wiele godzin. Obawiałam się tego, że będzie nierówno wykruszać się od wewnątrz ust, ale u mnie nic takiego nie miało miejsca - ściera się równomierne, pozostawiając na ustach po ok. 4-5 godzinach cienką warstwę koloru niczym tint. Nie widzę w niej żadnych wad.
  • maskara False Lash Effect - Spośród wszystkich maskar Max Factor, których używałam, ta jest według mnie najlepsza. Ma cechy tuszu idealnego: wydłuża i pogrubia rzęsy w sposób spektakularny, nie osypuje się i nie rozmazuje. Można dokładać kolejne warstwy na mokre rzęsy, ale również wtedy, gdy tusz zdążył już na nich wyschnąć i nie obawiać się, że pojawią się grudki. Silikonowa szczoteczka przypominająca nieco maczugę;) ma wbudowany grzebyk, który równomiernie rozdziela rzęsy i mocno je unosi. Można stopniować efekt pogrubienia i wydłużenia od takiego, który nazwałabym ponadprzeciętnym do wręcz teatralnego. Jedyna wada jest taka, że ta konkretna formuła najlepiej wygląda na rzęsach na samym początku użytkowania, inne tusze MF dopiero po kilku tygodniach pokazują, na co je tak naprawdę stać;). 
Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • cena: pomadka-  od 30 zł do 60 zł w zależności od miejsca zakupu, maskara - od 23 zł do 57 zł w zależności od miejsca zakupu
  • dostępność: drogerie stacjonarne i internetowe
  • gramatura: pomadka - 2,3 ml +1,9 g; maskara - 13,1 ml
  • PAO: pomadka 36 miesięcy, maskara - 6 miesięcy
  • miejsce produkcji: pomadka - Irlandia, maskara - Niemcy
Witajcie! :)

Elie Saab już zawsze będzie mi się kojarzyć z absolutnie bezkompromisowym migdałowym zapachem L'Eau Couture, który przeszywa zimnem i bezwzględnością. Kocham te perfumy mroźną zimą i jednocześnie czuję do nich wstręt, kiedy zaczyna się robić odrobinę cieplej. Kilka lat temu wzbudziły we mnie tak skrajne emocje, że uznałam, iż lepiej będzie, jeśli będę trzymać się z dala od wszelkich nowości tej marki:).

Kilka miesięcy temu wymieniłyśmy się z Anią (piekneperfumy.pl /Z miłości do perfum...) drobnymi paczkami kosmetycznymi.  Wiedząc, że aktualnie poszukuję ciekawych perfum różanych, Ania wysłała mi Rose Couture w wersji miniaturowej od Elie Saab właśnie;). Czy to ujęcie róży zdołało mnie zaskoczyć? Czy polecam ten zapach? Zaraz się okaże:).


Używałam Rose Couture przez całe wakacje, nie zapoznając się wcześniej z jego szczegółowym składem. Wyczuwałam bardzo wyraźnie różę, mnóstwo różowych kwiatów, paczulę i skondensowaną słodycz, z której trudno mi było wyodrębnić poszczególne nuty. Wiedziałam tylko, że stanowi ona dla kwiatów tło, które pachnie trochę jak wata cukrowa, trochę jak owocowe przetwory, z tymże nie postawiłabym na te najszlachetniejsze, czyli konfiturę bądź dżem, ale na marmoladę.

Mam z tą kompozycją pewne zgrzyty. Przeszkadza mi to, że róża sprawia wrażenie rozwodnionej i jest jednocześnie osłodzona w dość niekorzystny sposób na etapie nut serca - obstawiam, że jest to kiepskiej jakości wanilia. Poza tym wspomniane różowe kwiaty okazały się być piwoniami i wszystko stało się jasne;). Nie odnajduję się w perfumach, w których są one mocno wyczuwalne. Chyba po prostu wszystkie aromaty, które w jednoznaczny sposób nawiązują swoim wydźwiękiem do koloru różowego nie są dla mnie;). Mimo wszystko nie chciałabym oceniać Rose Couture przez filtr swoich preferencji. Jest wielu miłośników piwonii, którzy kolekcjonują perfumy zawierające tę nutę w składzie, więc zachęcam do poznania opisywanej przeze mnie propozycji Elie Saab, zwłaszcza że widzę w niej również mocne strony;).

W pierwszej kolejności warto wspomnieć o dobrze skomponowanej bazie, w której jest bardzo wyrazista, ostra paczula wywołująca tu istny tumult, dzięki czemu ani przez chwilę nie jest nudno. Bardzo mi się podoba ten pomysł, ponieważ już od samego otwarcia aż się prosi o to, by nastąpiło jakieś dosadne przełamanie kwiatowo-cukierkowej duszności. Ponadto karmel i drewno sandałowe, pojawiające się na skórze w dalszej fazie rozwoju perfum ocieplają zapach słodyczą, która nareszcie staje się znośna dla nosa. Kolejnym miłym zaskoczeniem są bardzo dobre parametry użytkowe, o czym szerzej napisałam na samym końcu wpisu.

Podsumowując, Rose Couture jest słodkim zapachem i z pewnością wiele osób stwierdzi, że nazbyt przesłodzonym, ale potrafi też odsłonić zadziorne oblicze. Ja nie planuję zakupu pełnowymiarowego flakonu po zużyciu miniatury ze względów, o których wspomniałam wyżej. Jeśli natomiast lubicie perfumy z kwiatowej kategorii olfaktorycznej, w których dominuje piwonia, zachęcam do zamówienia próbki bądź przetestowania  ich w perfumerii stacjonarnej.
Piramida zapachowa:
nuty głowy: róża, piwonia, kwiat pomarańczy, bergamotka
nuty serca: róża, jaśmin, wanilia, brzoskwinia, liczi
nuty bazy: paczula, drewno sandałowe, karmel


Pozostałe informacje o perfumach:
  • cena: 30 ml - ok. 160 zł, 50 ml - ok. 260 zł, 90 ml - ok. 400 zł
  • parametry: projekcja - większa niż na długość ramion, trwałość - powyżej 6 godzin
  • przeznaczenie: zapach na co dzień
  • dostępność: perfumerie stacjonarne i internetowe
Witajcie!

Jeżeli zastanawiacie się, czy w przedziale cenowym 40-60 zł można kupić podkład, który byłby porównywalny z jakością wysokopółkową, podpowiadam, że w ofercie L'Oreal znajduje się taki ideał i jest nim podkład Infaillible 24h Fresh Wear

Moje poszukiwania trwały bardzo długo. W ciągu roku dokładnie przetestowałam dla Was trzy hity blogosfery: jeden z nich był zbyt ciężki, ściągał skórę i przesuszał (jest już podobno wycofywany, więc nie będę o nim pisać), drugi to nic innego jak brokatowa katastrofa, z kolei w Internecie ciągle czytam, że przepięknie rozświetla... (jemu z kolei wydzielę trochę miejsca na blogu;)) oraz dzisiejszy bohater, który sprostał wszystkim moim wymaganiom.

Zdecydowałam się na kolor 200 Golden Sand, który wybrałam pod kątem wiosenno-letniej opalenizny;). Jest utrzymany w ciepłej tonacji i - co może być dla wielu osób istotną informacją - nie przesadzono tu z żółtym pigmentem, dzięki czemu nie wygląda sztucznie.

Nakładałam go pędzlem i gąbką; miałam okazję używać go w różnych warunkach atmosferycznych; sięgałam po niego, kiedy moja cera była zarówno w lepszym, jak  i gorszym stanie. Mając na uwadze powyższe aspekty, nie mam żadnych wątpliwości, by stwierdzić, że aktualnie jest to mój ulubiony podkład. Nie znam nic lepszego od ani w ofercie drogeryjnej, ani selektywnej. Jeśli to się kiedyś zmieni, na pewno dam Wam znać:).

Co sprawiło, że stał się moim numerem 1?
  • bardzo ładnie wtapia się w skórę,  nie osadza się na niej, jest niewidoczny, nakłada się na skórę cienką warstwą (grubą warstwę tworzyły m.in. podkłady: L'Oreal True Match i Collistar Even Finish Foundation+Primer 24 Perfect Skin);
  • rozprowadza się bezproblemowo (nie zastyga zbyt szybko, nie smuży, nie tworzy plam oraz prześwitów);
  • łatwo rozcierają się na nim inne produkty do makijażu: róż, puder brązujący, rozświetlacz;
  • ma satynowe wykończenie z subtelnym efektem ,,glow", który pojawia się po kilku godzinach. Ten zdrowy blask utrzymuje się na takim samym poziomie intensywności do końca dnia; 
  • im dłużej leży na skórze, tym lepiej wygląda. Zwykle jest na odwrót;);
  • przetestowałam go w wyższych temperaturach i byłam pod ogromnym wrażeniem, gdy zobaczyłam, że nadal wygląda świeżo;
  • zapewnia krycie na poziomie średnim;
  • może nie wygładza optycznie skóry tak jak potrafi to mistrz Givenchy, Teint Couture;), ale i tak jestem zadowolona z efektów;
  • nie oksyduje, aczkolwiek zaznaczę tylko, że niektóre recenzje wskazywały, że ciemnieje podczas zastygania. Ja tego u siebie nie zauważyłam, więc nie będę kupować o wiele jaśniejszego odcienia;);
  • to świetny wybór na co dzień, bo choć jest długotrwały, ma lekką formułę, która nie obciąża skóry i nie przesusza.
Nie widzę żadnych wad tego kosmetyku (z technicznych aspektów - pompka mogłaby działać sprawniej;)), a podsumowaniem tego wpisu niech będzie to, że nie wrócę już do swoich dotychczasowych ulubieńców drogeryjnych i już za chwilę zamówię kolejne sztuki na okres jesienno-zimowy:). W związku z tym, że podkład Infaillible 24h Fresh Wear występuje w dość szerokim wachlarzu kolorystycznym,  nie będzie problemu z wyborem odpowiedniego odcienia. Polecam serdecznie❤️.


Pozostałe informacje o kosmetyku:
  • cena - od ok. 40 zł w sieci (w cenę wliczyłam koszt wysyłki) do 67 zł w drogeriach stacjonarnych
  • dostępność - drogerie internetowe, drogerie stacjonarne
  • pojemność - 30 ml
  • PAO - 12 miesięcy
  • miejsce produkcji - Francja
Witajcie! :)

Jestem sympatykiem polskiej marki Glam, której produkty można kupić sklepie internetowym Glam-Shop, aczkolwiek - jak zdążyłyście pewnie zauważyć - niebezkrytycznym;). Nadal uważam, że większość turbo pigmentów oraz pigmentów sypkich, a także gąbki do makijażu warto poznać, bo ich jakość robi wrażenie, ale jest też jeszcze wiele do poprawienia.

Po sześciu miesiącach użytkowania turbo pigmentów mogę stwierdzić, że z pewnością nie są to produkty do nakładania palcem na gołą powiekę.  Przy takim sposobie prawie zawsze miałam zniekształconą strukturę skóry, co oznacza, że fundowałam sobie błyszczącą skorupę. Żeby uniknąć tego nieestetycznego efektu, polecam zrobić zapas pacynek do cieni;). Ile nerwów oszczędziła mi ta metoda! ;) Konieczna będzie też baza. W przeciwnym razie pigment zroluje się po ok. dwóch godzinach.


Przejdźmy do opisu poszczególnych pigmentów:
  • Błyskotka - miała być biel opalizująca na seledyn, a ja widzę seledynowo-miętowy kolor bez grama bieli... Jakim cudem miałby funkcjonować jako rozświetlacz (bo i taka sugestia często pada w jego kontekście)? Nie mam pojęcia;). Formuła jest na jak najwyższym poziomie. Uzyskujemy jednolitą, roziskrzoną, mocno błyszczącą taflę. Swoją drogą ten pigment ma największe stężenie perłowej masy spośród całej piątki, o której dziś piszę, więc rzeczywiście prezentuje się na oczach w sposób biżuteryjny.  Do odważnych wakacyjnych makijaży będzie jak znalazł. Ja akurat niezbyt dobrze czuję się w tym odcieniu, więc niedługo trafi do nowej właścicielki;). Na zdjęciu z makijażem nie chciał zaprezentować rzeczywistego koloru i wyszedł oczywiście biało...;D
  • Globalny glam - jeden z najpiękniejszych różowych pigmentów, jaki widziałam<3. Szlachetny, dziewczęcy, jasny róż z przewagą różowych drobinek (są też seledynowe i żółte, ale ledwie można je dostrzec). Oglądając zdjęcia w Internecie zawsze ma się wrażenie jakby zawierał domieszkę brązu, ale ja tego na żywo nie widzę. Sprawdzi się również w roli rozświetlacza. A tak na marginesie, kilka dni temu widziałam podobny kolor pigmentu w Inglocie z kolekcji Jennifer Lopez, ale ten z kolei przy Globalnym glamie wypada naprawdę mizernie ze względu na grubo zmielony multikolorowy brokat. W mojej kolekcji ten pigment Hani zostaje już na stałe <3.
  • Diamentowy - miał być chłodny srebrzysty róż, a jest z kolei biel, która ma delikatny seledynowy połysk widoczny w sztucznym świetle. Można go użyć jako rozświetlacza, choć trzeba się liczyć z tym, że podczas rozcierania na szczytach policzków biel się nieco wytraci i będzie jednak widać seledyn nawet w naturalnym świetle;). Formuła absolutnie bezproblemowa.
  • Steryd - złoto-zielony na brązowej bazie z drobinkami, których najwięcej jest w kolorze żółtym i seledynowym (jest też trochę różowych i fioletowych). Kilka razy wykreślałam go z listy, bo co chwilę czytałam na Instagramie, że znowu dla kogoś ten kolor okazał się być porażką;). Uzasadnienie przeważnie brzmiało - ,,zbyt zielony":). Ja lubię, gdy cień bądź pigment jest w ciepłej tonacji brązu i opalizuje m.in. na zieleń, więc rzutem na taśmę ,,kliknęłam" go podczas zakupów i uznałam, że do mojego typu urody jakoś się dopasuje;). Według mnie jest idealnie wyważony. Przede wszystkim widać iskrzące złoto na brązowej bazie z blaskiem żywej zieleni. Szkoda, że w moim makijażu zaprezentowanym poniżej aparat nie oddał dobrze tych trzech kolorów i przede wszystkim natężenia blasku:). Taki unikat musi zostać w moim zbiorze na stałe:).
  • Turbo wata cukrowa - cukierkowy, neonowy róż na brzoskwiniowej bazie z drobinkami różowymi i fioletowymi. Jego konsystencja jest zupełnie inna od pozostałych pigmentów. Tutaj mamy duże płatki zatopione w formule przypominającej wosk. To najtrudniejszy w obsłudze pigment i jako jedyny musi być nakładany palcem miejsce przy miejscu raczej na gołą skórę bądź pokrytą korektorem. Radziłabym jeszcze rozetrzeć te płatki najpierw  na opuszkach palców, bo na powiekach to się nie uda. Żeby uniknąć prześwitów i skorupy, trzeba się bardzo wysilić:/.
Podsumowując, spośród tych pięciu pigmentów znacząco wyróżniają się dwa: Globalny glam i Steryd. Są według mnie na tyle oryginalne, że z chęcią ponowię zakup. Do trzech pozostałych nie będę już wracać, ponieważ Błyskotka nie jest ,,moim" odcieniem, Diamentowy ma wiele odpowiedników wśród innych marek, a Turbo wata cukrowa, choć jest jednym z najgenialniejszych kolorów w ofercie Glam-Shopu, ma beznadziejną formułę.

Ciekawiły mnie jeszcze dwa turbo pigmenty i zdradzę Wam, że są już u mnie od jakiegoś czasu;). Jesienią poświęcę im wpis, przy okazji zamieszczę w nim mój subiektywny ranking unikatowych odcieni, które warto mieć w swoich zbiorach kosmetycznych.

Prezentacja pigmentów użytych makijażu. Kolejność taka sama jak na zdjęciach i tytule wpisu:

Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • cena - 25 zł
  • gramatura - 1,8 g
  • PAO - 12 miesięcy
Witajcie! :)

Zdarza się, że niektóre perfumy jednoznacznie kojarzą mi się z jakimś kolorem. Kompozycja White pure extrait de parfum wykreowana przez holenderską markę Puredistance jest dla mnie odzwierciedleniem odcienia kremowej bieli. Nie znając piramidy zapachowej, przypuszczałam, że tego rodzaju piżmowy zapach, który emanuje eteryczną czystością został najprawdopodobniej utkany m.in. z białych kwiatów, kwiatów bawełny, cedru, białej ambry, limonki albo cytryny -  byłby to chyba najbardziej oczywisty kierunek, tymczasem perfumiarz Antoine Lie wybrał zupełnie inne ogniwa.

Z informacji, które są dostępne na stronie Perfumerii Quality Missala można dowiedzieć się m.in. o tym, jak długo powstawał ten zapach, a także o jakości i pochodzeniu poszczególnych składników:
Stworzenie i dopracowanie kompozycji zajęło perfumiarzowi Antoine Lie cały rok – wykorzystał w tym celu najlepsze i najdroższe składniki z całego świata (Francja, Wenezuela, Włochy, Indonezja, Mysore, Haiti). Efektem jego pracy są wyjątkowe perfumy, które poprawiają samopoczucie przez intensywny, ale też pełen komfortu i piękna zapach. Perfumy mają koncentrację ekstraktu perfum: mieszanka najlepszych składników na świecie wynosi nie mniej niż 38% składu kompozycji.
Fascynują mnie od jakiegoś czasu perfumy, które w przeróżny sposób ukazują aromat czystości, dlatego poznanie kolejnego przedstawiciela tego nurtu wzbudziło we mnie ogromny entuzjazm, zwłaszcza że White jest niesamowicie kobiecy, łagodny i przepełniony wrażliwością.

Dlaczego uznałam, że piżmo ukazane w White Puredistance jest wyjątkowe? Otóż na mojej skórze nie jest jednoznaczne, określiłabym  je wręcz mianem ekspresyjnego - pachnie zarówno słodkim kremem, mlekiem, dobrej jakości mydłem, luksusowymi kosmetykami do pielęgnacji ciała i twarzy, ale również pudrem. Którą postać przybierze, zależy od nut grających w tle, czyli intensywnie świeżej róży majowej (stulistnej), cierpkiej i kwaśnej bergamotki, słodkiego drewna sandałowego oraz drzewnej, ziemistej wetywerii i paczuli, a także kłącza irysa, który odpowiada za efekt pudrowości.


Trafnym wyobrażeniem na temat tych perfum wydaje się być poranny letni rytuał zainicjowany szybkim prysznicem. Następnym etapem byłoby przyrządzenie schłodzonej lemoniady, którą wzięłybyśmy na przechadzkę po niedawno zaprojektowanym przez nas ogrodzie, w którym wydzieliłyśmy dość dużą przestrzeń na zaaranżowanie różanego kącika. Docieramy do ulubionego miejsca wypoczynku - ażurowej altany. Zapach naszej skóry, która pachniałaby jeszcze kremowym żelem pod prysznic mieszałby się z odświeżającym perfumowanym pudrem do ciała naniesionym na dekolt, a także cytrusowym napojem i obezwładniającą kwiatową wonią. Ten niczym niezmącony relaks z pewnością pozwoli o wiele łatwiej wkroczyć w codzienność.

Jeśli cenicie wielowymiarowe perfumy, których nie sposób okiełznać, ponieważ za każdym razem poszczególne nuty tworzą zupełnie nową kombinację zapachową, a jednocześnie odnajdujecie się w kwiatowo-drzewno-piżmowej kategorii olfaktorycznej, serdecznie zachęcam do przetestowania White Puredistance ❤️.


Nuty zapachowe:
róża majowa, absolut bobu tonka, absolut kłącza irysa, drewno sandałowe, bergamotka, piżmo, wetiwer, paczula


Pozostałe informacje o perfumach:
  • cena: 17,5 ml - 770 zł; 60 ml - 1295 zł; 100 ml - 2095 zł
  • parametry: projekcja - na długość ramion, trwałość - około 6 godzin
  • przeznaczenie: zapach na dzień, sprawdzi się zarówno w okolicznościach formalnych, jak i nieformalnych
Witajcie!:)

Wszystkie trzy kosmetyki, które Wam przedstawię są moim zdaniem świetne. Oczywiście jak zwykle trochę ponarzekam na kilka aspektów, związanych z techniczną stroną użytkowania, ale to nie zmienia faktu, że ze swojej roli wywiązały się znakomicie;).


Przejdźmy do opisu każdego z nich:
  • La Roche-Posay, Anthelios barwiący Shaka Fluid SPF 50+ - filtr ma wodnistą konsystencję, błyszczące wykończenie, jest niewidoczny i niewyczuwalny na skórze. Kolor na dłoni wydaje się być ciepłym średnim brązem z pomarańczowymi tonami, ale na szczęście na twarzy już ich nie wychwyciłam;). Przy okazji napiszę, że moim zdaniem ten kolor nadaje się wyłącznie dla średniej i ciemnej karnacji. Właścicielkom bardzo jasnych i jasnych cer proponowałabym poszukać innego produktu, ponieważ mogłyby się przerazić na jego widok;) - to odpowiednik kolorystyczny podkładów Lancome, Teint Idole Ultra Wear na pograniczu 03 Beige Diaphane i 04 Beige Nature. Fluid nadaje skórze tylko kolor, a więc nie zakamufluje nawet drobnych przebarwień czy niedoskonałości. Niestety uwydatnia rozszerzone pory, więc konieczne będzie przypudrowanie twarzy ulubionym pudrem optycznie wygładzającym strukturę skóry. Producent zapewnia, że fluid równomiernie i jednolicie pokrywa cerę, natomiast ja musiałam dopracowywać produkt pędzlem na linii żuchwy i szyi, ponieważ tworzyły się w tej strefie plamy i prześwity. Potwierdzam z kolei jego odporność na wodę i pot. Zapach jest wyrazisty, świeży, całkiem przyjemny, kojarzy mi się z szamponem do włosów;). Na mojej skórze nie zanikał - tracił jedynie na intensywności. Filtr nie podrażnił mojej skóry. Z materiałów informacyjnych o produkcie dowiadujemy się, że filtr zapewnia szerokie spektrum ochrony przed promieniowaniem UVB oraz UVA dzięki technologii XL PROTECT™, opartej na fotostabilnym systemie filtracji wzmocnionym antyoksydantami. Polimery wiążą w formule olej pomiędzy mikrokryształami, tworząc silną, jednolitą barierę ochronną. Woda termalna z La Roche-Posay koi, łagodzi, działa antyoksydacyjnie.  Podsumowując, uważam, że jest to świetny filtr.  Pojawi się jeszcze w mojej kosmetyczce, ale w międzyczasie będę, rzecz jasna, szukać kolejnych, godnych polecenia produktów;). Moja ocena -> 5/6.
  • La Roche-Posay, Serozinc mgiełka łagodząca z pochodną cynku - skierowana dla skóry mieszanej i tłustej z tendencją do niedoskonałości. W składzie znajdziemy wodę termalną, chlorek sodu oraz siarczan cynku. Mgiełka wykazuje właściwości łagodzące, antyoksydacyjne. Łagodzi uczucie podrażnienia i pieczenia skóry, reguluje wydzielanie sebum, matuje, hamuje namnażanie się bakterii. Podoba mi się to, że marka nazwała ten produkt takim, jakim jest faktycznie,  co oznacza, że nie zraszamy twarzy obfitymi kroplami wody tryskającymi z szaloną prędkością (pamiętacie ,,mgiełkę" Lily Lolo, o której kiedyś pisałam?;)), tylko właśnie przyjemną mgiełką, którą atomizer uwalnia dość nieśpiesznie. Nie trzeba ściągać nadmiaru chusteczką, ponieważ w  procesie odparowywania  wody nie wystąpi przesuszenie skóry. Po zaaplikowaniu mgiełki nie odczuwałam ściągnięcia skóry. Można ją zastosować pod makijaż, pod pielęgnację. Producent zaleca używać jej 2 razy dziennie jako tonik. Moja ocena -> 6/6
  • Iwostin, Solecrin SPF 30 spray ochronny dla dzieci pow. 6 miesiąca życia (przeznaczony również dla dorosłych) - filtr ma konsystencję rzadkiego kremu/mleczka, świetnie się rozprowadza, szybko się wchłania, nie pozostawiając tłustej, lepiącej się warstwy, nie plami ubrań, działa nawilżająco i odżywczo, jest wodoodporny. Nie mam porównania do innych tego typu filtrów z dozownikiem w formie pompki, ale zastanawia mnie jaki jest sens zastosowania takiego mechanizmu dla tej konkretnej formuły, skoro  produkt rozpryskuje się dość szerokim strumieniem, owszem, obejmując powierzchnię skóry, ale również wszystko, co znajduje się wokół nas... Wydawało mi się, że używa się tego jak typowy spray, a więc z umiarkowanie bliskiej odległości. Okazuje się, że możemy w ten sposób zmarnować przynajmniej 1/4 produktu. Najlepiej zaaplikować filtr na dłoń z  b a r d z o bliskiej odległości;), po czym rozsmarować na ciele. Zdecydowanie lepszym pomysłem na opakowanie byłaby tubka. Mimo drobnych technicznych niedogodności, na które znalazłam sposób, muszę przyznać, że jestem zachwycona działaniem tego kosmetyku i z pewnością wrócę do niego  w przyszłym sezonie. Moja ocena -> 6/6.

Pozostałe informacje o produktach:
  • cena - Anthelios Shaka Fluid - ok. 65 zł, mgiełka Serozinc - ok. 20 zł, spray Solecrin - ok. 35 zł
  • pojemność - Anthelios Shaka Fluid - 50 ml, mgiełka Serozinc -150 ml, spray Solecrin - 150 ml
  • dostępność - apteki
Witajcie! :)

Lubicie brązowe pomadki i błyszczyki do ust? Ja lubię różowe z domieszką brązu, ale już takie oczywiste brązy niekoniecznie - są według mnie zbyt poważne, poza tym nie czuję się w nich dobrze. Zdarza się, że zrobię dla tego koloru wyjątek latem, czyli wtedy, gdy jestem opalona. Obowiązkowo musi być wtedy zestawiony z seledynowym pigmentem lub ciepłą tonacją cieni i różu (tutaj stawiam na kolor pomarańczowy i brzoskwiniowy;)). Do tego intensywnie błyszczący rozświetlacz i gotowe;).

Za sprawą Ani ❤️ trafiła do mnie pomadka z mojej ulubionej serii od Estee Lauder, czyli Pure Color Envy Sculpting (na blogu pisałam kiedyś o malinowym różu 230 Infamous). Mam ją w kolorze 130 Intense Nude, który opisałabym jako odważny średni brąz zmieszany z burgundem.

Producent obiecuje:
podkreślenie ust głębokim kolorem, który modeluje je wielowymiarowymi pigmentami, a lekka, miękka i aksamitna formuła zapewnia natychmiastowe i długotrwałe nawilżenie za sprawą kompleksu zawierającego kwas hialuronowy.
Sztyft pachnie waniliowo, ale delikatniej niż pomadki Mac. Przy jednej warstwie usta są pokryte nasyconym kolorem bez prześwitów. W ciągu kolejnych godzin znika estetycznie i równomiernie. Wykończenie szminki jest kremowe, lśniące.

Bardzo podoba mi się to, że szczyt sztyftu jest zaprojektowany w taki sposób, by móc precyzyjnie obrysować usta, dlatego też nie ma konieczności sięgania po konturówkę w podobnym odcieniu.

Uważam, że ta seria jest doskonała i gdyby tylko było więcej ciekawszych odcieni nude i różu, na pewno nie sięgnęłabym już do oferty Mac, ponieważ trwałość pomadek Pure Color Envy Sculpting jest niesamowita. Często słyszy się, że kremowa formuła pomadki nie idzie w parze z dobrą trwałością, więc jeśli tylko mam okazję, podaję przykład Estee Lauder:).


Lista wad tej serii pomadek :
  • gama kolorystyczna nie wywołuje dużego entuzjazmu (w moim guście jest zaledwie kilka odcieni).
Lista zalet pomadki:

  • trwałość w granicach 4-6 godzin,
  • nie przesusza moich ust,
  • jest niewyczuwalna na ustach,
  • nie podkreśla suchych skórek (pokazywałam kiedyś na zdjęciu, że potrafi je ukryć),
  • nie migruje poza kontur ust,
  • nie osadza się na zębach,
  • eleganckie, ciężkie opakowanie z zamknięciem na magnes.

Pozostałe informacje o kosmetyku:
  • cena - 159 zł
  • gramatura - 3,5 g
  • dostępność - m.in. Douglas, strona Estee Lauder
  • miejsce produkcji - Kanada
Witajcie! :)

Lubicie stosować gotowe maseczki? Czy może preferujecie wersje sproszkowane, do których można jeszcze dodać dowolny półprodukt: kropelkę ulubionego olejku, hydrolatu lub koncentratu, by choć przez chwilę poczuć się podczas przygotowywania mikstury niczym chemik z prawdziwego zdarzenia?;) Ja korzystam z dobrodziejstwa obu rozwiązań, aczkolwiek najczęściej decyduję się na pierwsze rozwiązanie.

Maseczka łotewskiej marki Madara spisała się u mnie znakomicie, więc postanowiłam poświecić jej cały wpis, mimo że opinię wyrobiłam sobie po zużyciu miniatury o pojemności 12,5 ml. Wpływ na tę decyzję miał fakt, że jest to bardzo wydajny kosmetyk. Nie uwierzycie, ale nakładając maseczkę 3 razy w tygodniu w takiej samej ilości jak krem, wystarczyła mi na ponad 2 miesiące. Już na samym wstępie zatem napiszę, że na pewno kupię pełnowymiarowe opakowanie, jak również wersje miniaturowe.


Informacja od producenta na temat działania kosmetyku:
Głównym składnikiem maseczki jest ekstrakt z północnej peonii, który dostarcza skórze silnego nawilżenia, odżywienia i działa antyoksydacyjnie oraz wygładzająco. Kosmetyk wzbogacono działającymi przeciwzapalnie wyciągami z siemienia lnianego i pokrzywy, a także kwasem hialuronowym, znanym ze swoich znakomitych właściwości nawilżających. Używać 2 razy w tygodniu lub kiedykolwiek skóra jest spragniona, odwodniona i zestresowana. Nakładać na czystą skórę. Pozostawić lub wytrzeć po 15-20 minutach.
Maseczka jest przeznaczona dla każdego rodzaju skóry, która aktualnie zmaga się odwodnieniem. Gdybym używała jej, nie znając pełnej nazwy, uznałabym, że jest  przede wszystkim silnie nawilżająca i odżywcza - rozświetlenia cery nie dostrzegłam. 

Konsystencja jest kremowa, średnio gęsta. Maseczka ma kolor łososiowy, czyli taki jak tubka i opakowanie zewnętrzne. Zapach jest bardzo przyjemny - moim zdaniem pachnie jak kwiat wiśni połączony z pudrową nutą.

Tuż po nałożeniu czuć, że twarz została otulona odżywczą pierzynką, co w tym przypadku oznacza, że podczas naturalnej ekspresji mimicznej wyczuwalne jest to, jakby do skóry została przyklejona puszysta powłoka z wody. To bardzo ciekawe i niespotykane wrażenie, dlatego trochę trudno je opisać;). Jeśli będziecie miały okazję używać tej maseczki, będziecie już wiedzieć, co dokładnie mam na myśli;). 

Kierując się bieżącymi potrzebami mojej cery, najczęściej pozostawiałam ją na twarzy na około 30 minut, czasami na godzinę. Doszukałam się też recenzji, w których dziewczyny mówiły, że stosują ją na noc, a więc można spróbować i tej metody;).

Podsumowując, oczekiwałam od niej wyłącznie i n t e ns y w n e g o nawilżenia i to otrzymałam, a dodatkowe zalety tylko przypieczętowały decyzję o konieczności zrobienia zapasów na okres jesienno-zimowy:).

Pozostałe informacje o kosmetyku: 
  • cena - 12,5 ml -> 30 zł + koszt wysyłki; 60 ml -> 144 zł+ koszt wysyłki
  • dostępność - m.in. sklepy internetowe z kosmetykami organicznymi, Douglas, Minti Shop
  • PAO - 6 miesięcy
Witajcie! :)

Aktualnie mam kilkanaście kosmetyków z Max Factor. Podzieliłam je na grupy tematyczne, które roboczo zatytułowałam m.in. w następujący sposób: ,,hity", ,,buble", ,,pierwsze wrażenie". Oznacza to, że jesienią będę Was dosłownie prześladować postami opisującymi produkty tej marki;).

Kosmetyki, które pójdą na pierwszy ogień kupiłam w sklepie internetowym bez uprzedniego testowania w drogerii stacjonarnej i przeglądania recenzji na blogach;). Okazało się, że są naprawdę dobre, więc z chęcią Wam je polecę:).
  • wypiekany róż Creme Puff Blush w kolorze 20 Lavish Mauve - szukałam dokładnie takiego różu, który byłby kolorystycznie zbliżony do pomadek Mac: Creme Cup i Angel. Lavish Mauve nie dość, że jest właśnie takim jasnym zgaszonym różowofioletowym odcieniem, to jeszcze ma subtelną poświatę białej perły jak Angel <3. Ma jedwabistą konsystencję, przy czym muszę zaznaczyć, że trochę się pyli podczas nabierania na pędzel. Wykończenie jest satynowe z perłowym blaskiem. Jeśli chodzi o pigmentację, gdybym wcześniej widziała ten róż w drogerii, w ogóle nie zdecydowałabym się na zakup, uznając, że byłby ledwie widoczny na policzkach. Okazuje się, że w zależności od użytego pędzla można uzyskać różny efekt: delikatny, gdy wybierzemy pędzel z dłuższym, luźno rozłożonym i sprężystym włosiem (np. Bdellium Tools, profesjonalna linia Studio, model 960S) oraz umiarkowanie intensywny, gdy sięgniemy po małą wersję kabuki  (bareMinerals, Lily Lolo) lub nałożymy go na mokro. Bezproblemowo się rozciera, nie pozostawiając plam. Na uwagę zasługuje bardzo dobrą trwałość. Świetnie spisuje się również jako cień do powiek, czego nie mogę powiedzieć o wielu innych różach. Niestety ma jedną wadę - podkreśla rozszerzone pory. Nie mogę się doczekać aż nałożę go zimą, czyli wtedy, gdy będę stosować jasne podkłady utrzymane w neutralnej tonacji. Będzie miał wówczas idealne warunki, by w pełni ukazać swój urok. Zastosuję wtedy bardzo lubianą przeze mnie metodę modelowania twarzy różem;).
  • pogrubiający tusz do rzęs Volume Infusion - na samym początku napiszę, że jest to naprawdę porządny tusz, ale mimo wszystko nie znajduje się on na moim subiektywnym podium, ponieważ uważam, że w dość szerokiej gamie maskar Max Factor znajdziemy lepsze warianty, chociażby 2000 Calorie Dramatic Volume, Masterpiece High Definition, Masterpiece Max i jeszcze jeden, o którym niebawem napiszę, ale już teraz zdradzę, że to prawdziwy hit  do zadań specjalnych;). Volume Infusion, owszem, zapewnia efekt pogrubionych i wydłużonych rzęs w granicach efektu, który można nazwać dziennym, ale żeby to się stało, należy pozostawić go parę razy na kilka godzin bez zatyczki, dzięki czemu przyspieszymy proces gęstnienia jego formuły. Tusz jest bardzo rzadki potrzebuje aż miesiąca, by w widoczny sposób podkreślać rzęsy, a nie sądzę, by ktokolwiek miał ochotę czekać tak długo na pożądany rezultat, stąd też moja rada;). Szczoteczka umożliwia  precyzyjne rozdzielenie rzęs, równomiernie je pokrywa, nie tworząc grudek, nie ma również mowy o żadnym osypywaniu się w ciągu dnia. W składzie znajduje się biotyna i keratyna, które działają wzmacniająco na rzęsy.

Podsumowując, na pewno chciałabym jeszcze kupić ten róż w jakimś żywszym kolorze, natomiast do tuszu, mimo że jestem z niego zadowolona, nie wrócę, ponieważ lepiej sprawdzają się u mnie cztery inne egzemplarze z MF, o których wspomniałam w recenzji;).

Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • pojemność: róż -> 1,5 g, maskara ->13,1 ml
  • cena: róż -> od ok. 33 zł w drogeriach internetowych (wliczyłam koszt wysyłki) do 57 zł  w stacjonarnych, maskara -> od ok. 38 zł w drogeriach internetowych (wliczyłam koszt wysyłki) do 60 zł w stacjonarnych.
  • PAO - róż -> 36 miesięcy, maskara -> 12 miesięcy, 
  • miejsce produkcji -> róż -> Kanada, maskara -> Anglia