Najnowsze wpisy

Witajcie!

To było niezwykłe uczucie, móc po kilku miesiącach znowu doświadczyć tych wszystkich emocji związanych z odkryciem perfum niezwykłych, dynamicznych, nieszablonowych, które jednocześnie cechuje wysoka jakość składników. Co ciekawe, po sprawdzeniu wszystkich  nut zapachowych orientalno-drzewnego Nin-Shar francuskiej niszowej marki Jul et Mad Paris nie byłoby żadnych szans, bym zdecydowała się na zamówienie choćby próbki, nie mówiąc już o zakupie w ciemno;). Wyobrażenie sobie słodkiej kompozycji, ale jednak z agarem i kadzidłem w bazie nie spowodowałoby u mnie jakiegoś szczególnie ożywionego zainteresowania;). Cieszę się więc, że trafiła do mnie dość zasobna w mililitry odlewka (dziękuję Asiu❤️), w rezultacie czego znalazłam kolejny w pełni ,,mój" zapach, a przy okazji po raz kolejny przekonałam się, że analiza piramidy zapachowej nie zawsze prowadzi we właściwą uliczkę;).

źródło zdjęcia ---> https://www.facebook.com/juletmad/

Na ogół mówi się, że Nin-Shar jest  brawurową opowieścią o czerwonej, dojrzałej róży.  Dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o babcinej spiżarni, w której można znaleźć specjały będące poezją dla dziecięcego podniebienia:). Za sprawą piwnicznego, drzewnego i jednocześnie słodkiego charakteru perfum, ale w wydaniu owocowym wyobraziłam sobie, że świetną ilustracją dla Nin-Shar byłoby miejsce, w którym przechowuje się przetwory na zimę. Widzę też dwoje małych łasuchów, którzy bezceremonialnie otwierają konfiturę malinową i brzoskwiniową z dodatkiem wanilii oraz miód;).

Róża w tej kompozycji jest dojrzała, czerwona, słodka, mocno wyeksponowana. Na dalszym planie znajduje się agar, który - o dziwo - nie krzyczy, nie miażdży pozostałych nut, wręcz przeciwnie - od czasu do czasu przypomni o swoim istnieniu, żebyśmy zbytnio nie rozanielili się w tej przyjemnej słodyczy:). Dba o to również paczula, dzięki której zapach sprawia wrażenie wilgotnego.

Komu mógłby się spodobać ten zapach? Wszystkim, którzy docenili chociażby szyprowo-kwiatowe Si Armaniego w wersji Le Parfum. Dostrzegam między tymi zapachami analogię w zestawieniu owoców w formie konfitury (porzeczkowa w Si Le Parfum) z nutami, które dają efekt specyficznej piwnicznej wilgoci i nienachalnej ostrej drzewnej świeżości (kadzidło i paczula w Si Le Parfum). Oba zapachy łączy również nalewkowe brzmienie. Poza tym mam nieodparte wrażenie, że Nin-Shar mógłby zauroczyć nawet te osoby, które uważają się za nieprzejednanych przeciwników agaru w perfumach;). To jeden z najpiękniejszych łagodnych orientów, na jaki kiedykolwiek trafiłam❤️.

Piramida zapachowa:
górne nuty: bergamotka, likier różany, dzięgiel
środkowe nuty: róża turecka, egipski jaśmin, paczula
dolne nuty: agar, benzoes, wanilia bourbon, cedr, drzewo sandałowe, kadzidło

Pozostałe informacje o perfumach:
  • cena: do 340 zł + koszt wysyłki
  • pojemność: 50 ml
  • dostępność: polskie perfumerie internetowe
  • parametry: trwałość -> powyżej 6 godzin, projekcja -> duża, na kilka metrów 
  • przeznaczenie: zapach zarówno dzienny, jak i wieczorowy; całoroczny, na wiele okazji (z tymże uważam, że nie sprawdzi się raczej w sytuacjach formalnych)
Witajcie!:)

Dzisiaj zapraszam na krótki wpis, w którym zaprezentuję Wam błyszczyki idealne do wakacyjnych makijaży❤️. Są bardzo lekkie, komfortowe w noszeniu, nie znikają z ust w okamgnieniu, czyli po około trzydziestu minutach;), aczkolwiek zaznaczam, że nie należą też do tych długotrwałych. 

  • Victoria's Secret, Minty Shine On Flavored Lip Gloss - bezbarwny, intensywnie lśniący, zapewnia efekt delikatnego chłodzenia, natomiast nie towarzyszy temu wrażeniu mrowienie, które jest charakterystyczne dla błyszczyków powiększających usta. Konsystencja żelowa. Cudowny, wiernie odwzorowany zapach miętowych mentosów❤️❤️❤️. Bardzo słodki w smaku. Dobrze nawilża usta,  znika w estetyczny sposób, nie pozostawiając brzydkich obwódek. Nie migruje poza kontur ust. Aplikuje się go prosto z tubki z silikonowego aplikatora. Ode mnie w pełni zasłużona szóstka - nie mogło być inaczej;).
  • Dr. Hauschka Lip Gloss - kolor 02 raspberry opisałabym jako jasny, dziewczęcy róż w chłodnej tonacji. Jest półtransparentny, ale można uzyskać lepsze krycie, dokładając kolejną warstwę. Mamy tu czysty kolor bez drobinek. Błyszczyk ma ciekawą konsystencję, która przypomina masło. Zapach jest świeży, ziołowy w wydaniu aptecznym, ale nie jest to w moim odczuciu wada, zwłaszcza że nie czuję gorzkiego posmaku;). Zawiera w składzie naturalne pigmenty mineralne, masło z mango, olej z pestek moreli, olej z rokitnika, wyciąg z kwiatów przelotu pospolitego oraz najbardziej błyszczący z wosków, który jest pozyskiwany z rośliny wilczomlecza. Aplikator powleczony gąbeczką nabiera odpowiednią ilość produktu. Błyszczyk nie zbiera się w załamaniach, wręcz przeciwnie - pięknie wygładza usta. Wystawiam kolejną szóstkę;).

Podsumowując, jeśli szukacie aktualnie nowego błyszczyka do ust, serdecznie zachęcam do rozważenia któregoś z zaprezentowanych w tym poście*_*. Dziękuję Asi (blog ->1001 pasji) za możliwość przetestowania tych kosmetyków❤️.


Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • gramatura: Victoria's Secret  - 9,6 g / Dr. Hauschka - 4,5 ml (ja mam wersję miniaturową o pojemności 3 ml),
  • PAO: Victoria's Secret - 12 miesięcy /Dr. Hauschka - 12 miesięcy,
  • dostępność:  Victoria's Secret - m.in. strona marki, Dr. Hauschka - m.in. Perfumerie Douglas i polska strona Lookfantastic,
  • miejsce produkcji: Victoria's Secret - USA, Dr.  Hauschka - Niemcy.
Witajcie! :)

Jestem zwolenniczką kupowania pojedynczych cieni, bo wybieram wówczas tylko te, których rzeczywiście będę używać. W wielu paletach irytuje mnie to, że zawierają jasne matowe beże (nie używam), czerń (tym bardziej nie używam;)), i - o zgrozo - wszelkiej maści odcienie niebieskiego (nie da się ukryć, że nie jest to mój kolor;)).

Raz na jakiś czas robię wyjątek. Dzieje się to wtedy, gdy mam ochotę poeksperymentować z inną kolorystyką i na ogół okazuje się, że cienie, na które nie zwróciłabym normalnie uwagi, idealnie mi pasują. Jako że od dłuższego czasu interesuje mnie marka Colourpop, zdecydowałam, że wybiorę paletę z jej oferty. Przyglądając się około trzydziestu zestawieniom kolorystycznym, od razu wiedziałam, że Fortune jest stworzona dla mnie;D. Zobaczyłam iście wakacyjny dobór kolorów w palecie - przepadłam, ujrzałam na blogach prezentację wszystkich cieni na skórze - przepadłam po raz drugi;D. 

Czym mnie ujęła ta paleta w takim pierwszym zetknięciu w sieci i w pierwszych dniach użytkowania?
  • mamy tu zarówno ciepłą, jak i chłodną tonację,
  • otrzymujemy aż 6 różnych wykończeń cieni: 8 matów, 4 metaliczne, 1 satyna, 1 perła, 1 folia, 1 prasowany pigment,
  • paleta inspiruje do tworzenia ciekawych makijaży dziennych i wieczorowych,
  • mimo że w takim ogólnym ujęciu jest raczej zachowawcza, to niewątpliwie jest w niej nuta  ekstrawagancji, która na szczęście jest dopasowana do mojego typu urody;),
  • estetyczne, solidne i ciężkie opakowanie (powierzchnia jest welurowa, z lakierowanymi elementami).


Przejdźmy do szczegółowego opisu poszczególnych cieni. Jak zwykle moja perspektywa różni się nieco od tego, jak widzi wykończenia i kolory producent oraz dziewczyny, które recenzowały tę paletę na swoich blogach;):
  • Cream (satynowy) - szampański, dosyć miękki, mocno napigmentowany, jakość bardzo dobra;
  • Ben (matowy) - krem z pomarańczy, suchy, pylisty, cień nierównomiernie się rozprowadza, odkleja się od skóry przy dokładaniu kolejnej warstwy, nadaje się tylko do rozcierania nad załamaniem powieki;
  • Mo Problems (matowy) - kolor wielbłądziej wełny, pyli się, ale nie sprawia problemów przy nakładaniu, średnio napigmentowany;
  • Oracle (perłowy) - bardzo jasne neutralne złoto, miękki, mocno napigmentowany, świetnie się rozciera, jakość porównywalna z cieniami metalicznymi Lorac;
  • Stacks (foliowy) - miedziane złoto, bardzo miękki (na pograniczu kremowej konsystencji), nie sprawia żadnych problemów przy blendowaniu;
  • Racks (metaliczny) - miedziany róż, miękki, mocno przykleja się do skóry, dlatego jeśli, tak jak ja, lubicie rozcierać błyszczące cienie nad załamaniem powieki, polecam punktowo dołożyć kolejne ,,porcje" w docelowe miejsce i rozprowadzić pędzlem o miękkim puchatym włosiu;
  • Wiser (matowy) - łososiowy, miękki, pylisty, ale bezproblemowy w aplikowaniu, niestety po kilku godzinach piękny odcień różu zmienia się w brzoskwiniowy:/;
  • Miser (prasowany pigment) - błękitne i zielone drobinki na pomarańczowej podstawie, dodatkowo całość opalizuje na różowo; miękki, ma słabszą przyczepność do pędzla, więc najlepiej nałożyć go palcem, a następnie rozetrzeć pędzlem;
  • Nouveau (metaliczny) - żółte złoto, mocno przykleja się do powieki, więc rada identyczna jak w przypadku koloru Racks;);
  • Riche (matowy) - czerwona pomarańcza, nieco twardszy od wspomnianych wcześniej matów, aczkolwiek wyróżnia się dopracowaną w każdym szczególe formułą. Nie mam żadnych uwag;);
  • 500 (matowy) - zgaszona malina, identyczna sytuacja jak wyżej;);
  • Trove (matowy) - buraczkowy, twardy, zbity, od pozostałych matów różni się tym, że jest w dotyku silikonowy i słabo napigmentowany, po demakijażu pozostawia ślady podobne do niezmytego ze skóry flamastra:/. Używam go tylko w roli eyelinera bądź do podkreślenia dolnej powieki tuż przy linii rzęs;
  • Money Trees (metaliczny) - głęboki chłodny brąz z miedzianymi, różowymi, seledynowymi i czerwonymi iskierkami. Jeśli chodzi o właściwości, są identyczne jak w przypadku kolorów: Racks i Nouveau;
  • Fortunate (matowy) - czerwony brąz, właściwości zbliżone do kolorów Riche i 500, czyli kolejny ideał w palecie;);
  • Jackpot (metaliczny) - głęboka wiśnia z fioletowym, różowym i czerwonym połyskiem, formuła identyczna jak w przypadku kolorów: Racks, Nouveau oraz Money Trees;
  • Strike It (matowy) - jagodowy brąz, w którym jest nuta szarości i czerni, formuła jedwabista, używam go tylko do podkreślenia dolnej linii rzęs, ponieważ jest to bardzo ciemny kolor. 

Mocne strony palety, pomijając te, o których już wspomniałam:
  • cienie prezentują się o niebo lepiej na powiekach niż w palecie. Dopiero na skórze widać wszystkie niuanse: głębokie nasycenie kolorów, soczyste, jaskrawe podtony, połyskiwanie na inne barwy, różnokolorowe drobinki
  • maty nie tworzą plam przy rozcieraniu tuż nad załamaniem powieki i na ogół  dobrze się łączą z błyszczącymi cieniami,
  • doskonała formuła wszystkich błyszczących cieni (miękkie, nie uwydatniają zmarszczek, są trwałe, nie zmieniają koloru w ciągu dnia, nie tracą na intensywności),
  • biorąc pod uwagę genialną jakość formuły i oryginalność kolorów cieni, moje subiektywne podium wyglądałoby w następujący sposób: 1. miejsce -> Miser, 2. miejsce - na równi: Racks, Money Trees, Jackpot; Fortunate, 500, 3. miejsce -> na równi: Stacks, Nouveau, Riche.
  • na 16 cieni, które składają się na paletę Fortune, będę używać z przyjemnością w codziennym makijażu aż 13 kolorów, więc odpowiadając na pytanie zawarte w tytule, uważam, że warto było ją kupić <3.
Słabe strony palety:
  • są w tej palecie 2 totalne nieporozumienia, o ile w zamyśle producenta było używanie ich na całą powiekę;). Mam tu na myśli cienie: Ben oraz Trove.
  • niektóre metaliczne cienie tak mocno przyklejają się do powiek, że nie można ich rozetrzeć do tzw. chmurki. Dla wielu osób może być to wada, natomiast dla mnie niekoniecznie. Po prostu za bardzo przyzwyczaiłam się do struktury błyszczących cieni Lorac, które rozprowadzało się prawie aż pod sam łuk brwiowy niczym krem;).
Makijaże, w których użyłam cieni w następującej kolejności: Fortunate, Racks, Miser, Stacks, Money Trees, Jackpot, Nouveau, 500 (z domieszką rozświetlacza z Inglota), Riche.




Pozostałe informacje o produkcie:
  • cena - 160 zł ( w cenę wliczyłam koszt przesyłki),
  • gramatura - 16 cieni po 1,1 g,
  • dostępność - swój egzemplarz kupiłam na stronie House of Beauty
Witajcie!

Dzisiaj zapraszam na wpis, któremu nadałam formę podsumowania w pigułce. Działanie dwóch kosmetyków zadowoliło mnie na tyle, że z pewnością  ponowię ich zakup i jednocześnie będę gorąco zachęcać Was do sprawdzenia ich na własnej skórze; trzeci był do tej pory moim ulubieńcem, natomiast formuła po zmianie składu dalece odbiega od tego, co oferowało opakowanie w poprzedniej, chabrowej szacie graficznej; nad czwartym kosmetykiem muszę się jeszcze zastanowić, ponieważ nie do końca spisał się w swojej roli, ale za to w innym zadaniu poszło mu całkiem nieźle:).

Iwostin, seria Hydro Sensitia, przeciwzmarszczkowy krem + serum - szukałam lekkiego kremu nawilżającego na dzień, który w swoim składzie zawierałby m.in. kwasy omega 3 i 6. Podczas przeglądania oferty dermokosmetyków trafiłam na formułę, która jest połączeniem kremu i serum. Ciekawość zwyciężyła. Chciałam jak najszybciej poznać tę innowacyjną recepturę 2 w 1;). Poza wspomnianymi już kwasami omega 3 i 6 można wyszczególnić również kwas hialuronowy oraz Suberlift (składnik wygładzający, który zapewnia odczucie liftingu skóry), a także Dermican (przeciwzmarszczkowy peptyd). Zapach opisałabym jako intensywny, mydlany, ale w takim ekskluzywnym wydaniu. Daje poczucie czystości, odświeżenia, dlatego od razu pomyślałam, że byłby to świetny kosmetyk na lato. Wchłania się całkowicie, mam wrażenie, że skóra go ,,łapczywie" pochłania i ,,oczekuje" kolejnej porcji. Na początku oceniłam nawilżenie  jako lekkie, niewystarczające (w ciągu dnia ponawiałam aplikację dwukrotnie), aczkolwiek po ok. dwóch tygodniach stosowania mogłam już stwierdzić, że jest ono na poziomie optymalnym. Nie zauważyłam jakiegoś szczególnego oddziaływania na skórę w aspekcie anti-aging.  Być może trudno dostrzec widoczne zmiany po zużyciu zaledwie 40 ml pojemności, dlatego sądzę, że dam temu kosmetykowi jeszcze szansę. Zapewnienia producenta, które brzmią następująco: krem intensywnie nawilża,  redukuje zmarszczki o 20% już po godzinie od aplikacji uważam za przesadzone. Mimo wszystko uważam, że warto go przetestować w upalne dni bez makijażu, bądź użyć jako lekką, nieobciążającą skóry bazę pod podkład.


Dermika, Neocollagen multikolagenowy krem regenerujący pod oczy - niektórzy z Was pamiętają mój zachwyt nad poprzednią wersją tego kremu, która występowała w chabrowym opakowaniu z wysoką, złotą nakrętką. Niedługo po tym, gdy opublikowałam post, pisałyście w wiadomościach prywatnych, że jest już u Was i nie zamienicie go na żaden inny;). Widziałam też recenzje na blogach, w których autorki zaznaczały, że zamówiły ten krem z mojego polecenia i potwierdzały jego skuteczność w kwestii usuwania drobnych linii pod oczami, bardzo dobrego nawilżenia, doskonałego współgrania z cięższymi korektorami. Niestety tym razem nie mogę polecić Wam ,,ulepszonej'' formuły, ponieważ z wymienionych powyżej walorów nie pozostało wiele jedynie przyzwoite nawilżenie. Krem nie pozostawia treściwej warstwy na skórze, co akurat dla mnie oznacza, że nie nadaje się nawet pod najlżejszy korektor. Stosowałam go w pielęgnacji nocnej oraz w dni, kiedy nie nosiłam makijażu. Podsumowując, składniki aktywne niby  takie same (rekonstruktor kolagenowy, 3 multiaktywne peptydy odmładzające, molekuła unosząca powiek), a efekty jakże różne... Jeżeli poprawił mikrorzeźbę naskórka, o czym zapewnia producent, to świetnie, tyle że chciałabym zobaczyć również jakąś pozytywną zmianę dostrzegalną gołym okiem.

Clarins, Gentle Refiner, Exfoliating cream with microbeads - delikatnie złuszczający gęsty krem do twarzy z mikrogranulkami. Zawiera: mikrocząsteczki celulozy roślinnej (działanie złuszczające), mikrocząsteczki będące pochodnymi oleju rycynowego (działanie wygładzające, zmiękczające), wyciąg z ruszczyka (działanie tonizujące, łagodzące, zmniejszające przekrwienie) oraz wyciąg z mimozy (działanie łagodzące). Nadaje się do każdego rodzaju skóry, również tej wrażliwej. Stosowałam go zgodnie z zaleceniem producenta, czyli 2 razy w tygodniu. Miałam okazję używać jakiś czas temu kilka drogeryjnych peelingów i właściwie każdy z nich miał zbyt ostre drobinki, pozostawiał niekomfortowy (jakby silikonowy) film na skórze i przede wszystkim podrażniał. Krem złuszczający Clarins okazał się być miłą odmianą po tych doświadczeniach. Granulek w kremie jest dużo, są małe, średnio ostre, łatwo się zmywają. Konsystencja kosmetyku jest na pograniczu kremu i pasty. Nie będę się rozpisywać;). Jestem zachwycona tym, jak prezentuje się po nim moja cera. Polecam serdeczne!♥

Ministerstwo Dobrego Mydła, skwalan z trzciny cukrowej  -  wspomniałam o tym surowcu w poprzednim wpisie, w którym napisałam, że nakładam go jako kolejną warstwę na serum z wit. E od Liqpharm, dzięki czemu mogłam w końcu odetchnąć z ulgą, ponieważ moja skóra została wreszcie porządnie nawilżona i odżywiona;). Ten wspaniały lekki olejek wykazuje również działanie przeciwzmarszczkowe, ujednolica koloryt skóry i sprawia, że jest dosłownie pełna blasku. Do tej pory miałam sera i kremy ze skwalanem pozyskiwanym z oliwek. Okazuje się jednak, że ten z trzciny cukrowej jest najlepszy (wszystkie pozostałe szczegóły na jego temat znajdziecie w opisie produktu na stronie MDM;)). Śmiało można ,,eksperymentować" i np. łączyć go z innymi olejkami i kremami, nakładać pod podkład, stosować solo na noc, wykorzystać jako serum pod oczy.

Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • cena - Iwostin - 40 zł, Dermika - 40 zł, MDM - 38 zł +koszt wysyłki, Clarins - od 113 zł do 150 zł w zależności od miejsca zakupu
  • pojemność - Iwostin - 40 ml, Dermika - 15 ml, MDM -30 ml, Clarins - 50 ml (ja mam pojemność 30 ml)
  • dostępność - Iwostin, Dermika - apteki, MDM - sklep internetowy MDM, Clarins - perfumerie internetowe, strona internetowa Clarins
*Peeling marki Clarins otrzymałam w prezencie od Ani ♥♥♥ z bloga piekneperfumy.pl /Z miłości do perfum..., natomiast pozostałe 3 kosmetyki kupiłam.
Witajcie! :)

W zamyśle tytuł miał brzmieć ,,Pierwsze wrażenie po ponad czterdziestodniowej kuracji... " i tak też został sformułowany w wersji roboczej, ponieważ jeszcze na początku marca byłam przekonana, że będę mogła podzielić się z Wami zaledwie wstępnymi wnioskami na temat serum-maski z witaminą E polskiej marki Liqpharm. Jako że od początku zauważyłam, iż serum wykazuje właściwości naprawcze, założyłam, że wrócę do niego w bliżej nieokreślonej przyszłości, gdy docelowo będę potrzebowała silniejszej regeneracji.

Kiedy kuracja tym koncentratem dobiegła końca, zmieniłam treść tytułu. Efekty znacznie przewyższające oczekiwania mogły zaowocować tylko jednym -  włączeniem kosmetyku na stałe do schematu pielęgnacji. Nie wchodzi w grę żadne pierwsze wrażenie, wyłącznie pełna recenzja:).

Na ulotce przeczytamy m.in. o tym, by stosować serum w ramach 28 dniowej kuracji, aczkolwiek nie ma żadnych  przeciwwskazań, by sięgać po nie przez cały rok dostosowując częstotliwość do aktualnych potrzeb skóry. Czym jest ów specyfik? To dwufazowy koncentrat regenerująco-odżywczy na noc, który ma w składzie bardzo wysokie, bo aż 15% stężenie witaminy E, kwas hialuronowy oraz ksylitol.
Producent informuje, że kosmetyk:
  • zapewnia optymalne odżywienie i nawilżenie,
  • poprawia elastyczność i jędrność,
  • wykazuje działanie wygładzające,
  • łagodzi podrażnienia,
  • zapewnia ochronę antyoksydacyjną.

Zaznaczę tylko, że moja cera nie była w dobrej kondycji u schyłku zimy: okropne przesuszenie (jak co roku o tej samej porze:/) oraz - trzeba to w końcu z siebie wydusić i zaakceptować, iż będzie to nieustanna walka;) - widoczne objawy starzenia skóry sprawiły, że potrzebowałam czegoś skutecznego z porządnym składem. Wybór padł na ofertę polskiej marki Liqpharm i ich serum-maskę z wit. E na noc.

Przed użyciem należy wstrząsnąć butelką, by uzyskać formułę mleczka, po czym nałożyć na twarz i szyję. Kosmetyk jest lekki, wchłania się prawie całkowicie, nie posiada zapachu.

Pierwszy etap kuracji był najtrudniejszy. Po każdym porannym oczyszczeniu twarzy z nocnej pielęgnacji nadal odczuwałam dokuczliwe ściągnięcie i nawet mój podręczny arsenał na dzień, składający się z kosmetyków aptecznych nie był w stanie zapewnić skórze odpowiedniego poziomu nawilżenia. Potrzebowałam dodatkowej warstwy na serum, dlatego zdecydowałam się na skwalan z trzciny cukrowej, czyli lekki olejek o działaniu odżywczym, nawilżającym i przeciwzmarszczkowym. Wspomógł na tamtym etapie działanie koncentratu Liqpharm w zakresie nawilżenia, dzięki czemu w trzecim tygodniu kuracji mogłam go już odstawić. Wówczas pozostało mi tylko należycie ocenić działanie samego serum.

Rezultaty: 
  • praktycznie od razu mogłam cieszyć się ujednoliconym kolorytem skóry;
  • zauważyłam również, że doskonale regeneruje skórę;
  • po kilkunastu dniach dostrzegłam zwężenie rozszerzonych porów;
  • finał kuracji zaowocował s i l n y m wygładzeniem struktury skóry. Oprócz tego, że dotychczas widziałam wszelkie nierówności gołym okiem, to dodatkowo aparat ,,lubił" wyeksponować je na zdjęciach. Teraz ten problem się rozwiązał;).

Podsumowując, uważam, że jest to doskonały kosmetyk w przystępnej cenie.
Czy do niego wrócę? Tutaj nie ma miejsca na określanie stopnia prawdopodobieństwa;D. Drugie opakowanie jest właśnie w użyciu:).

Pozostałe informacje o kosmetyku:  
  • cena - ok. 60 zł
  • PAO - 3 miesiące
  • pojemność - 30 ml
  • dostępność - szczegóły w tym odnośniku (lista adresów aptek w każdym województwie) -> https://www.liqpharm.pl/liq-c
Witajcie!

Ile razy przeczytałyście bądź usłyszałyście, że turbo pigmenty wykreowane przez Hanię Knopińską cechują się niespotykaną formułą i prezentują zupełnie nowy wymiar blasku? Na Instagramie najczęściej pojawiającym się stwierdzeniem w kontekście tych produktów jest: Żałuję, że zdjęcie nawet w połowie nie oddaje tego, jak prezentują się w rzeczywistości:).

Powiem Wam szczerze, że im więcej widziałam tego typu zdań, tym bardziej byłam nieufna;). Czy możliwe jest, żeby powstał produkt mocniej błyszczący niż pigmenty, które już znam? Czy może mnie jeszcze coś zaskoczyć, gdy miałam okazję używać tradycyjnych pigmentów Inglota, Makeup Geek czy Mac? No i w końcu podstawowe pytanie: czy rzeczywiście uzyskamy nim efekt o zwielokrotnionej mocy jak sugeruje jego nazwa



Spotkałam się również z opinią, że te pigmenty, będące skupiskiem brokatu na półprzezroczystej bazie, które wyglądają tandetnie. Nie zgadzam się z tym. Ja tu widzę jakość w najlepszym  wydaniu.

Moje początki z tymi pigmentami były trudne, ale nie w aspekcie aplikowania czy utrwalania. Musiałam się oswoić z ich intensywnym blaskiem... Tak, pisze to osoba, która nosi pigmenty na co dzień i była uparcie przekonana, że będzie się czuć swobodnie z każdym błyszczącym kosmetykiem na powiekach;). Przestałam tak myśleć, kiedy zobaczyłam możliwości pigmentu o nazwie Asteroid;D. Po kilkunastu dniach przyzwyczajania się do niego mogę napisać, że już jestem w stanie unieść ten połysk;).

Szczegółowe informacje o pigmentach (kolory opisuję na podstawie tego, jak wyglądają na powiekach na bazie Artdeco):
  • Asteroid - tak według mnie powinien się prezentować na powiekach pigment w wersji turbo. Mokry, biżuteryjny, wielowymiarowy, odznaczający się chyba największym możliwym natężeniem blasku (nie widziałam nic bardziej spektakularnego:)) Zauważyłam, że każdy opisuje ten kolor według własnego uznania;), aczkolwiek w pełni to rozumiem - rozłożyć go na czynniki pierwsze jest prawie niemożliwe;). Podstawa pigmentu wydaje się być liliowa, natomiast blask jest ewidentnie srebrzystobłękitny. Do tego trzeba jeszcze wyobrazić sobie, że mieni się drobinkami w kolorach: różowego złota, seledynowym i żółtym. Ma strukturę płatków, które całkowicie się rozprasowują. Osypywanie na takim samym poziomie jak pigmenty, o których wspomniałam na wstępie, czyli minimalnym. Jest trwały. Szczerze mówiąc, byłabym w stanie zapłacić za niego nawet trzykrotność ceny, którą narzuciła Hania, dlatego tym bardziej cieszę się, że mam taki unikat w swojej kolekcji dosłownie za grosze. Nie muszę czekać do grudniowego podsumowania, by wiedzieć, że turbo pigment Asteroid będzie moim największym odkryciem roku w kategorii makijaż oczu <3.
  • Lilak - również charakteryzuje się mocnym błyskiem, ale nie uważam, że jest on na poziomie turbo. Podstawa jest różowoliliowa z połyskiem jasnoróżowym i fioletowym. Drobinkiw kolorach: fioletowym, różowym, żółtym i seledynowym - jest ich aż o 2/3 mniej niż w Ateroidzie. Jego struktura jest bardziej jednolita i być może to jest przyczyną mniejszego blasku. Osypywanie na takim samym poziomie jak pigmenty, o których wspomniałam na wstępie, czyli minimalnym. Jest trwały. Wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie, ale nie zachwycił w takim stopniu jak poprzednik.
Pigmenty najczęściej nakładam pędzlem. Zdarzało się, że najpierw nanosiłam je palcem, tak jak sugerował producent, ale i tak w ostateczności wolałam precyzyjnie rozetrzeć je pędzlem. Taka metoda jest dla mnie najwygodniejsza. Sugestia, by nie korzystać z jakiegokolwiek utrwalania tych produktów do mnie nie trafia - nie ma siły, która utrzyma brokat, drobinki na gołej skórze, jeśli planujemy nosić makijaż dłużej niż kilka godzin.
 
Czy dostrzegłam wady? Tak piękne produkty o niespotykanej formule i jakże delikatnej strukturze powinny mieć opakowanie (w paletce bez przegródek drobinki tych pigmentów się rozsypują). Nie oczekuję ozdobnego projektu - mogłyby być identyczne jak te, którymi są obudowane prasowane brokaty tej marki. Zaakceptowałabym to, że miałyby przez to wyższą cenę.  Drugą wadą jest fakt, że nie wszystkie pigmenty cechują się zwielokrotnionym natężeniem blasku, co potwierdza mój Lilak.

Czas na podsumowanie. Czy wrócę do turbo pigmentów? Ateroid uwielbiam i będę się w niego zaopatrywać.  Lilak jest piękny, aczkolwiek nie uważam, że błyszczy się na poziomie turbo. Moim zdaniem nie wyróżnia się szczególnie na tle innych błyszczących pigmentów na rynku, więc nie planuję zakupu.

Na pierwszym zdjęciu Asteroid (udało mi się oddać to, jak prezentuje się na żywo prawie w 100%, na drugim Lilak (na żywo jest jaśniejszy):


Jeśli chodzi o gąbkę do nakładania podkładu Glamsponge, podzielę się zaledwie pierwszym wrażeniem, ponieważ mam ją od miesiąca. Nie jestem w stanie porównać jej do beauty blendera ani do tańszych zamienników, ponieważ nigdy ich nie miałam.

Informacja od producenta:
Nowa odsłona naszej kultowej gąbeczki. Ścięty GlamSPONGE charakteryzuje się niesamowitą miękkością oraz plastycznością. Makijaż nałożony przy użyciu naszej nowej gąbki wygląda niesamowicie naturalnie, ścięty kształt ułatwia nakładanie korektora w okolice oczu, baking czy konturowanie twarzy. Najnowsza GlamSPONGE zapakowana jest w pudełeczko z otworem umożliwiające transport oraz suszenie gąbki.



Mogę Wam napisać, że jest bardzo miękka i sprężysta, co oznacza, że jest bardzo komfortowa w użytkowaniu. Glamsponge po zmoczeniu wodą zwiększa swoją objętość dwukrotnie. Często czytałam, że tego rodzaju akcesoria wchłaniają dużo podkładu, przez co zużywa się go o wiele szybciej niż gdyby aplikowało się go palcami czy pędzlami. Ja na ogół potrzebuję dwóch niepełnych porcji fluidu i tyle samo zużywam rozcierając go gąbką, więc nie widzę różnicy

Podkład nałożony tą gąbką idealnie wtapia się w skórę. Nie ma mowy o żadnych smugach i innych dziwnych historiach, o których możecie poczytać na różnych blogach przy okazji zbiorczych testów drogeryjnych gąbek. Już po pierwszym użyciu, wiedziałam, że szybko do pędzli nie wrócę;). Zdejmuje ciężkość z trwałych matujących podkładów, rezultatem czego jest  naturalnie wyglądający makijaż i  wygładzona struktura skóry. Jej kształt (ścięcie wzdłuż i na czubku) ułatwia pomalowanie okolic skrzydełek nosa, a także umożliwia precyzyjne nałożenie korektora pod oczy. Być może klasyczne blendery spisują równie dobrze, ale ja uzależniłam się od tej konkretnej wersji <3.

Przetestowałam go na moim ulubionym podkładzie wygładzającym Skin Balance z Pierre Rene, który ma dość specyficzną formułę. Kilka lat temu widziałam na YT testy tego podkładu i za każdym razem mówiono, że nie współgra z  beauty blenderem, tzn. odkleja się od skóry, kiedy dokłada się kolejną warstwę. Ogólnie cały proces związany z rozcieraniem, stemplowaniem itd. był bardzo problematyczny. Gąbka od Hani znakomicie sobie z nim poradziła.

Myję ją mydłem po każdym użyciu, aczkolwiek ostatnio wyprałam ją dodatkowo w pralce wraz z jasnymi ubraniami i wygląda jak nowa:). Będę korzystać z tego ,,patentu" od czasu do czasu;).

Podsumowując, wszystkie wspomniane przez mnie zalety gąbki w kontekście jej ceny mówią jedno - musisz to mieć! ;) Ja nawet nie rozważam już beauty blendera. Ta  jest dla mnie strzałem w dziesiątkę;). Jak widzicie, tym razem test wypadł rewelacyjnie i nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy *_*.

Pozostałe informacje o produktach: 
  • cena - turbo pigmenty -> 25 zł, gąbka -> 20 zł (do cen należy doliczyć koszt wysyłki)
  • gramatura - turbo pigmenty -> 1,8 g
  • PAO - turbo pigmenty -> 12 miesięcy, gąbka -> z tego, co wiem, gąbkę trzeba wymieniać co 3 miesiące, jeśli używa się jej codziennie
  • dostępność - Sklep internetowy Glam Shop
Witajcie! :)

Moje doświadczenie z olejkami do zmywania makijażu nie jest szczególnie bogate, ponieważ miałam tylko wygładzający olejek do demakijażu z Clochee i ten, o którym dziś piszę, czyli rumiankowy olejek oczyszczający (Camomile Silky Cleansing Oil) z The Body Shop (nieudanych eksperymentów polegających na łączeniu różnych olejów ne wliczam;)).

Porównanie powyższych produktów sprawiło, że zaczęłam dostrzegać wady tego pierwszego, w związku z czym nie zamierzam ponawiać jego zakupu, natomiast za sprawą tego drugiego olejku uświadomiłam sobie, czego tak naprawdę oczekuję od tego rodzaju produktu. Oto moja lista:
  • musi usunąć makijaż w możliwie jak najkrótszym czasie,
  • nie powinien mieć bardzo tłustej konsystencji,
  • nie może pozostawiać tłustego filmu na skórze, 
  • podrażnienie skóry dyskwalifikuje produkt - to oczywiste;),
  • powinien mieć dopracowane opakowanie zarówno pod względem wizualnym, jak i technicznym.
Temat olejów do demakijażu, które emulgują z wodą zaciekawił mnie na tyle, że zdecydowałam się zaprezentować Wam w tym roku kilka z nich. Nie mogę się już doczekać aż wpadną w moje ręce, tym bardziej, że plasują się podobno w samej czołówce;). 



Producent informuje, iż rumiankowy olejek oczyszczający:
szybko usuwa makijaż w jednym prostym kroku, nie pozostawiając na skórze tłustej warstwy. Świetnie sprawdza się w zmywaniu wszystkich rodzajów makijażu, w tym również wodoodpornego, pozostawiając skórę czystą i świeżą. Odpowiedni dla cery wrażliwej oraz dla osób noszących soczewki kontaktowe. Zawiera ekstrakt z rumianku z Norfolk w Wielkiej Brytanii. (informacja pochodzi ze strony sklepu internetowego The Body Shop)
Dzielę się z Wami opinią o tym olejku po ponad miesiącu codziennego używania. Stosowałam go zgodnie z przeznaczeniem, a także czasami do porannego oczyszczenia twarzy z nocnej pielęgnacji (do zmycia makijażu potrzebuję trzy porcje olejku, do porannego mycia tylko jedną). Dla osób, które właśnie teraz dowiedziały się o istnieniu takich olejków, napiszę, że w obu zastosowaniach wylewamy odrobinę produktu na dłoń, po czym działamy identycznie jak w przypadku żelu do mycia twarzy;).

Zacznę od początku, czyli od opisania wrażeń olfaktorycznych. Nie zgadłabym, że ten delikatny kwiatowy aromat to rumianek - poszerzyłabym raczej spectrum doznań i uznała, iż pachnie on polnymi kwiatami z przebijającym się również typowo olejowym zapachem. Oceniam kompozycję  jako przyjemną dla nosa;).

Kolejna pochwała należy się za konsystencję - nie jest bardzo tłusta i na szczęście nie rozmazuje się, aczkolwiek trzeba mieć na względzie, że na skórze wyczuwalna jest formuła oleju.  Tuż po nałożeniu zauważymy, że natychmiast rozpuszcza makijaż, a w połączeniu z wodą zmienia się w mleczko. Po umyciu twarzy zobaczymy, że jest porządnie oczyszczona, bez grama tłustego filmu na jej powierzchni, co oznacza, że nie trzeba sięgać po inny specyfik, żeby się go pozbyć.

Uważam, że produkt, który nie podrażnia nawet wtedy, gdy zmywam nim makijaż oczu zasługuje, by rozważyć go podczas kolejnych zakupów;). Jestem zadowolona z działania, ale także z walorów wizualnych opakowania. Bardzo mi się podoba projekt butelki - jej kształt, etykieta, zastosowana kolorystyka, dozownik z  blokadą, który skądinąd działa bez zarzutu. Ja tu widzę same zalety, wad się nie dopatrzyłam;).
Czy wrócę do tego kosmetyku? Tak, o ile nie znajdę czegoś, co jeszcze bardziej mnie zachwyci:).

PS. O tym olejku pisała również Asia z bloga 1001 pasji, więc jeśli macie ochotę poczytać o jej spostrzeżeniach, odsyłam do wpisu -> http://www.1001pasji.com/2014/01/dermalogica-preclenase-czyli-o-mojej.html
Pozostałe informacje o kosmetyku:
  • cena - około 70 zł
  • pojemność -  200 ml
  • PAO - 12 miesięcy
  • dostępność - The Body Shop stacjonarnie i online
Witajcie!:)

We wrześniu opublikowałam na blogu  wpis, w którym podzieliłam się z Wami opinią o dwóch cieniach i dziesięciu pigmentach. Napisałam wówczas, że nie jestem usatysfakcjonowana jakością dwóch pigmentów, natomiast jeden brokat uznałam za ciekawy, aczkolwiek nie zdecydowałabym się na jego zakup tylko z tego powodu, że jest dla mnie zbyt odważny. Jako że większość produktów zyskało moje uznanie, postanowiłam, że pozostanę przy marce jeszcze jakiś czas i tym razem zamówię kilka różowych kameleonów.

Od samego początku pisano, że cienie Glam Shopu w obrębie konkretnego wykończenia mają nierówną jakość. Tym razem przekonałam się, że jest to prawda. Wata cukrowa, jednorożec i różowo-różowy - bo na te cienie się zdecydowałam - są z zupełnie innego świata niż znakomite: czekoladowa róża czy curry.  W związku z tym z całej trójki zostaje ze mną tylko jeden cień, który nieco lepiej zaprezentował się na powiekach niż pozostałe dwa, dla których znalazłam już nowy dom;).


Jednorożec według opisu marki opalizuje na chłodny róż i błękit (na oczach dostrzegam jednak przewagę fioletu), natomiast wata cukrowa jest brzoskwiniowa z poświatą przepięknego cukierkowego chłodnego różu, który spokojnie można określić neonowym. Przy zakupie tych dwóch cieni sugerowałam się opisem, który wyraźnie wskazywał, że są to cienie metaliczne, natomiast moim zdaniem mają one wykończenie satynowe. Dla kogoś, kto nastawiał się na wyrazisty błysk jest to duże rozczarowanie.

Kolejne rozczarowanie pojawia się w momencie zetknięcia pędzla z ich konsystencją - od razu zauważymy, że trzeba poświecić nieco więcej czasu, by nabrać odpowiednią ilość wystarczającą do pokrycia całej powieki. Przy okazji ujrzymy, że cienie mocno się pylą i wszystko to, co się usypało wokół wypraski wystarczy, by pomalować drugie oko...

Poza tym, widzę tu jeszcze kilka wad dyskwalifikujących te konkretne cienie: podkreślają zmarszczki, są półtransparentne, czyli widać przez nie skórę, dodatkowo wata cukrowa nie rozkłada się równomiernie do tego stopnia, że czasami pojawiają się dziury wielkości kilku milimetrów. Ja nie widzę tu oszałamiającego efektu, a takiego powinnam się spodziewać, biorąc pod uwagę m.in. demonstracje kolorów w internecie, bardzo przychylne recenzje na blogach i w filmach na YT.

Aby wydobyć ich potencjał, korzystałam z kilku metod: nanosiłam je palcem, a także różnymi pędzlami, korzystałam z bazy, próbowałam też bez bazy, nie zapomniałam również, żeby sprawdzić, jak prezentują się nałożone na mokro i sucho. Stwierdziłam, że te cienie muszą być oceniane tak samo jak inne, a więc wyznacznikiem wysokiej jakości powinno być to, że wyglądają bez zarzutu bez względu na obraną metodę. Niestety nie sprostały moim wymaganiom, więc musiały opuścić mój zbiór. Mogę jeszcze napisać, że w przypadku jednorożca wydarzyłoby się to  nawet wtedy, gdyby był pod względem formuły ideałem. Nie pasuje on do mojego typu urody - za każdym razem wyglądałam w nim tak, jakbym była chora:/.
Różowo-różowy to trochę inna historia. Zacznę od koloru, który jest według mnie uroczy - pomysł, żeby zmrożony róż opalizował na inny odcień różu był genialny;). Tutaj jestem już bardziej skłonna uznać, że bliżej mu do wykończenia metalicznego niż satynowego. Owszem, pyli się tak samo jak poprzednicy, podkreśla załamania, ale na szczęście w mniejszym stopniu. O tyle dobrze, że równomiernie pokrywa powieki. Z przyjemnością będę go nadal używać.

Podsumowując, tym razem test nie wypadł najlepiej, ale nie zraził mnie do marki. Po cienie na pewno już nie sięgnę, ale są jeszcze prasowane pigmenty, sypkie pigmenty i turbo pigmenty;D. Być może już niedługo pojawi się o nich wpis. Może nawet uda się opublikować go w tym miesiącu:).

Poniższe zdjęcie pokazuje makijaż z wykorzystaniem cienia różowo-różowego:


Pozostałe informacje o kosmetykach: 
  • cena - 13 zł
  • pojemność - 1,8 g
  • PAO - 12 miesięcy

Witajcie! :).

Błyszczyki powiększające usta to zdecydowanie mój temat:). Mam w tej kategorii swoich ulubieńców, natomiast muszę Wam oznajmić, że ich grono powiększyło się ostatnio o Plump Potion od Physicians Formula. Nie znam oferty marki, toteż za sprawą tego jakże udanego kosmetyku moja ciekawość względem pozostałych produktów wzrosła przeogromnie, mimo że nie wszystkie ich opakowania mi się podobają.
Opakowanie, skądinąd bardzo ciężkie, wygląda niczym strzykawka, co sugeruje, że tuż po nałożeniu nasze usta będą wyglądały tak, jakby były poddane zabiegowi powiększenia ust w gabinecie medycyny estetycznej:).

Na stronie perfumerii Douglas przeczytałam kilka podstawowych informacji o Plump Potion:
Koktajl witamin i składników odżywczych znajdujących się w składzie sprawia, że usta stają się pełniejsze, a kwas hialuronowy utrzymuje optymalny poziom nawilżenia. Formuła zawiera kofeinę. Błyszczyk wykazuje działanie wygładzające. Produkt bez parabenów.
Co szczególnie mi się podoba w tym błyszczyku? Przede wszystkim na uznanie zasługują:
  • kilkugodzinna trwałość,
  • mrowienie i efekt chłodzenia w granicach wytrzymałości;),
  • na ustach wytwarza się gruba warstwa produktu, czyli jak najbardziej można uzyskać tym błyszczykiem złudzenie pełniejszych ust;),
  • piękny transparentny kolor, który określiłabym jako budyniowy róż;). 
  • delikatny słodki zapach, choć producent informuje, że jest to produkt bezzapachowy,
  • błyszczyk nie przesusza ust.
Odnotowałam tylko jedną wadę. Jest nią niedopracowany pędzelkowy aplikator, któremu już na starcie musiałam obciąć część włosia odstającego od pozostałego pod kątem prostym;). Nie jest ono na tyle sprężyste, by mogło wrócić na swoje miejsce, stąd radykalny pomysł z nożyczkami;).

Podsumowując, uważam, że jest to znakomity kosmetyk. Ostatnio sięgam po niego niemalże codziennie, ponieważ bardzo dobrze wygląda u mnie w zestawieniu z naturalną kolorystyką cieni. Z pewnością  kupię go w identycznym kolorze, gdy tylko mi się skończy.

Błyszczyk (jak i kilka innych kosmetyków, o których z pewnością napiszę jeszcze na blogu;)) otrzymałam w ramach prezentu z okazji czwartych  urodzin bloga piekneperfumy.pl /Z miłości do perfum... Ania postanowiła docenić w ten sposób moje ,,zaangażowanie i zawsze przemyślane komentarze";).

Pozostałe informacje o produkcie:
  • PAO - 24 miesiące
  • cena:  52 zł
  • pojemność: 3 g
  • dostępność: perfumeria Douglas /drogeria Hebe/ drogerie i perfumerie internetowe
Witajcie! :)

W roku 2018 poznałam wiele zapachów niszowych, ale do dzisiejszego wpisu wybrałam zaledwie siedem pozycji. Nie są one wytypowane według jakiegoś klucza. Uznałam, że o tych konkretnych perfumach warto wspomnieć na blogu, mimo że nie wszystkie dobrze współgrały z moją skórą.

W kategorii ,,najładniejszy flakon" wygrywają: Mandorlo di Sicilia i Pardon, ale czy ich zawartość jest równie imponująca? Zaraz się przekonamy;).


Kolejność opisywanych zapachów jest zgodna z uporządkowaniem flakonów na powyższej grafice.
  • Acqua di Parma, Blue Mediterraneo Mandorlo di Sicilia - zacznę od zapachu, który w ubiegłym roku wywarł na mnie największe wrażenie. Może nie reprezentuje on cech odważnego niezależnego perfumiarstwa, ale ja nie szukam takich perfum - poszukuję czegoś, z czym mogę się w pełni utożsamić, czegoś, w czym będę czuć się komfortowo. I tak oto do migdałowego i likierowego arcydzieła Sense Dubai 4 z mojego zbioru dołączają kremowe migdały w wydaniu wiosennym. Migdały, które nie przyprawiają o ból głowy, nie narzucają się, nie rażą sztucznością.  Mandorlo di Sicilia to słodki waniliowo-migdałowy zapach, który czasami pachnie jak marcepan, innym razem jak budyń waniliowy. Ciekawym zabiegiem okazało się przełamanie tego deserowego tonu cierpką skórką pomarańczy i smużką woni białych kwiatów. Łagodny, niezwykle uroczy zapach na wiosnę. (Zapach dzienny, umiarkowanie przestrzenny, o dość dobrej trwałości).
  • Majda Bekkali, Fusion Sacre Obscur - niesłychanie widowiskowy zapach, który po tym jak już zdąży rozgościć się na skórze, urzeknie ciepłą korzennością.  Dość ekscentryczne selerowo-goździkowe otwarcie z nutą lawendy może zdziwić i nasunąć niepokojące myśli dotyczące dalszych faz rozwoju perfum. Okazuje się, że te przypuszczenia mają racjonalne podstawy;), bowiem już za chwilę będziemy uraczeni  zapachem... ogniska:).  Na szczęście zapach w końcu łagodnieje i wysładza się m.in. aromatem rumu i wanilii. (Zapach raczej wieczorowy, bardzo przestrzenny, o wielogodzinnej trwałości).
  • M. Micallef, Royal Muska - pierwsze testy w perfumerii zachęciły mnie do zamówienia próbki, ponieważ zapach wydawał mi się wówczas przyjemnie kremowy i mleczny. Dokładniejsze zaznajomienie się z Royal Muska trochę mnie rozczarowało, ponieważ okazało się, że wybrzmiewa na mojej skórze w sposób jednoznacznie koloński. Mimo wszystko doceniam za to, że jest porządnie skomponowany i pachnie ekskluzywnie. Widzę go wyłącznie w formalnych okolicznościach. (Zapach dzienny, umiarkowanie przestrzenny, o dość dobrej trwałości).
  • Nasomatto, Pardon - zapach, który brzmi na skórze dość powściągliwie, aczkolwiek złożony jest z nut, które do powściągliwych nie należą;). Przede wszystkim jest  drzewny, głównie agarowy. Skład wskazywałby na dość słodki, może nawet cukierniczy wydźwięk, bowiem mamy tu ciemną czekoladę, fasolkę tonkę, cynamon, drewno sandałowe, jednak na mojej skórze ukierunkowuje się w stronę zapachu... biblioteki, zakurzonych starych ksiąg i papirusów. Wyczuwam również specyficzną smolistą nutę. Mnie ta kompozycja rozczarowała, ponieważ oczekiwałam sugestywnego wyeksponowania słodyczy, która stanowiłaby przeciwwagę dla niełatwego w odbiorze agaru. (Zapach zarówno dzienny, jak i wieczorowy,  bliskoskórny, o dość dobrej trwałości).
  • Comme des Garcons,  Floriental - aromat ewidentnie kojarzy mi się z jesienną aurą za sprawą drewna sandałowego i śliwek wędzonych i suszonych, czuć tu również powidła śliwkowe. Jest w tej kompozycji wyczuwalny dym, przez który próbuje się przedrzeć słodycz owoców. Często porównywany do wycofanego Sensuous Noir od Estee Lauder. Łączy je ten sam słodki korzenny rdzeń oraz fakt, że pachną z klasą. Różnica polega na tym, że Sensous Noir jest wielowymiarowy i mam wrażenie, że w tym jednym flakonie mam przynajmniej 4 różne zapachy, m.in. typowy gourmand (piernik, szarlotka), czasem jest to śliwkowo-różana kompozycja, innym razem jest na wskroś leśna za sprawą sosny i paczuli w składzie. Floriental, mimo że jednopłaszczyznowy, również zasługuje na uwagę. (Zapach zarówno dzienny, jak i wieczorowy, umiarkowanie przestrzenny, o bardzo dobrej trwałości).
  • Olympic Orchids, California Chocolate - wiernie oddany zapach delicji szampańskich z nadzieniem pomarańczowym;). Ubolewam tylko, że ten deserowy ton  trwa zaledwie kilkadziesiąt sekund, po czym zostaje bezwzględnie rozsadzony nutami wodnymi. Przez to nie odbieram tych perfum jako kwiatowo - owocowe - gourmand, tylko jako kwiatowo-wodne.
    (Zapach dzienny, bliskoskórny, o słabej trwałości).
  • Lubin, Korrigan - opisy tego zapachu nie mają nic wspólnego  z tym, jak ja go widzę. Według mnie jest spokrewniony i to blisko  z Un bois Vanille Serge Lutensa, czyli mamy tu przypalone mleko i dymną wanilię, które dopiero po kilku godzinach się wysładzają. Mimo wszystko polecam ten zapach do przetestowania, ponieważ dostrzegam w nim pewien potencjał w ukazaniu nut kremowych i alkoholowych:). (Zapach dzienny, bliskoskórny, o dobrej trwałości).
Podsumowując, jeśli tylko macie ochotę na poznanie ciekawych perfum, ale chwilowo nie bardzo wiecie, na co postawić, zachęcam do zamówienia próbek:  Mandorlo di Sicilia, Fusion Sacre Obscur i Floriental:).
Witajcie!:)

Od roku używam trzech błyszczyków marki Anastasia Beverly Hills, więc czas najwyższy, by podzielić się z Wami opinią na ich temat.

Jak wiecie, jestem fanką tego rodzaju produktów do ust. Zarówno w ofercie katalogowej, drogeryjnej, selektywnej, jak i profesjonalnej można trafić na błyszczyki o znakomitej i kiepskiej jakości. Na bazie własnych doświadczeń uważam jednak, że w wachlarzu produktów ostatnich dwóch wymienionych przeze mnie półek cenowych ryzyko trafienia na słaby produkt jest o wiele niższe. Jeśli chodzi o ABH, wiedziałam, że jedna moich ulubionych marek nie wyprodukowałaby bubli, więc byłam raczej spokojna o ten test;).

Błyszczyki różnią się formułą, ale mają też cechy wspólne. Oto kilka z nich:
  • każdy z nich bardzo dobrze nawilża usta
  • ich aplikator jest tak wyprofilowany (spłaszczony i wąski obleczony gąbeczką), by precyzyjnie umalować usta,
  • mają ciężkie, eleganckie opakowanie.

Poniżej opiszę kolory, wykończenie, stopień krycia, a także ocenię trwałość:
  • Sunset Strip - brzoskwiniowy kolor z przepiękną chłodną jasnoróżową poświatą. Ma różowe, pomarańczowe i złote drobinki. Jest transparentny. Z tego błyszczyka byłabym bardzo zadowolona, gdyby był bez drobinek (według mnie jest ich zdecydowanie za dużo, dlatego kojarzy mi się bardziej jako produkt przeznaczony dla nastolatek), mógłby mieć też lepszą trwałość, choć i tak nie jest źle. Jego formuła nieco różni się od pozostałych dwóch, co widać dodatkowo w tym, że np. nieestetycznie schodzi z ust, więc nie planuję powrotu do tego egzemplarza.
  • Weekend Barbie - bardzo odważna fuksja z niebieskim i fioletowym blaskiem, który pojawia się po dłuższej chwili od nałożenia (na zdjęciu prezentuje się dość skromnie, ale na żywo to istna petarda;). Ma różowe i fioletowe drobinki. Nie uzyskamy nim pełnego krycia, aczkolwiek oceniłabym je na 85%. Schodzi w ten sposób, że tworzy na ustach długotrwały tint. Błyszczyk wyłącznie dla osób, które czują się swobodnie w ekstrawaganckich kolorach. Ja często rozjaśniam go pomadką Candy Yum Yum z Mac. Spróbuję też innych kombinacji;). Na wersję solo poczekam do lata;). Wtedy, mam wrażenie, wyrazistym makijażom wiele uchodzi;) i nie wyglądają na przerysowane na opalonej twarzy.
  • Socialite - kremowy lakier do ust w kolorze chłodnej czerwieni. Nie zawiera drobinek. Jego konsystencja jest gęstsza od pozostałych dwóch błyszczyków, a mimo to czuję na ustach, że jest lekki. Nadaje pełne krycie. Ideał pod każdym względem - odcienia czerwieni, intensywnej pigmentacji, niesamowitej trwałości. To jeden z najlepszych błyszczyków w mojej kolekcji ♥♥♥.
Podsumowując, wiedziałam, że w ogólnym rozrachunku test wypadnie pozytywnie;). Mam teraz ochotę na więcej błyszczyków z tej serii - koniecznie muszę kupić odcienie nude! :)

Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • pojemność: 4,5 g
  • cena: 89 zł
  • PAO: 12 miesięcy
  • dostępność: drogerie internetowe z kosmetykami profesjonalnymi, perfumeria Sephora (stacjonarnie, online)

Witajcie! :)

Bardzo mi odpowiada kremowe i błyszczące wykończenie pomadek cremesheen w Mac, dlatego postanowiłam przejrzeć wszystkie jasne odcienie w obrębie tej konkretnej formuły. Uznałam, że Creme d'Nude będzie dobrą opcją, zwłaszcza że ostatnio preferuję mocno podkreślone oczy w zarówno w makijażu dziennym, jak i wieczorowym.


Marka określa ten kolor jako blady, przytłumiony, brzoskwiniowy beż. Nie zgodzę się z tym - według mnie jest to neutralny blady beż bez cienia brzoskwiniowego tonu. Uważam, że ten odcień nude jest nietypowy, nie każdemu będzie pasował, aczkolwiek mnie bardzo się spodobał już od pierwszej aplikacji:).

Ze względu na chłodną tonację świetnie będzie się komponować zarówno z ciemniejszymi, jak i brzoskwiniowymi, pomarańczowymi cieniami i pigmentami, sprawdzi się również w  nienarzucających się naturalnych makijażach na co dzień. Ja szczególnie lubię ją łączyć z mocnym akcentem na powiekach z dodatkowym podkreśleniem brązową kredką linii wodnej i dolnej powieki tuż przy linii rzęs. Nie bez znaczenia jest też mocne ocieplenie twarzy pudrem brązującym;).

Potwierdza się tu reguła, o której ktoś mi kiedyś napomknął przy okazji podzielenia się opinią na temat szminek tej firmy. Mowa o różnej jakości w zależności od koloru. Dla przykładu nawilżenie i trwałość szminki Creme d'Nude w porównaniu z Creme Cup wypada lepiej. 

Kilka osób w swoich recenzjach wspomniało o tym, iż ta konkretna pomadka w wyższych temperaturach może się topić, dlatego nie polecają zabierać jej ze sobą w torebce. Nie mogę się jeszcze do tego odnieść, ponieważ używałam jej cały grudzień i styczeń, więc nie było ku temu sprzyjających warunków;D, w związku z czym muszę stwierdzić, że dostrzegam w mojej nowej pomadce same zalety. Oto one:
  • przede wszystkim cieszy mnie jej trwałość (ponad 4 godziny),
  • ma dość oryginalny cielisty kolor,
  • bardzo dobrze nawilża usta,
  • zapewnia pełne krycie przy dwukrotnym przeciągnięciu sztyftu,
  • jest niewyczuwalna,
  • nie podkreśla suchych skórek,
  • nie migruje poza kontur ust.
Czy planuję ponowny zakup? Oczywiście, ale nie nastąpi to szybko, ponieważ najpierw muszę przetestować inne jasnobeżowe pomadki z Mac;).



Pozostałe informacje o produkcie:
  • cena:  86 zł
  • pojemność: 3 g
  • dostępność: Mac (stacjonarnie, online), Douglas (stacjonarnie, online)