Najnowsze wpisy

Witajcie! :)

Jestem fanką talentu polskiego perfumiarza Piotra Czarneckiego od momentu, gdy poznałam jego arcydzieło She Shihan:). I choć zdarzyło się, że nie wszystkie jego zapachy trafiły w mój gust, to i tak doceniam każdy z nich - w przypadku tego twórcy nie ma miejsca na bylejakość. Uważam, że są one zjawiskowe i oryginalne. Czuć w tym przedsięwzięciu niesamowitą pasję, co potwierdza m.in. najwyższa jakość komponentów perfum, dopracowanie w każdym szczególe kompozycji zapachowej, a także dbałość o to, by aromaty były przybrane w eleganckie flakony, które będą spójne z ich charakterem (wszystkie butelki projektuje Piotr Czarnecki).

W 2017 roku marka poszerzyła swoje portfolio o trzy nowe zapachy: Venom of Angel, Bluebijou oraz Kiviskin. Od razu napiszę, że z żadnym z nich nie utożsamiam się na tyle, by rozważać powiększenie kolekcji, natomiast są tak porządnym rzemiosłem, że nie mogłabym o nich nie wspomnieć na blogu.

Każdy z nich z powodzeniem może wybrzmiewać zarówno z damskiej, jak i męskiej skóry (podpowiem tylko, że najbardziej ,,kobiecy" jest moim zdaniem Bluebijou, a najbardziej ,,męski" Kiviskin).

Venom of Angel jest według opisu zamieszonego na stronie sklepu ,,Piotr Czarnecki. Ispired by Scent.":
likierowo-drzewną i przyprawowo-kokosową aranżacją świeżych zielonych nut aloesowych, przyprawioną wibrującym czarnym pieprzem. Spokojną słodycz likieru trzcinowego równoważy mroczne sakralne kadzidło. Akord cedrowo-kokosowy na tle nut likierowych nawiązuje do atmosfery klubowej. Kompozycja choć pozornie lekka, łatwa i miła w odbiorze jest zaskakująco oryginalna i intrygująca.  (http://www.piotrczarnecki.net/pl/glowna/9-ww.html)
Gdybym miała opisać ten zapach jednym zdaniem, powiedziałabym, że wyczuwam w nim wyraźne echo Chanel Chance eau de toilette z dodatkiem wiórków kokosowych, a może nawet pralin Rafaello, bowiem ujawnia się tu również aromat zbliżony do białej czekolady bądź białego kremu mlecznego.

Niech Was jednak nie zmyli ten zabieg, bowiem kompozycja nadal pozostaje wytrawna - udało się poskromić jej dość wyniosły charakter za sprawą akordu deserowego, natomiast według mnie Venom of Angel nadal pozostaje w kategorii poważnych i eleganckich zapachów do tzw. białej koszuli


źródło zdjęcia - http://www.piotrczarnecki.net/pl/glowna/9-ww.html
Marzyło mi się, że Bluebijou będzie soczystym jagodowym zapachem na słodkiej czekoladowo-likierowej bazie. Chyba nie chciałam dopuszczać do swoich myśli istnienia tych kilku zielonych nut, które przemykały gdzieś na końcu składu;). Okazało się jednak, że  mają one tu wiele do powiedzenia! ;).

Perfumiarz informuje, że Bluebijou jest:
zapachowym odbiciem koloru szafirowego, granatu oraz odcieni czerni i  fioletu. Moda, styl i kolor zainspirowały wrażenie zapachowe namalowane aromatami czarnych jagód i czarnych fiołków, zdobiącymi bazę zapachu zawierającą kakao z truflą i liściem fiołka. Czarny koniak unosi się między czarnym agarem, a kaszmirowymi drzewami, łącząc tło stworzone przez uzależniające luksusowe piżmo i ambrę.(http://www.piotrczarnecki.net/pl/glowna/2-blouse.html)
Odbieram ten zapach zupełnie inaczej niż wszyscy, którzy zechcieli podzielić się w Internecie swoimi spostrzeżeniami. Recenzje na ogół ujmują go w ramy gourmand - według mnie jest to zapach jagód na zielonym, aromatycznym tle, przy jednoczesnym  nadaniu mu lekkości za sprawą akordu wodnego.  Innymi słowy jest to słodycz jagód rozmyta porannym deszczem, i gdybym nie znała pełnego składu, powiedziałabym, że również liśćmi bambusa, lotosem i magnolią.

Mój nos nie odnotowuje ani jednej apetycznej nuty z tego jakże bogatego składu, a zatem nie czuję ani ziaren kakaowca, ciemnej czekolady ani trufli, tym bardziej nie ukazuje się na mojej skórze koniak. Kompozycja jest w odbiorze bardzo krystaliczna. Mimo wszystko udało się w jakiś przemyślny sposób tak zmieszać wszystkie proporcje, by oddać nam do użytkowania bardzo wyrafinowany zapach. Sami dobrze wiecie, jak łatwo o banał w tego typu grupie olfaktorycznej, dlatego, żeby przekonać się, że można jednak inaczej, zachęcam do poznania Bluebijou:).

źródło zdjęcia - http://www.piotrczarnecki.net/pl/glowna/2-blouse.html

Zanim zdecydowałam się zamówić próbkę, nie dawałam tej kompozycji żadnych szans, a okazało się, że najbardziej mi się spodobała:).  Zanim przejdziemy do mojej opinii, spójrzmy jak definiuje swój zapach Piotr Czarnecki:
Kiviskin zainspirowany jest stylem ubrań i galanterii skórzanej. Nuty miękkiego zamszu zostały w nim podkreślone aromatem orzechów laskowych i skontrastowane goryczą skórki orzecha włoskiego oraz świeżością liści fiołka. Ciepły tytoń przyprawiony pieprzem, gałką muszkatołową i pimento na tle akordów ambrowych tworzy impresję wnętrz klubów, samochodów, jachtów wykończonych skórzaną tapicerką. Uosobienie pewności siebie, oryginalności, ciepła i spokoju. (http://www.piotrczarnecki.net/pl/glowna/8-kiviskin.html)
To najbardziej ekskluzywny i najbardziej wymagający zapach z całej trójki. Wielowymiarowa leśna i żywiczna świeżość brawurowo została zestawiona z zapachem skórzanej tapicerki. Te dwa obrazy stanowią równoważne siły, które górują nad pozostałymi nutami w takim dość apodyktycznym stylu, co oznacza, że nie pozostawiają im praktycznie żadnego pola do działania;). Całość nie jest przerysowana, ani ekscentryczna. Jeśli cenicie zapachy, które wyróżniają się na tle innych, są dynamiczne, wielopłaszczyznowe i z klasą, koniecznie sięgnijcie po tę propozycję marki.

Tak jak napisałam wcześniej, zapach ewidentnie zmierza w stronę męską, aczkolwiek potrafi równie pięknie rozgościć się na damskiej skórze. W gruncie rzeczy uważam, że to właśnie kobiety bardziej docenią Kiviskin aniżeli mężczyźni.

źródło zdjęcia - http://www.piotrczarnecki.net/pl/glowna/8-kiviskin.html

Dodatkowe informacje o perfumach:
  • cena: Venom of Angel - 490 zł; Bluebijou - 460 zł; Kiviskin - 540 zł
  • pojemność: 100 ml 
  • parametry: trwałość - dobra, projekcja - duża (według mnie większa niż na długość ramion)

Witajcie! :)

Lubię czytać na innych blogach o kosmetycznych podsumowaniach w pigułce, więc tym razem i ja postanowiłam zaproponować coś podobnego;). W moim subiektywnym przeglądzie kosmetycznym przeczytacie o dobrych kosmetykach, których zakup warto rozważyć. Mogłabym poświęcić każdemu z nich osobny post, ale - szczerze mówiąc - łatwiej mi ując opis każdego z nich w takiej skondensowanej formie.

Zacznę od płynnej matowej pomadki Ultra Satin Lip marki Colourpop. Mój kolor to London Fog, który jest intensywną czerwienią w chłodnej tonacji. Wykończenie jest z pogranicza satynowego i matowego. O dziwo pomadka na ustach wygląda rewelacyjnie: nie uwydatnia załamań, nie wygląda sucho, nie wykrusza się od wewnętrznej strony warg. Jest lekka, komfortowa, rewelacyjnie wygląda nałożona również na błyszczyk (jaką ten duet ma trwałość!).  Jedyną wadą jest to, że ciemnieje, więc przy wyborze tego kosmetyku nie można sugerować się kolorem opakowania.


Miałam okazję używać kilku maskar marki Max Factor i uważam, że Masterpiece HD  jest zdecydowanie najlepsza. Jej jakość w zupełności odpowiada moim oczekiwaniom, ponieważ uzyskuję idealne rozdzielenie, pogrubienie i wydłużenie rzęs. Tusz jest, jak każdy spod szyldu tej marki, bardzo trwały. Żeby uzyskać spektakularny efekt można dołożyć kolejne warstwy i zapewniam, że nie zobaczycie ani jednej grudki;). Rzęsy są sprężyste, nie mam uczucia ciężkości jak to było w przypadku tuszu Infinito marki Collistar czy np. po doklejeniu sztucznych rzęs (nigdy więcej takich eksperymentów!;D). Wadą jest bardzo mała pojemność produktu.


Mam wrażenie, że krem Epitheliale A. H Duo A-Dermy działa podobnie jak wersja Dermalibour+ z miedzią i cynkiem, tyle że jego formuła jest tak dopracowana, by można było go nakładać również na co dzień pod makijaż.

Producent informuje, iż jest to regenerujący krem przeznaczony do skóry uszkodzonej na skutek zabiegów dermatologii estetycznej (peelingów chemicznych, laserów, mikrodermabrazji), innych zmian w naskórku, które mogą pozostawiać trwałe ślady. Doskonale sprawdzi się również przy codziennych uszkodzeniach skóry: otarciach, skaleczeniach i oparzeniach. Zawarta w nim opatentowana innowacja Cicahyalumide® to połączenie dwupeptydu aminokwasów L-alaniny i L-glutaminy, ekstraktu z młodych pędów owsa Rhealba® oraz kwasu hialuronowego. Dzięki temu innowacyjnemu kompleksowi skóra szybciej się regeneruje, jest odpowiednio nawilżona.

Opis brzmi poważnie, ale nie ma obaw - można go stosować w codziennej pielęgnacji. Moja skóra dość często jest zaczerwieniona od mrozu przez wiele godzin, zdarza się też, że podrażniają ją niektóre maski algowe czy nowe podkłady. Gdybym nie miała tego kremu, musiałabym zmagać się z tymi zmianami przez 2-3 dni. Mając pod ręką ten magiczny wręcz kompres, mogę uporać się z problemem dosłownie w chwilę:).


Dodatkowe informacje o kosmetykach:
  • cena:  pomadka - ok. 42 zł +koszt wysyłki/ tusz - 30-45 zł/krem - 42 zł i 62 zł w zależności od pojemności, na którą się zdecydujemy
  • pojemność: pomadka - 3,2 g/ tusz - 4,5 ml/ krem - 40 ml i 100 ml
  • dostępność: pomadka - m.in. drogerie internetowe z kosmetykami profesjonalnymi, tusz - drogerie stacjonarne i internetowe, krem - apteki
Witajcie! :)

Dokonano zmian w formule tego podkładu i żadne zapewnienia nie przekonają mnie, że to ten sam produkt, tyle że w innym opakowaniu. Mnóstwo kobiet wyraziło swoje rozczarowanie w recenzjach na blogach, serwisach dla kobiet czy chociażby w sekcji opinii na stronach perfumerii. Nie zrozumcie mnie źle - to jest nadal świetny podkład, ale już w innej kategorii (na pewno nie w rozświetlającej).

Poprzednia wersja Teint Miracle od Lancome była urzeczywistnieniem wyobrażenia o idealnym rozświetleniu. Rozświetleniu, które faktycznie odmładzało i upiększało cerę za sprawą niespotykanej kombinacji perłowych pigmentów. Nie chcę, żeby zabrzmiało to infantylnie, ale naprawdę nie mogłam wyjść z podziwu dla marki, gdy zobaczyłam jak pięknie prezentuje się cera i cały makijaż na perfekcyjnym płótnie tego podkładu;). To prawda, że po dwóch godzinach mocno się wyświecał, ale wystarczyło tuż po nałożeniu zaledwie musnąć strefę T np. słynnym pudrem Laury Mercier i jego nadmierny blask został ujarzmiony.

Nowsza wersja ma nową butelkę, nowy ,,ulepszony" skład i nową, oczywiście wyższą cenę - brakuje tylko frajdy przy użytkowaniu, bo zniknął gdzieś ten unikatowy blask, z którego dotychczas znany był tylko Teint Miracle...

Teraz jest to bardzo dobry podkład satynowy. Świetnie będzie wyglądał na właścicielkach cer suchych, normalnych i mieszanych.  Do jego zalet należy zaliczyć to, że:
  • jest trwały, 
  • lekki,
  • niewidoczny na skórze,
  • nie przesusza,
  • kamufluje rozszerzone pory, choć już nie w takim stopniu jak stara wersja.
Jeśli chodzi o wady, wymieniłabym dwie:
  • jeśli nie mamy w zwyczaju ,,zasypywania" podkładu pudrem tuż po nałożeniu, musimy liczyć się z tym, że po kilku minutach ściemnieje,
  • alkoholowy zapach (poprzednia wersja pachniała jak dobre kwiatowe perfumy;)).
Czy kupię go ponownie? Jest wiele dobrych satynowych podkładów w znacznie niższej cenie, więc nie planuję powrotu do Teint Miracle.

Odcień mojego podkładu - 03 Beige Diaphane:



Dodatkowe informacje o kosmetyku:
  • cena:  189 zł
  • PAO: 12 miesięcy
  • pojemność: 30 ml
  • dostępność: perfumerie stacjonarne i internetowe
Witajcie! :)

Jakimi walorami muszą się cechować rozświetlacze, by zyskały Wasze uznanie? Powinny dawać efekt jednolitego mokrego blasku, mogą być bardziej metaliczne, satynowe czy dopuszczacie może ewentualność istnienia drobinek? 

Ja akceptuję zarówno rozświetlacze, które zapewniają efekt tafli, jak i te satynowe, byleby nie miały drobinek. Drugą właściwość, która stoi na równi z wykończeniem jest absolutne wygładzenie struktury skóry, dlatego też jeśli zauważę choćby minimalne uwydatnienie zmarszczek, uznaję, że produkt nie jest najlepszej jakości.

Jeśli w moje ręce trafią rozświetlacze z milionem oślepiających drobinek, od razu kwalifikuję je do zastosowania w innym celu niż ten, do którego zostały przeznaczone. Tak też było z tymi z Inglota i Narsa.

  • Inglot, sypki rozświetlacz do twarzy i ciała Sparkling Dust w odcieniu oznaczonym jako 01- według marki kosmetyk ten to subtelny, a jednocześnie mocno napigmentowany rozświetlacz do twarzy i ciała, polecany na co dzień i niezastąpiony podczas sesji fotograficznych. Stosowany indywidualnie na dowolną partię ciała naturalnie ożywia skórę, a w połączeniu z podkładem do twarzy czy różem do policzków podkreśla i rozświetla ich odcień. Doskonale sprawdza się po okresie zimowym, kiedy zmęczona, poszarzała cera potrzebuje blasku. Ani on subtelny, ani mocno napigmentowany - to po prostu zmielony perłowo-srebrzysty brokat na jasnobeżowej bazie. Jako rozświetlacz do twarzy jest totalnym nieporozumieniem, aczkolwiek mimo wszystko zyskał miano mojego największego odkrycia roku w kategorii ,,cień do powiek";). Jest trwały, nie roluje się i nie osypuje. Nałożony na bazę, korektor czy na mokro zawsze robi na mnie niesamowite wrażenie. Wiecie, że lubię takie mieniące się wynalazki;), stąd też moje niegasnące uwielbienie np. dla Water Dream Nabli, a teraz jeszcze na podium wskoczył ów Sparkling Dust;). Stosuję go również latem do rozświetlania ciała po uprzednim zmieszaniu z balsamem nawilżającym.
  • Nars Orgasm, wielofunkcyjna emulsja rozświetlająca (mam ją w wersji podróżnej w pojemności 8 ml) - według producenta lekka i skrząca się formuła rozświetlacza ma przywracać świeżość i blask twarzy. Kosmetyk perfekcyjnie się rozprowadza, odświeża i upiększa cerę, dając jej opalizowany blask. Jako że rozświetlacz ma widoczne drobinki i jest za ciemny (brzoskwiniowo-brązowy), musiałam znaleźć dla niego inne zastosowanie. Pierwszy pomysł, który przyszedł mi do głowy, to zmieszać go z cięższymi matowymi podkładami w proporcji 1:1 i sprawdzić czy uda się uzyskać efekt promiennej cery. Cel został osiągnięty:). Ładnie też wygląda nałożony na usta i pokryty bezbarwnym błyszczykiem.

Pierwsze zdjęcie - Sparkling Dust z Inglota na powiekach, drugie - rozświetlacz z Narsa na ustach i kościach policzkowych:



Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • cena:  Inglot - 49 zł, Nars - 155 zł
  • PAO: Inglot - 18 miesięcy, Nars - 12 miesięcy
  • pojemność: Inglot - 2,5 g, Nars - 30 ml
  • dostępność: strona internetowa Inglota, salony Inglot, Sephora

Witajcie! :)

Znam kilka osób, które sięgają po niektóre swoje ulubione perfumy tylko raz w roku (np. w Wigilię, rocznicę ślubu) bądź otaczają się danym zapachem wyłącznie przez jakiś krótki czas (mam tu na myśli np. bursztynowe/ambrowe aromaty na schyłek lata i początek jesieni oraz korzenne na okres okołoświąteczny i świąteczny). W związku z tym, że mój zbiór składał się z zapachów, których używałam tak naprawdę w dowolnym momencie, o ile tylko uznałam, że są one spójne z moim nastrojem i stylizacją, sądziłam, że nie ma sensu ograniczać sobie tej przyjemności:).


Gdy pewnego dnia moją kolekcję zasilił wyjątkowy Salim Bagh 1619, będący dziełem polskiej niszowej marki perfumeryjnej Tabacora Parfums, uświadomiłam sobie, że chęć otaczania się aurą danego aromatu zaledwie przez chwilę czy choćby dłuższą chwilę być może ma jakiś sens...

Zacznę jednak od tego, że te perfumy są moim zdaniem doskonałą interpretacją jesieni - takiej, która zdążyła się już rozgościć, czyli mógłby być to koniec października i całym listopad. Jest w tym flakonie zamknięty deszcz i przeszywający wiatr, liście leżące na mokrej ziemi, zapach lasu po nocnej ulewie, zarówno ususzone, jak i dojrzałe czerwone róże.

Aromat jest na skórze bardzo zmienny: czasem na wskroś ziemisty, świeży, wytrawny, czasem gęsty i słodki za sprawą wyśmienitego współbrzmienia róży oraz  duetu wanilii i bursztynu. Te dwa oblicza perfum na ogół harmonijnie się przenikają, zdarza się jednak, że odsłaniają się na skórze jako odrębne natury.

Piramida zapachowa:
górne nuty: szafran, róża, irys
środkowe nuty: cypriol, balsam gurjan, agar
dolne nuty: agar, paczula, bursztyn, piżmo, wanilia


Kompozycja jest odważna, wymagająca i zarazem... onieśmielająca. Mimo oczywistego rozmachu, który charakteryzuje te perfumy, warto też wspomnieć, że są one w pewien specyficzny sposób spójne charakterologicznie ze słynnymi Perłami marki Lalique - łączy je ten sam nostalgiczny  ton.

Dwa lata temu pisałam na blogu o attarze Salim. Dla wszystkich, których ciekawi jak na ich tle wypada ekstrakt, wyjaśnię, że wersja w olejku wybrzmiewa w dalszej fazie rozwoju na skórze pudrową różą. Wyraźnie wyznaczono w niej granicę między spektakularnym balsamicznym i ziemistym otwarciem, a wyjątkowo sensualną dojrzałą różą. Uważam, że jest to aromat wielowymiarowy i zaskakujący. Ekstrakt natomiast pozbawiony jest tej pudrowości, jest też bardziej przewidywalny, aczkolwiek nie uznaję tego za wadę w kompozycjach bogatych w dobrej jakości składniki.
Powracając do tego, o czym napisałam na wstępie, z uwagi na to, że zapach naprawdę mnie onieśmiela swoim rozmachem, nie wyobrażam sobie go nosić przez cały rok. Z przyjemnością natomiast sięgnę po niego późną jesienią, czyli wówczas, gdy będzie mógł idealnie dopasować się do szarugi i  zdoła go poskromić wiatr;).

PS. Jeśli zapoznacie się ze składem i pomyślicie, że przecież o połączeniu róży i drewna agarowego powiedziano w sztuce perfumeryjnej już wszystko, spróbujcie zmierzyć się z tą propozycją marki Tabacora Parfums:).

Pozostałe informacje o perfumach:
  • parametry użytkowe  - trwałość całodzienna, projekcja bardzo dobra
  • dostępność - perfumerie niszowe i orientalne
  • cena - 50 ml ekstraktu - 650 zł
  • perfumy wygrałam w konkursie na blogu Sabbath of Senses
Witajcie! :)

W dzisiejszym poście podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami na temat dwóch cieni oraz dziesięciu pimentów, które mam w odsypkach. Produkty wychodzą spod szyldu polskiej marki Glam, której właścicielką jest Hania Knopińska.

Kolory i wykończenia przedstawiam według własnego uznania - nie sugerowałam się firmowymi opisami, bo z większością nie do końca się zgadzam;). Być może jest tak dlatego, że wyglądają one inaczej w wyprasce i słoiczkach, inaczej na dłoni, a jeszcze inaczej na oczach. Na oczach oczywiście najkorzystniej, więc skupię się tylko na tym aspekcie.

Cienie:
  • czekoladowa róża - jasny wrzosowy z domieszką brązu (metaliczny). Cudownie się prezentuje, gdy cały makijaż jest utrzymany w neutralnym pudrowym różu, a kropkę nad i stanowi rozświetlacz z białym pigmentem;). Cień niesamowicie podkreśla urodę.  Niestety zdjęcia w internecie nie oddają jego uroku, więc musicie uwierzyć mi na słowo, że jest wyjątkowy;). Pod względem wizualnym i kolorystycznym najlepiej wygląda wtedy, gdy nałożony jest na korektor, na bazie podkreśla wszelkie załamania powieki, staje się też o ton ciemniejszy, co akurat mi nie odpowiada.
  • curry - słoneczny pomarańczowy zmieszany z kolorem przyprawy curry (metaliczny). Świetnie wygląda w zestawieniu z pudrem brązującym utrzymanym w średniej ciepłej tonacji i bezbarwnym bądź jasnym błyszczykiem - ten dość ekscentryczny kolor ewidentnie nie lubi konkurować z wyrazistymi ustami. Zarówno na korektorze, jak i bazie cień prezentuje się bardzo dobrze.

Pigmenty:
  • kosmo - ceglasto-różowy ze złotymi drobinkami (satynowo-metaliczny). Wyjątkowy kolor, który moim zdaniem podkreśli każdą tęczówkę.  Do jesiennych makijaży będzie jak znalazł;).
  • różowy rubin - różowo-brązowy  ze srebrzystym blaskiem (metaliczny/foliowy). Często porównuje się go do cienia czekoladowa róża. Moim zdaniem to dwa różne kolory, co widać nawet na zdjęciach zamieszczonych poniżej. Różnica jest widoczna zarówno w barwie, wykończeniu, jak i intensywności połysku. Uwielbiam ten pigment za efekt tafli ♥.
  • satyna - chłodny cielisty beż  (metaliczny). Jeśli szukacie bezpiecznego, ale jednocześnie efektownego koloru do makijaży dziennych, to satyna będzie idealnym wyborem.
  • cukier puder - błękitno-różowy  (efekt pokruszonej bombki). Ten pigment ma formułę płatków, które dość dobrze rozprasowują się na bazie. Największe wrażenie robi w pełnym słońcu *_*. Raczej nie nadaje się do dziennych makijaży (ewentualnie jako akcent na środek powieki).
  • utopia miedziany brąz (metaliczny). Bardzo podobny do cienia Sweet Sound z palety Naturally Yours. W końcu trafiłam na godny zamiennik:).
  • glam - złoto z domieszką moreli (metaliczny).  Uwielbiam w nim to, że dosłownie iskrzy milionem srebrnych i seledynowych drobinek. Warto nałożyć go na bazę, ponieważ na korektorze może się zrolować.
  • bestseller - chłodny brąz (metaliczny). Na dłoni wydał mi się taki zwyczajny, natomiast okazało się, że wystarczy rozetrzeć go tuż na powieką ciepłym brązowym cieniem bądź pudrem brązującym, żeby makijaż od razu ,,nabrał życia" ;).
  • goły - naturalny waniliowy kolor z  seledynowymi, złotymi i różowymi drobinkami (satynowy). Nie lubię go, ponieważ nierównomiernie pokrywa powiekę.
  • konfetti - wielokolorowy brokat (m.in. niebieski, granatowy, czerwony, zielony, srebrny). Ładnie będzie wyglądał na czarnym eyelinerze bądź nałożony na  środek powieki na inny cień (trzeba będzie użyć specjalnego kleju do brokatu). W moim makijażu, nawet tym sylwestrowym czy wieczorowym, tak ekstrawagancki pigment nie jest potrzebny.
  • luna - turkusowy (perłowy). Pomijając już to, że do mojego typu urody takie kolory nie pasują, niestety muszę stwierdzić, że pigment nie wywarł na mnie pozytywnego wrażenia - nie ma tu wielowymiarowości koloru, na powiece prezentuje się jak zwykły cień z tandetnym perłowym połyskiem.
Podsumowując, po przetestowaniu dwóch cieni jestem bardzo ciekawa kolejnych, ponieważ przede wszystkim są trwałe i mają miękką konsystencję, czyli taką, jaką lubię najbardziej. Poza tym nie mam żadnych problemów przy rozcieraniu, nawet wtedy, gdy mocno dociskam pędzlem do skóry. Jeśli chodzi o pigmenty, jestem jak najbardziej na tak i z pewnością jeszcze kiedyś przeczytacie o nich na moim blogu;).

Ulubione cienie i pigmenty użyte w makijażu (kolejno: czekoladowa róża, curry, kosmo, różowy rubin, satyna, cukier puder, utopia, glam): 


Dodatkowe informacje o produktach:
  • cena ----> cień czekoladowa róża - 12 zł, cień curry - 16 zł, pigmenty - 13 i 16 zł
  • gramatura ----> cienie - 1,8 g; pigmenty -5 ml
  • dostępność  ----> sklep internetowy Glam-Shop.pl
  • cienie można nakładać na sucho i na mokro
  • produkcja w Polsce
  • produkty oraz ich składniki nie są testowane na zwierzętach
Witajcie! :)

W kwestii pomadek Mac jestem aktualnie na etapie realizacji swojej listy:). Przyjrzałam się już wszystkim jasnym chłodnym odcieniom różu oraz cielistym kolorom i już wiem, które powinny jak najprędzej znaleźć się w moim zbiorze;).

Kiedy swego czasu opublikowałam na blogu recenzję szminki Costa Chic, zarzekałam się, że nie zdecyduję się po raz kolejny na egzemplarz z tej metaliczno-satynowej rodziny frost. Przekonał mnie dopiero argument, że formuła pozostałych odcieni jest lepsza, a co za tym idzie, efekt na ustach jest znacznie ładniejszy. Zdecydowałam się zatem na bliźniaka kolorystycznego Creme Cup, czyli Angel (zgadza się, nie widzę różnicy w barwie;)), bo uwielbiam ten pochmurny róż z kropelką lawendy.

Pomadka nadaje ustom przepiękny srebrzysty blask, który - trzeba zaznaczyć - nie jest tandetny. Przez jakieś pół godziny prezentuje się tak, jakbyśmy nałożyły błyszczyk, później natomiast przeobraża się w wykończenie satynowe z domieszką metaliczności

Aplikuje się bardzo łatwo -  sztyft w w zetknięciu z wargami zachowuje się niczym balsam do ust.

Tyle tytułem wstępu. Teraz chciałabym zaproponować nieco inną formułę prezentacji kosmetyku, a mianowicie stworzyłam listę jego zalet i wad. Myślę, że tak będzie szybciej i łatwiej będzie można wychwycić konkrety;).


Co zaliczam do zalet? 
  • piękny kolor oraz nietypowy i  elegancki zmrożony połysk
  • bardzo dobre nawilżenie ust
  • dobre krycie przy dwukrotnym przeciągnięciu sztyftu
  • niewyczuwalna na ustach 
  • nie podkreśla suchych skórek
  • nie migruje poza kontur ust
Co zaliczam do wad?
  • słaba trwałość  (ok. 2 godziny)
  • nieestetyczne schodzenie pomadki z ust

Podsumowując, trwałość zawsze będzie dla mnie wyznacznikiem jakości i w tym przypadku muszę stwierdzić, że niestety nie zamierzam ponawiać zakupu szminki, aczkolwiek zużyję ją bez większego narzekania;). Będę po prostu kontrolować jej wygląd i usuwać tworzącą się na wewnętrznej stronie ust białą linię. Za to z przyjemnością wrócę do wspaniałej Creme Cup;). 


Dodatkowe informacje o produkcie:
  • cena:  86 zł
  • pojemność: 3 g
  • dostępność: salony MAC oraz sklep internetowy MAC
Witajcie! :)

Perfumy, o których chcę Wam dzisiaj opowiedzieć długo czekały na recenzję. Dziś wiem, że dobrze się stało, ponieważ dzięki temu miałam możliwość przyjrzeć się jak pachną przez cały rok, a także zestawić swoje pierwsze odczucia z ugruntowaną już opinią na ich temat.

Lira jest przede wszystkim waniliowa i jednocześnie słodka w takim gęstym, zawiesistym wydaniu. Wiele osób pomyślało pewnie w tej chwili, że piszę o ulepnym i nijakim zapachu, ale zapewniam, że mamy do czynienia z czymś niesamowitym:). 

Trafiłam na Lirę na łamach internetowego magazynu o perfumach, gdy poszukiwałam podobnych perfum do wycofanej już L de Lolita Lempicka. Określenia w stylu klon i bliźniak L-ki sprawiły, że jeszcze tego samego dnia musiałam zweryfikować porównania zaprezentowane w recenzjach.

Wtedy rzeczywiście uznałam, że jest to wierna kopia, ale taka z rozmachem. Dziś wyczuwam różnice, które sprawiają, że postrzegam te zapachy jako podobne, a nie identyczne. Łączy je charakterystyczny zapach świeżo upieczonego ciasta drożdżowego, którego aromat jest niesiony przez podmuch gorącego piekarnika. Poza tym tożsame są: wysokiej jakości wanilia oraz maestria, z jaką przebijają się na zmianę słodkie i cierpkie cytrusy. Różnica polega na tym, że w L-ce można wyróżnić słoną oprawę, natomiast Lira jest na wskroś słodka.


Ewidentnie jawią mi się dwa obrazy, które doskonale oddają jej charakter. Wyobraźmy sobie, że jest ponury zimowy dzień. Wracamy do domu z pracy wyjątkowo zmęczeni, z bagażem niezbyt miłych sytuacji, które nie wiadomo dlaczego postanowiły się nawarstwić akurat dzisiaj. Od frustracji dzielą nas być może sekundy, gdyby nie to, że już od progu drzwi dociera do nas aromat ciasta drożdżowego z kruszonką oraz kandyzowaną skórką pomarańczy i cytryną. Kto myślałby wówczas o problemach?:)

Drugi obraz związany jest z piknikiem urządzonym nieopodal pola lawendowego. Jest wietrznie, dzięki czemu zapach znajdujących się w koszyku pyszności, czyli rogalików z nadzieniem karmelowym, soczystych pomarańczy, drożdżówek, bułeczek cynamonowych przenika się ze świeżą wonią tych fioletowych krzewów.

Przeważnie wszyscy piszą w kontekście tej kompozycji o tym, iż doskonale wybrzmiewa w mroźne dni, choć według mnie traci wtedy na wielowymiarowości i projekcji. Bardziej widzę ją w aurze wiosenno-letniej, kiedy wyczuwam wszystkie jej wyśmienite odsłony - ociekającą karmelem i wanilią cukierniczą bazę, cytrusowe oraz korzenne nuty, a także specyficzny suchy i zarazem świeży ton.
Perfumowa piramida:
nuta głowy: bergamotka, czerwona pomarańcza i lawenda
nuta serca: egipski jaśmin, cynamon i lukrecja (kwiat)
nuta bazy: piżmo, wanilia i karmel
Zależało mi na tym, żeby pokazać, że Lira nie jest mdła. Jeśli przekonuje Was wzbogacenie zapachu o powiew roślinnej świeżości i kwaśność cytrusów, to serdecznie zachęcam do przetestowania. Warto też wspomnieć, że jakość składników jest naprawdę fenomenalna - każda z nut została odwzorowana realistycznie.

Pozostałe informacje o perfumach:
  • parametry użytkowe  - trwałość całodzienna, projekcja przeciętna zimą, dobra latem
  • przeznaczenie - okazje nieformalne; raczej na dzień
  • dostępność - perfumerie niszowe
  • cena - pojemność 30 ml - 375 zł, 100 ml - 1045 zł
  • Niedawno Xerjoff zdecydował o wyodrębnieniu kolekcji Casamorati jako samodzielnej marki
Witajcie! :)

Na początku grudnia, przy okazji wpisu dotyczącego kosmetyków mineralnych od Lily Lolo, wspomniałam, że pozostałe produkty z zestawu, które otrzymałam do zaprezentowania na blogu wymagają jeszcze czasu, by móc wystawić im wiarygodną opinię. Dzisiaj z pełnym przekonaniem mogę napisać, że każdy z nich jest świetny, dlatego tym razem już na wstępie zachęcam Was do wypróbowania ich na własnej skórze:).


Zacznę od sypkiego podkładu z filtrem SPF15. Mam odcień Warm Honey, który jest ciepłym kolorem przeznaczonym dla średniej karnacji. Ma wyważoną dozę żółtego pigmentu.

Zanim się go nałoży wskazane jest, by wykonać peeling i zadbać o nawilżenie cery, ponieważ może podkreślić przesuszone miejsca na skórze. Postępujemy jak w przypadku wszystkich mineralnych podkładów, czyli nakładamy go dedykowanym do tego celu pędzlem i rozprowadzamy kolistymi ruchami.

Informacja od producenta:
Siłą podkładów mineralnych Lily Lolo jest bez wątpienia ich prosty skład. Nie ma tutaj miejsca dla drażniących substancji chemicznych, syntetycznych substancji zapachowych, wypełniaczy czy parabenów. Podstawą natomiast jest grupa składników pochodzenia naturalnego. Korzyści z używania podkładu mineralnego to nie tylko natychmiastowy efekt pięknej i promiennej cery, ale również po dłuższym stosowaniu minerałów – właściwości łagodzące. Kosmetyki Lily Lolo mogą być stosowane nawet przez osoby o cerze trądzikowej lub ze skłonnością do alergii i zaczerwienień, ponieważ nie podrażniają i nie zapychają porów, jednocześnie zapewniając dobre krycie.
Podkład dozuje się bez problemu, ponieważ otwory w sitku są wystarczająco duże, by już za pierwszym razem przesypać odpowiednią ilość potrzebną do pokrycia całej twarzy.

Zapewnia krycie na poziomie od lekkiego+ do średniego (większe niedoskonałości trzeba zatuszować korektorem), ładnie scala się z cerą, nie podkreśla rozszerzonych porów.  Zaleca się wykańczać i utrwalać go mgiełką, ale i bez niej wygląda na skórze bardzo dobrze, ponieważ nie ma pudrowego i suchego wykończenia. Ponadto jest trwały, nie zapycha i nie warzy się.

Jeśli nie jesteście pewne, na który odcień się zdecydować, istnieje możliwość zamówienia próbek bądź dopasowania odpowiedniego koloru według tabeli, którą  znajdziecie tutaj ---> http://www.costasy.pl/menu,139,jak_dobrac_idealny_podklad.

Skład podkładu:
  • mika (Mica) – to właśnie mice podkłady zawdzięczają swoją lekkość i jedwabistość,
  • tlenek cynku (Zink Oxide) – posiada właściwości antybakteryjne i kryjące,
  • dwutlenek tytanu (Titanium Dioxide) – biel tytanowa; ma działanie kryjące,
    i jest naturalnym filtrem UV,
  • tlenki żelaza oraz ultramaryna – pigmenty mineralne.
Jeśli chodzi o pędzel Super Kabuki, na ten moment mogę podzielić się jedynie pierwszym wrażeniem, ponieważ pełną recenzję w przypadku tego typu akcesoriów publikuje się najwcześniej po sześciu miesiącach użytkowania.

Zdążyłam się zorientować, że jest to jeden z najpopularniejszych pędzli marki i już wiem, dlaczego zyskał miano ulubieńca wielu kobiet:). Doceniłam jego walory wizualne, solidne wykonanie oraz wysokiej jakości syntetyczne włosie, które jest sprężyste i bardzo miękkie, co sprawia, że wykonywanie makijażu jest przyjemnością:). Nie zauważyłam, by przez okres dwóch miesięcy wypadł z niego choćby jeden włos.

Super Kabuki jest dużym pędzlem (wysokość trzonka - 3 cm, wysokość samego włosia - 4 cm,  średnica szczytu włosia - ponad 5 cm), ponadto jest wyprofilowany w taki sposób, że z łatwością dotrze do małych partii twarzy takich jak skrzydełka nosa czy okolice oczu, co oznacza, że można nim zaaplikować podkład dosłownie w okamgnieniu;).

Kolejnym produktem, który testowałam była mgiełka utrwalająca. Przeznaczona jest do wykończenia i utrwalenia makijażu, który po jej użyciu ma prezentować się perfekcyjnie (bez smug i osadzania się w zmarszczkach). Zawiera w składzie:
  • aloes i pantenol, które mają właściwości kojące, nawilżające oraz zatrzymujące wodę w skórze,
  • ekstrakt z zielonej herbaty, który jest silnym antyoksydantem. 
Od razu można zauważyć, że nadaje skórze intensywnie świetliste wykończenie. Odmieni każdy ciężki i pudrowy podkład w lekki i upiększający. Jeśli mimo wszystko tuż po nałożeniu podkładu pojawią się jakieś suchości, mgiełka na pewno je zniweluje.

Mogę potwierdzić to, że przedłuża trwałość makijażu, ale tak jak wspomniałam wcześniej, mnie w zupełności zadowala wykończenie i trwałość podkładu mineralnego, więc na ogół sięgam po nią, gdy potrzebuję ulepszyć inne podkłady;). Jeśli miałabym wskazać jakąś wadę, byłby nią atomizer, który dozuje za dużo produktu (tak duże krople trudno nazwać mgiełką;)). Warto zatem spryskiwać twarz z nieco większej odległości.

Makijaż z podkładem mineralnym w roli głównej;)

Dodatkowe informacje o produktach:
  • cena regularna: podkład - 81.90 zł; pędzel - 91.90 zł; mgiełka - 60.40 zł
  • PAO: podkład - 24 miesiące; mgiełka - 6 miesięcy
  • pojemność: podkład 10 g w 40 ml słoiczku; mgiełka - 50 ml
Z przyjemnością poczytam w komentarzach o Waszych doświadczeniach z kosmetykami tej marki:).
Witajcie! :)

Świat perfum, mimo że pozornie nosi znamiona hermetycznego, jest otwarty na żądnych porywającej przygody podróżników zapachowych:). Wkraczając do niego, od razu mamy przeświadczenie, że już się nie wycofamy - poddajemy się prądowi i chcemy wniknąć w tę rzeczywistość jeszcze bardziej. Po czasie, kiedy poczujemy się już pewniej, zauważymy, że ogromną frajdę sprawia nam eksplorowanie mroczniejszych, niepopularnych lub zapomnianych przez innych zakątków, a także przecieranie nieutartych jeszcze ścieżek, bo z pewnością zgodzicie się ze mną, że dopiero własne poszukiwania dostarczają największej satysfakcji:).

Na tym etapie każdy z nas mógł powiedzieć o sobie, że jest pasjonatem, ale czuliśmy, że budowanie indywidualnej kolekcji, rozkoszowanie się na co dzień aromatami swoich ulubionych pachnideł i rozmowy o nich z każdym, kto tylko wykazał odrobinę zrozumienia dla naszego hobby to zdecydowanie za mało;).  Chcieliśmy pogłębić swoją wiedzę o historie, które kryją się za każdym flakonem i dowiedzieć się co sprawiło, że m.in. perfumy, których fenomenu może nie do końca jesteśmy w stanie dziś zrozumieć, były kiedyś kochane. Oprócz zgłębiania aspektu stricte chemicznego, byliśmy również żądni ciekawostek, skandali osnutych wokół premier konkretnych perfum, niesnasek między domami perfumeryjnymi, a także pozyskania informacji o kampaniach reklamowych i tego jak kiedyś funkcjonowały perfumy w prasie, literaturze, teatrze, kinematografii oraz jak bardzo były one zintegrowane z ówczesnymi obyczajami.

Z częścią z tych faktów zdążyliśmy się zaznajomić w publikacjach, które pojawiły się na rynku na przestrzeni ostatnich lat, natomiast w takiej dość szerokiej perspektywie ta wiedza stoi przed nami otworem w wydanej nakładem Wydawnictwa Kobiecego książce pt. Perfumy. Stulecie zapachów autorstwa Lizzie Ostrom. Przyznaję, że zanim trafiła w moje ręce, obawiałam się niekomunikatywnego, drętwego języka, powierzchownego ujęcia tematu, jak również koncepcji, którą mógłby być pozbawiony emocji leksykon, jednakże indywidualna ekspresja autorki tak bardzo mnie ujęła, że moje wszelkie obawy  od razu zostały rozwiane i poczułam jak otwierane są przede mną drzwi do magicznej i pasjonującej  opowieści o najwspanialszych zapachach XX wieku. A trzeba przyznać, że Ostrom potrafi zjednać sympatię czytelników, nazywając ich już na samym wstępie ekspertami w dziedzinie perfum:).


Autorka przeprowadza czytelników przez burzliwy wiek XX i udowadnia, że perfumy każdej dekady były spójne z hołdowaniem określonemu stylowi życia i odzwierciedlały to, co w danej epoce było atrakcyjne.

Poznamy historie marek (także ich losy w okresie wojennym) i przyjrzymy się ich błyskotliwemu rozwojowi. Wyobrazimy sobie te wszystkie ekscentryczne kampanie reklamowe, które wówczas przyczyniły się do spektakularnego sukcesu perfum. Autorka odkryje przed nami motywacje, jakimi kierowano się, nosząc perfumy w każdym dziesięcioleciu. Oprócz dziesięciu najwspanialszych perfum w danej dekadzie, zapoznamy się w obrębie wielu z tych historii z zestawieniem perfum z konkretną nutą oraz przeglądem podobnych zapachów do tych, które zostały okrzyknięte mianem przeboju. Książka nie poskąpi nam również wzmianek o zabawnych, czasem dziwacznych zasadach związanych z kulturą perfumowania się i w końcu zrozumiemy, gdzie upatrywać źródła w niepopartym dowodami poglądzie na to, że lekkie kwiatowo-owocowe perfumy bardziej pasują blondynkom, a ciężkie orientalne brunetkom;).

Poza tym uzyskamy odpowiedzi m.in. na poniższe pytania:
  • jak wyglądały pierwsze chwyty marketingowe?
  • jak się nazywa urządzenie, które analizuje składy perfum konkurencji i pozwala kopiować zapachy?
  • czym jest technologia Headspace?
  • czy stworzono zapach, który sprawdziłby się na każdą okazję? 
  • która marka jako pierwsza wprowadziła na rynek perfumy dla dzieci?
  • kiedy po raz pierwszy artyści stali się ambasadorami marek perfum?
  • które przedsiębiorstwo zrozumiało, jak wielkie znaczenie ma pięknie zaprojektowany flakon?
  • która marka może poszczycić się zapachem najbardziej okazałej tuberozy?
  • w której dekadzie królował fiołek, a w której gardenia i jak bardzo te upodobania miały przełożenie na codzienną rutynę?
Autorka zauważa coraz silniejszą potrzebę ludzi, by pachnieć inaczej niż wszyscy, dlatego też wspomina o ukłonie pasjonatów w stronę perfumiarstwa niezależnego i niszowego, które od 2000 roku przeżywa niebywały rozkwit. Dla wszystkich, którzy swobodnie poruszają się w tej dziedzinie, rozdział pt. Nowe Stulecie będzie nie lada gratką. Szkoda tylko, że nie jest obszerniejszy, ale wiadomo, że ten temat wymaga odrębnego opracowania;).

Całą opowieść chłonęłam z przyjemnością za sprawą erudycyjnego języka doprawionego szczyptą humoru. Spodobało mi się swobodne operowanie ironią, zgrabne przejścia z interpretacji sposobu ukazania perfum w różnych dziedzinach sztuki do podania czysto chemicznej wiedzy na temat receptur i opowiadanie o perfumach tak, jakby były ożywionymi bytami. Dzięki tej książce, oprócz możliwości poznania ducha każdej z dziesięciu perfumeryjnych epok, można nabrać jeszcze większego szacunku do zapachów konstruowanych według starej szkoły perfumiarstwa i spojrzeć na nie z zupełnie innej perspektywy.

Serdecznie zachęcam Was do wzięcia udziału w rozdaniu, w którym można wygrać tę książkę (do paczki najprawdopodobniej dołączę dodatkowo jakąś drobną niespodziankę:)). Komentarz konkursowy musi zawierać poniższe wytyczne:
  • wystarczy, że w dowolny sposób skomentujecie ten post do 31 grudnia -> można odnosić się bezpośrednio do treści wpisu, oczekiwań wobec książki bądź ogólnie do perfum (wybiorę najciekawszy komentarz),
  • zamieścicie informację o tym, pod jakim nickiem publicznie obserwujecie bloga,
  • podacie adres e-mail, z którego w przypadku wygranej wyślecie dane do wysyłki.
Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi 1 stycznia 2018 roku w tym poście (możliwe jest jednodniowe bądź dwudniowe opóźnienie). Wysyłam wyłącznie na terenie Polski.  
Powodzenia! :)
WYNIKI --- > Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się wziąć udział w rozdaniu. Obiecuję, że w tym roku zorganizuję jeszcze kilka niespodzianek dla osób, które zaglądają na mojego bloga i poświęcają swój czas, by choćby od czasu do czasu pozostawić na nim swój komentarz. 
Tym razem wyłoniłam zwycięzcę na podstawie tego czy treści, które publikuję są dla kogoś użyteczne i czy inspirują do własnych poszukiwań w dziedzinie perfum. Jest mi ogromnie miło, że Black Cat (Kate) odkryła dzięki mnie wyjątkowy niszowy zapach i stała się miłośniczką perfum z tego nurtu. Życzę Ci przyjemnej lektury! :) Czekam na dane adresowe. Mój adres mailowy znajdziesz w zakładce ,,kontakt".
Dodatkowe informacje o książce:
  • dostępność - m.in. Wydawnictwo Kobiece
  • oprawa twarda, liczba stron - 454
  • cena regularna - 44.90 zł
Witajcie!

Tak jak wspomniałam na początku listopada, postanowiłam na jakiś czas wrócić do kosmetyków mineralnych różnych firm, żeby wyrobić sobie w końcu jakieś sprecyzowane zdanie na ich temat i oczywiście po to, aby znaleźć idealnie skrojone pod moje oczekiwania perełki. Nie sprawia nam przecież przyjemności używanie średniej jakości kosmetyków - szukamy takich, które zapewnią wyłącznie zniewalający efekt;).

W najbliższym czasie chciałabym zaprezentować Wam kilka propozycji z oferty brytyjskiej marki Lily Lolo. Dzisiaj pokażę pierwszą część zestawu kosmetyków, które otrzymałam, pozostałe natomiast wymagają wydłużonego czasu testowania, żeby móc wyrazić o nich rzetelną opinię, więc jeszcze się wstrzymam;). Na pierwszy ogień idą zatem: mocno kryjąca szminka oraz paletka do modelowania/konturowania twarzy Sculpt&Glow Contour Duo, w której znajdziemy rozświetlacz i puder brązujący.

Producent o swoich kosmetykach:
Kosmetyki mineralne Lily Lolo zamiast drażniących substancji chemicznych, sztucznych barwników, parabenów, nanocząsteczek i wypełniaczy są w 100% naturalne, pozbawione wszelkiej chemii. Nie zatykają porów, posiadają również właściwości antybakteryjne, które znacząco poprawiają wygląd cery.

Chciałabym zaznaczyć, że każdy produkt, który pokazuję na blogu oceniam pod kątem wymagań skóry po trzydziestym roku życia, a więc poprzeczka jest zawieszona nieco wyżej niż wtedy, gdy rozpoczynałam przygodę z dzieleniem się spostrzeżeniami o kosmetykach kolorowych i pielęgnacyjnych na łamach swojej strony. Zawsze też staram się podpowiedzieć w przypadku formuły, która się u mnie nie sprawdziła, komu ewentualnie mogłaby posłużyć lepiej. Piszę o tym, ponieważ akurat jedna z nich wyjątkowo nie chciała zgrać się z moją cerą i nie sprawdziła się nawet w innej zastępczej roli. Zacznę jednak od tego, z czego jestem bardzo zadowolona.
  

Przechodząc do rzeczy, uwielbiam szminki w żywych kolorach, dlatego odcień Passion Pink od razu przykuł moją uwagę. Jest opisany jako fuksja, a więc długo nie musiałam się zastanawiać;). W rzeczywistości jest nieco inny - to moim zdaniem odważny intensywny róż pogłębiony barwą soku buraczkowego.

W składzie pomadki znajdziemy witaminę E, woski, organiczny olejek jojoba i ekstrakt z rozmarynu. Jeśli chodzi o aplikację, nakłada się ją z łatwością (nie wyczuwam żadnego oporu).  Wykończenie jest kremowe z wyrazistym połyskiem, a za takim właśnie przepadam - do matowego chyba nigdy się nie przekonam;). Pomadka jest bezzapachowa, zapewnia pełne krycie, nie migruje poza kontur ust, nie podkreśla suchych skórek, jest bardzo komfortowa w noszeniu. Nie trzeba się obawiać przesuszania - moim zdaniem jej walory pielęgnacyjne zapewnią odpowiednie nawilżenie i regenerację nawet wymagającym ustom. Ta naturalna szminka cechuje się również dobrą kilkugodzinną trwałością.

Lubię po nią sięgać wówczas, gdy mam w planach wykonać wieczorowy, bardziej efektowny makijaż. Na co dzień ten kolor jest dla mnie zbyt śmiały, dlatego nakładam sztyft w minimalnej ilości, po czym łączę go z bezbarwnym błyszczykiem.

Zestaw do modelowania twarzy mieści w sobie matowy puder brązujący w jasnym karmelowym kolorze w neutralnej tonacji oraz rozświetlacz, który w opakowaniu wygląda na szampański, natomiast dopiero na skórze ukazuje chłodniejszą barwę; nie zapewnia może całkowicie bezdrobinkowej tafli, aczkolwiek jest to efekt, który jak najbardziej można nazwać gustownym;).

Konsystencja obu produktów jest jedwabista, kosmetyki bardzo dobrze się rozcierają, nie pylą się, nie mogę też zarzucić nic ich trwałości. Zawierają w składzie m.in. olejek arganowy i wyciąg z mikołajka nadmorskiego. Czuć, że receptura bazuje na olejkach, ponieważ ta nuta zapachowa dyskretnie daje o sobie znać.

Moim ulubieńcem z tego duetu jest puder brązujący, który świetnie sprawdzi się do subtelnego dziennego konturowania. Uważam, że prezentuje się na skórze pięknie i naturalnie. Nie jestem za to usatysfakcjonowana rozświetlaczem, ponieważ w miejscach, w których zostanie nałożony podkreśli każde załamanie skóry, a po kilku godzinach mocno wyeksponuje siateczkę zmarszczek, która wprawi w niemałe osłupienie:/.  Z tego samego powodu nie nadaje się również jako cień do powiek. Podsumowując, sądzę, że ten zestaw sprawdzi się świetnie u młodych kobiet - dojrzalsze cery potrzebowałaby rozświetlacza, który wykazuje właściwości wygładzające.


Makijaż z użyciem zestawu do modelowania twarzy (puder brązujący znajduje się również na powiekach):

Makijaż z użyciem pomadki w odcieniu Passion Pink:

Dodatkowe informacje o produktach:
  • cena:  paletka do konturowania - 90.90 zł; szminka - 54.90 zł
  • PAO: 12 miesięcy; pomadkę powinnam zużyć do lipca 2019 roku, więc podejrzewam, że jest to okres dwuletni
  • pojemność: 10 g; 4 g