Najnowsze wpisy

Witajcie!:)

Wszystkie trzy kosmetyki, które Wam przedstawię są moim zdaniem świetne. Oczywiście jak zwykle trochę ponarzekam na kilka aspektów, związanych z techniczną stroną użytkowania, ale to nie zmienia faktu, że ze swojej roli wywiązały się znakomicie;).


Przejdźmy do opisu każdego z nich:
  • La Roche-Posay, Anthelios barwiący Shaka Fluid SPF 50+ - filtr ma wodnistą konsystencję, błyszczące wykończenie, jest niewidoczny i niewyczuwalny na skórze. Kolor na dłoni wydaje się być ciepłym średnim brązem z pomarańczowymi tonami, ale na szczęście na twarzy już ich nie wychwyciłam;). Przy okazji napiszę, że moim zdaniem ten kolor nadaje się wyłącznie dla średniej i ciemnej karnacji. Właścicielkom bardzo jasnych i jasnych cer proponowałabym poszukać innego produktu, ponieważ mogłyby się przerazić na jego widok;) - to odpowiednik kolorystyczny podkładów Lancome, Teint Idole Ultra Wear na pograniczu 03 Beige Diaphane i 04 Beige Nature. Fluid nadaje skórze tylko kolor, a więc nie zakamufluje nawet drobnych przebarwień czy niedoskonałości. Niestety uwydatnia rozszerzone pory, więc konieczne będzie przypudrowanie twarzy ulubionym pudrem optycznie wygładzającym strukturę skóry. Producent zapewnia, że fluid równomiernie i jednolicie pokrywa cerę, natomiast ja musiałam dopracowywać produkt pędzlem na linii żuchwy i szyi, ponieważ tworzyły się w tej strefie plamy i prześwity. Potwierdzam z kolei jego odporność na wodę i pot. Zapach jest wyrazisty, świeży, całkiem przyjemny, kojarzy mi się z szamponem do włosów;). Na mojej skórze nie zanikał - tracił jedynie na intensywności. Filtr nie podrażnił mojej skóry. Z materiałów informacyjnych o produkcie dowiadujemy się, że filtr zapewnia szerokie spektrum ochrony przed promieniowaniem UVB oraz UVA dzięki technologii XL PROTECT™, opartej na fotostabilnym systemie filtracji wzmocnionym antyoksydantami. Polimery wiążą w formule olej pomiędzy mikrokryształami, tworząc silną, jednolitą barierę ochronną. Woda termalna z La Roche-Posay koi, łagodzi, działa antyoksydacyjnie.  Podsumowując, uważam, że jest to świetny filtr.  Pojawi się jeszcze w mojej kosmetyczce, ale w międzyczasie będę, rzecz jasna, szukać kolejnych, godnych polecenia produktów;). Moja ocena -> 5/6.
  • La Roche-Posay, Serozinc mgiełka łagodząca z pochodną cynku - skierowana dla skóry mieszanej i tłustej z tendencją do niedoskonałości. W składzie znajdziemy wodę termalną, chlorek sodu oraz siarczan cynku. Mgiełka wykazuje właściwości łagodzące, antyoksydacyjne. Łagodzi uczucie podrażnienia i pieczenia skóry, reguluje wydzielanie sebum, matuje, hamuje namnażanie się bakterii. Podoba mi się to, że marka nazwała ten produkt takim, jakim jest faktycznie,  co oznacza, że nie zraszamy twarzy obfitymi kroplami wody tryskającymi z szaloną prędkością (pamiętacie ,,mgiełkę" Lily Lolo, o której kiedyś pisałam?;)), tylko właśnie przyjemną mgiełką, którą atomizer uwalnia dość nieśpiesznie. Nie trzeba ściągać nadmiaru chusteczką, ponieważ w  procesie odparowywania  wody nie wystąpi przesuszenie skóry. Po zaaplikowaniu mgiełki nie odczuwałam ściągnięcia skóry. Można ją zastosować pod makijaż, pod pielęgnację. Producent zaleca używać jej 2 razy dziennie jako tonik. Moja ocena -> 6/6
  • Iwostin, Solecrin SPF 30 spray ochronny dla dzieci pow. 6 miesiąca życia (przeznaczony również dla dorosłych) - filtr ma konsystencję rzadkiego kremu/mleczka, świetnie się rozprowadza, szybko się wchłania, nie pozostawiając tłustej, lepiącej się warstwy, nie plami ubrań, działa nawilżająco i odżywczo, jest wodoodporny. Nie mam porównania do innych tego typu filtrów z dozownikiem w formie pompki, ale zastanawia mnie jaki jest sens zastosowania takiego mechanizmu dla tej konkretnej formuły, skoro  produkt rozpryskuje się dość szerokim strumieniem, owszem, obejmując powierzchnię skóry, ale również wszystko, co znajduje się wokół nas... Wydawało mi się, że używa się tego jak typowy spray, a więc z umiarkowanie bliskiej odległości. Okazuje się, że możemy w ten sposób zmarnować przynajmniej 1/4 produktu. Najlepiej zaaplikować filtr na dłoń z  b a r d z o bliskiej odległości;), po czym rozsmarować na ciele. Zdecydowanie lepszym pomysłem na opakowanie byłaby tubka. Mimo drobnych technicznych niedogodności, na które znalazłam sposób, muszę przyznać, że jestem zachwycona działaniem tego kosmetyku i z pewnością wrócę do niego  w przyszłym sezonie. Moja ocena -> 6/6.

Pozostałe informacje o produktach:
  • cena - Anthelios Shaka Fluid - ok. 65 zł, mgiełka Serozinc - ok. 20 zł, spray Solecrin - ok. 35 zł
  • pojemność - Anthelios Shaka Fluid - 50 ml, mgiełka Serozinc -150 ml, spray Solecrin - 150 ml
  • dostępność - apteki
Witajcie! :)

Lubicie brązowe pomadki i błyszczyki do ust? Ja lubię różowe z domieszką brązu, ale już takie oczywiste brązy niekoniecznie - są według mnie zbyt poważne, poza tym nie czuję się w nich dobrze. Zdarza się, że zrobię dla tego koloru wyjątek latem, czyli wtedy, gdy jestem opalona. Obowiązkowo musi być wtedy zestawiony z seledynowym pigmentem lub ciepłą tonacją cieni i różu (tutaj stawiam na kolor pomarańczowy i brzoskwiniowy;)). Do tego intensywnie błyszczący rozświetlacz i gotowe;).

Za sprawą Ani ❤️ trafiła do mnie pomadka z mojej ulubionej serii od Estee Lauder, czyli Pure Color Envy Sculpting (na blogu pisałam kiedyś o malinowym różu 230 Infamous). Mam ją w kolorze 130 Intense Nude, który opisałabym jako odważny średni brąz zmieszany z burgundem.

Producent obiecuje:
podkreślenie ust głębokim kolorem, który modeluje je wielowymiarowymi pigmentami, a lekka, miękka i aksamitna formuła zapewnia natychmiastowe i długotrwałe nawilżenie za sprawą kompleksu zawierającego kwas hialuronowy.
Sztyft pachnie waniliowo, ale delikatniej niż pomadki Mac. Przy jednej warstwie usta są pokryte nasyconym kolorem bez prześwitów. W ciągu kolejnych godzin znika estetycznie i równomiernie. Wykończenie szminki jest kremowe, lśniące.

Bardzo podoba mi się to, że szczyt sztyftu jest zaprojektowany w taki sposób, by móc precyzyjnie obrysować usta, dlatego też nie ma konieczności sięgania po konturówkę w podobnym odcieniu.

Uważam, że ta seria jest doskonała i gdyby tylko było więcej ciekawszych odcieni nude i różu, na pewno nie sięgnęłabym już do oferty Mac, ponieważ trwałość pomadek Pure Color Envy Sculpting jest niesamowita. Często słyszy się, że kremowa formuła pomadki nie idzie w parze z dobrą trwałością, więc jeśli tylko mam okazję, podaję przykład Estee Lauder:).


Lista wad tej serii pomadek :
  • gama kolorystyczna nie wywołuje dużego entuzjazmu (w moim guście jest zaledwie kilka odcieni).
Lista zalet pomadki:

  • trwałość w granicach 4-6 godzin,
  • nie przesusza moich ust,
  • jest niewyczuwalna na ustach,
  • nie podkreśla suchych skórek (pokazywałam kiedyś na zdjęciu, że potrafi je ukryć),
  • nie migruje poza kontur ust,
  • nie osadza się na zębach,
  • eleganckie, ciężkie opakowanie z zamknięciem na magnes.

Pozostałe informacje o kosmetyku:
  • cena - 159 zł
  • gramatura - 3,5 g
  • dostępność - m.in. Douglas, strona Estee Lauder
  • miejsce produkcji - Kanada
Witajcie! :)

Lubicie stosować gotowe maseczki? Czy może preferujecie wersje sproszkowane, do których można jeszcze dodać dowolny półprodukt: kropelkę ulubionego olejku, hydrolatu lub koncentratu, by choć przez chwilę poczuć się podczas przygotowywania mikstury niczym chemik z prawdziwego zdarzenia?;) Ja korzystam z dobrodziejstwa obu rozwiązań, aczkolwiek najczęściej decyduję się na pierwsze rozwiązanie.

Maseczka łotewskiej marki Madara spisała się u mnie znakomicie, więc postanowiłam poświecić jej cały wpis, mimo że opinię wyrobiłam sobie po zużyciu miniatury o pojemności 12,5 ml. Wpływ na tę decyzję miał fakt, że jest to bardzo wydajny kosmetyk. Nie uwierzycie, ale nakładając maseczkę 3 razy w tygodniu w takiej samej ilości jak krem, wystarczyła mi na ponad 2 miesiące. Już na samym wstępie zatem napiszę, że na pewno kupię pełnowymiarowe opakowanie, jak również wersje miniaturowe.


Informacja od producenta na temat działania kosmetyku:
Głównym składnikiem maseczki jest ekstrakt z północnej peonii, który dostarcza skórze silnego nawilżenia, odżywienia i działa antyoksydacyjnie oraz wygładzająco. Kosmetyk wzbogacono działającymi przeciwzapalnie wyciągami z siemienia lnianego i pokrzywy, a także kwasem hialuronowym, znanym ze swoich znakomitych właściwości nawilżających. Używać 2 razy w tygodniu lub kiedykolwiek skóra jest spragniona, odwodniona i zestresowana. Nakładać na czystą skórę. Pozostawić lub wytrzeć po 15-20 minutach.
Maseczka jest przeznaczona dla każdego rodzaju skóry, która aktualnie zmaga się odwodnieniem. Gdybym używała jej, nie znając pełnej nazwy, uznałabym, że jest  przede wszystkim silnie nawilżająca i odżywcza - rozświetlenia cery nie dostrzegłam. 

Konsystencja jest kremowa, średnio gęsta. Maseczka ma kolor łososiowy, czyli taki jak tubka i opakowanie zewnętrzne. Zapach jest bardzo przyjemny - moim zdaniem pachnie jak kwiat wiśni połączony z pudrową nutą.

Tuż po nałożeniu czuć, że twarz została otulona odżywczą pierzynką, co w tym przypadku oznacza, że podczas naturalnej ekspresji mimicznej wyczuwalne jest to, jakby do skóry została przyklejona puszysta powłoka z wody. To bardzo ciekawe i niespotykane wrażenie, dlatego trochę trudno je opisać;). Jeśli będziecie miały okazję używać tej maseczki, będziecie już wiedzieć, co dokładnie mam na myśli;). 

Kierując się bieżącymi potrzebami mojej cery, najczęściej pozostawiałam ją na twarzy na około 30 minut, czasami na godzinę. Doszukałam się też recenzji, w których dziewczyny mówiły, że stosują ją na noc, a więc można spróbować i tej metody;).

Podsumowując, oczekiwałam od niej wyłącznie i n t e ns y w n e g o nawilżenia i to otrzymałam, a dodatkowe zalety tylko przypieczętowały decyzję o konieczności zrobienia zapasów na okres jesienno-zimowy:).

Pozostałe informacje o kosmetyku: 
  • cena - 12,5 ml -> 30 zł + koszt wysyłki; 60 ml -> 144 zł+ koszt wysyłki
  • dostępność - m.in. sklepy internetowe z kosmetykami organicznymi, Douglas, Minti Shop
  • PAO - 6 miesięcy
Witajcie! :)

Aktualnie mam kilkanaście kosmetyków z Max Factor. Podzieliłam je na grupy tematyczne, które roboczo zatytułowałam m.in. w następujący sposób: ,,hity", ,,buble", ,,pierwsze wrażenie". Oznacza to, że jesienią będę Was dosłownie prześladować postami opisującymi produkty tej marki;).

Kosmetyki, które pójdą na pierwszy ogień kupiłam w sklepie internetowym bez uprzedniego testowania w drogerii stacjonarnej i przeglądania recenzji na blogach;). Okazało się, że są naprawdę dobre, więc z chęcią Wam je polecę:).
  • wypiekany róż Creme Puff Blush w kolorze 20 Lavish Mauve - szukałam dokładnie takiego różu, który byłby kolorystycznie zbliżony do pomadek Mac: Creme Cup i Angel. Lavish Mauve nie dość, że jest właśnie takim jasnym zgaszonym różowofioletowym odcieniem, to jeszcze ma subtelną poświatę białej perły jak Angel <3. Ma jedwabistą konsystencję, przy czym muszę zaznaczyć, że trochę się pyli podczas nabierania na pędzel. Wykończenie jest satynowe z perłowym blaskiem. Jeśli chodzi o pigmentację, gdybym wcześniej widziała ten róż w drogerii, w ogóle nie zdecydowałabym się na zakup, uznając, że byłby ledwie widoczny na policzkach. Okazuje się, że w zależności od użytego pędzla można uzyskać różny efekt: delikatny, gdy wybierzemy pędzel z dłuższym, luźno rozłożonym i sprężystym włosiem (np. Bdellium Tools, profesjonalna linia Studio, model 960S) oraz umiarkowanie intensywny, gdy sięgniemy po małą wersję kabuki  (bareMinerals, Lily Lolo) lub nałożymy go na mokro. Bezproblemowo się rozciera, nie pozostawiając plam. Na uwagę zasługuje bardzo dobrą trwałość. Świetnie spisuje się również jako cień do powiek, czego nie mogę powiedzieć o wielu innych różach. Niestety ma jedną wadę - podkreśla rozszerzone pory. Nie mogę się doczekać aż nałożę go zimą, czyli wtedy, gdy będę stosować jasne podkłady utrzymane w neutralnej tonacji. Będzie miał wówczas idealne warunki, by w pełni ukazać swój urok. Zastosuję wtedy bardzo lubianą przeze mnie metodę modelowania twarzy różem;).
  • pogrubiający tusz do rzęs Volume Infusion - na samym początku napiszę, że jest to naprawdę porządny tusz, ale mimo wszystko nie znajduje się on na moim subiektywnym podium, ponieważ uważam, że w dość szerokiej gamie maskar Max Factor znajdziemy lepsze warianty, chociażby 2000 Calorie Dramatic Volume, Masterpiece High Definition, Masterpiece Max i jeszcze jeden, o którym niebawem napiszę, ale już teraz zdradzę, że to prawdziwy hit  do zadań specjalnych;). Volume Infusion, owszem, zapewnia efekt pogrubionych i wydłużonych rzęs w granicach efektu, który można nazwać dziennym, ale żeby to się stało, należy pozostawić go parę razy na kilka godzin bez zatyczki, dzięki czemu przyspieszymy proces gęstnienia jego formuły. Tusz jest bardzo rzadki potrzebuje aż miesiąca, by w widoczny sposób podkreślać rzęsy, a nie sądzę, by ktokolwiek miał ochotę czekać tak długo na pożądany rezultat, stąd też moja rada;). Szczoteczka umożliwia  precyzyjne rozdzielenie rzęs, równomiernie je pokrywa, nie tworząc grudek, nie ma również mowy o żadnym osypywaniu się w ciągu dnia. W składzie znajduje się biotyna i keratyna, które działają wzmacniająco na rzęsy.

Podsumowując, na pewno chciałabym jeszcze kupić ten róż w jakimś żywszym kolorze, natomiast do tuszu, mimo że jestem z niego zadowolona, nie wrócę, ponieważ lepiej sprawdzają się u mnie cztery inne egzemplarze z MF, o których wspomniałam w recenzji;).

Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • pojemność: róż -> 1,5 g, maskara ->13,1 ml
  • cena: róż -> od ok. 33 zł w drogeriach internetowych (wliczyłam koszt wysyłki) do 57 zł  w stacjonarnych, maskara -> od ok. 38 zł w drogeriach internetowych (wliczyłam koszt wysyłki) do 60 zł w stacjonarnych.
  • PAO - róż -> 36 miesięcy, maskara -> 12 miesięcy, 
  • miejsce produkcji -> róż -> Kanada, maskara -> Anglia
Witajcie!

To było niezwykłe uczucie, móc po kilku miesiącach znowu doświadczyć tych wszystkich emocji związanych z odkryciem perfum niezwykłych, dynamicznych, nieszablonowych, które jednocześnie cechuje wysoka jakość składników. Co ciekawe, po sprawdzeniu wszystkich  nut zapachowych orientalno-drzewnego Nin-Shar francuskiej niszowej marki Jul et Mad Paris nie byłoby żadnych szans, bym zdecydowała się na zamówienie choćby próbki, nie mówiąc już o zakupie w ciemno;). Wyobrażenie sobie słodkiej kompozycji, ale jednak z agarem i kadzidłem w bazie nie spowodowałoby u mnie jakiegoś szczególnie ożywionego zainteresowania;). Cieszę się więc, że trafiła do mnie dość zasobna w mililitry odlewka (dziękuję Asiu❤️), w rezultacie czego znalazłam kolejny w pełni ,,mój" zapach, a przy okazji po raz kolejny przekonałam się, że analiza piramidy zapachowej nie zawsze prowadzi we właściwą uliczkę;).

źródło zdjęcia ---> https://www.facebook.com/juletmad/

Na ogół mówi się, że Nin-Shar jest  brawurową opowieścią o czerwonej, dojrzałej róży.  Dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o babcinej spiżarni, w której można znaleźć specjały będące poezją dla dziecięcego podniebienia:). Za sprawą piwnicznego, drzewnego i jednocześnie słodkiego charakteru perfum, ale w wydaniu owocowym wyobraziłam sobie, że świetną ilustracją dla Nin-Shar byłoby miejsce, w którym przechowuje się przetwory na zimę. Widzę też dwoje małych łasuchów, którzy bezceremonialnie otwierają konfiturę malinową i brzoskwiniową z dodatkiem wanilii oraz miód;).

Róża w tej kompozycji jest dojrzała, czerwona, słodka, mocno wyeksponowana. Na dalszym planie znajduje się agar, który - o dziwo - nie krzyczy, nie miażdży pozostałych nut, wręcz przeciwnie - od czasu do czasu przypomni o swoim istnieniu, żebyśmy zbytnio nie rozanielili się w tej przyjemnej słodyczy:). Dba o to również paczula, dzięki której zapach sprawia wrażenie wilgotnego.

Komu mógłby się spodobać ten zapach? Wszystkim, którzy docenili chociażby szyprowo-kwiatowe Si Armaniego w wersji Le Parfum. Dostrzegam między tymi zapachami analogię w zestawieniu owoców w formie konfitury (porzeczkowa w Si Le Parfum) z nutami, które dają efekt specyficznej piwnicznej wilgoci i nienachalnej ostrej drzewnej świeżości (kadzidło i paczula w Si Le Parfum). Oba zapachy łączy również nalewkowe brzmienie. Poza tym mam nieodparte wrażenie, że Nin-Shar mógłby zauroczyć nawet te osoby, które uważają się za nieprzejednanych przeciwników agaru w perfumach;). To jeden z najpiękniejszych łagodnych orientów, na jaki kiedykolwiek trafiłam❤️.

Piramida zapachowa:
górne nuty: bergamotka, likier różany, dzięgiel
środkowe nuty: róża turecka, egipski jaśmin, paczula
dolne nuty: agar, benzoes, wanilia bourbon, cedr, drzewo sandałowe, kadzidło

Pozostałe informacje o perfumach:
  • cena: do 340 zł + koszt wysyłki
  • pojemność: 50 ml
  • dostępność: polskie perfumerie internetowe
  • parametry: trwałość -> powyżej 6 godzin, projekcja -> duża, na kilka metrów 
  • przeznaczenie: zapach zarówno dzienny, jak i wieczorowy; całoroczny, na wiele okazji (z tymże uważam, że nie sprawdzi się raczej w sytuacjach formalnych)
Witajcie!:)

Dzisiaj zapraszam na krótki wpis, w którym zaprezentuję Wam błyszczyki idealne do wakacyjnych makijaży❤️. Są bardzo lekkie, komfortowe w noszeniu, nie znikają z ust w okamgnieniu, czyli po około trzydziestu minutach;), aczkolwiek zaznaczam, że nie należą też do tych długotrwałych. 

  • Victoria's Secret, Minty Shine On Flavored Lip Gloss - bezbarwny, intensywnie lśniący, zapewnia efekt delikatnego chłodzenia, natomiast nie towarzyszy temu wrażeniu mrowienie, które jest charakterystyczne dla błyszczyków powiększających usta. Konsystencja żelowa. Cudowny, wiernie odwzorowany zapach miętowych mentosów❤️❤️❤️. Bardzo słodki w smaku. Dobrze nawilża usta,  znika w estetyczny sposób, nie pozostawiając brzydkich obwódek. Nie migruje poza kontur ust. Aplikuje się go prosto z tubki z silikonowego aplikatora. Ode mnie w pełni zasłużona szóstka - nie mogło być inaczej;).
  • Dr. Hauschka Lip Gloss - kolor 02 raspberry opisałabym jako jasny, dziewczęcy róż w chłodnej tonacji. Jest półtransparentny, ale można uzyskać lepsze krycie, dokładając kolejną warstwę. Mamy tu czysty kolor bez drobinek. Błyszczyk ma ciekawą konsystencję, która przypomina masło. Zapach jest świeży, ziołowy w wydaniu aptecznym, ale nie jest to w moim odczuciu wada, zwłaszcza że nie czuję gorzkiego posmaku;). Zawiera w składzie naturalne pigmenty mineralne, masło z mango, olej z pestek moreli, olej z rokitnika, wyciąg z kwiatów przelotu pospolitego oraz najbardziej błyszczący z wosków, który jest pozyskiwany z rośliny wilczomlecza. Aplikator powleczony gąbeczką nabiera odpowiednią ilość produktu. Błyszczyk nie zbiera się w załamaniach, wręcz przeciwnie - pięknie wygładza usta. Wystawiam kolejną szóstkę;).

Podsumowując, jeśli szukacie aktualnie nowego błyszczyka do ust, serdecznie zachęcam do rozważenia któregoś z zaprezentowanych w tym poście*_*. Dziękuję Asi (blog ->1001 pasji) za możliwość przetestowania tych kosmetyków❤️.


Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • gramatura: Victoria's Secret  - 9,6 g / Dr. Hauschka - 4,5 ml (ja mam wersję miniaturową o pojemności 3 ml),
  • PAO: Victoria's Secret - 12 miesięcy /Dr. Hauschka - 12 miesięcy,
  • dostępność:  Victoria's Secret - m.in. strona marki, Dr. Hauschka - m.in. Perfumerie Douglas i polska strona Lookfantastic,
  • miejsce produkcji: Victoria's Secret - USA, Dr.  Hauschka - Niemcy.
Witajcie! :)

Jestem zwolenniczką kupowania pojedynczych cieni, bo wybieram wówczas tylko te, których rzeczywiście będę używać. W wielu paletach irytuje mnie to, że zawierają jasne matowe beże (nie używam), czerń (tym bardziej nie używam;)), i - o zgrozo - wszelkiej maści odcienie niebieskiego (nie da się ukryć, że nie jest to mój kolor;)).

Raz na jakiś czas robię wyjątek. Dzieje się to wtedy, gdy mam ochotę poeksperymentować z inną kolorystyką i na ogół okazuje się, że cienie, na które nie zwróciłabym normalnie uwagi, idealnie mi pasują. Jako że od dłuższego czasu interesuje mnie marka Colourpop, zdecydowałam, że wybiorę paletę z jej oferty. Przyglądając się około trzydziestu zestawieniom kolorystycznym, od razu wiedziałam, że Fortune jest stworzona dla mnie;D. Zobaczyłam iście wakacyjny dobór kolorów w palecie - przepadłam, ujrzałam na blogach prezentację wszystkich cieni na skórze - przepadłam po raz drugi;D. 

Czym mnie ujęła ta paleta w takim pierwszym zetknięciu w sieci i w pierwszych dniach użytkowania?
  • mamy tu zarówno ciepłą, jak i chłodną tonację,
  • otrzymujemy aż 6 różnych wykończeń cieni: 8 matów, 4 metaliczne, 1 satyna, 1 perła, 1 folia, 1 prasowany pigment,
  • paleta inspiruje do tworzenia ciekawych makijaży dziennych i wieczorowych,
  • mimo że w takim ogólnym ujęciu jest raczej zachowawcza, to niewątpliwie jest w niej nuta  ekstrawagancji, która na szczęście jest dopasowana do mojego typu urody;),
  • estetyczne, solidne i ciężkie opakowanie (powierzchnia jest welurowa, z lakierowanymi elementami).


Przejdźmy do szczegółowego opisu poszczególnych cieni. Jak zwykle moja perspektywa różni się nieco od tego, jak widzi wykończenia i kolory producent oraz dziewczyny, które recenzowały tę paletę na swoich blogach;):
  • Cream (satynowy) - szampański, dosyć miękki, mocno napigmentowany, jakość bardzo dobra;
  • Ben (matowy) - krem z pomarańczy, suchy, pylisty, cień nierównomiernie się rozprowadza, odkleja się od skóry przy dokładaniu kolejnej warstwy, nadaje się tylko do rozcierania nad załamaniem powieki;
  • Mo Problems (matowy) - kolor wielbłądziej wełny, pyli się, ale nie sprawia problemów przy nakładaniu, średnio napigmentowany;
  • Oracle (perłowy) - bardzo jasne neutralne złoto, miękki, mocno napigmentowany, świetnie się rozciera, jakość porównywalna z cieniami metalicznymi Lorac;
  • Stacks (foliowy) - miedziane złoto, bardzo miękki (na pograniczu kremowej konsystencji), nie sprawia żadnych problemów przy blendowaniu;
  • Racks (metaliczny) - miedziany róż, miękki, mocno przykleja się do skóry, dlatego jeśli, tak jak ja, lubicie rozcierać błyszczące cienie nad załamaniem powieki, polecam punktowo dołożyć kolejne ,,porcje" w docelowe miejsce i rozprowadzić pędzlem o miękkim puchatym włosiu;
  • Wiser (matowy) - łososiowy, miękki, pylisty, ale bezproblemowy w aplikowaniu, niestety po kilku godzinach piękny odcień różu zmienia się w brzoskwiniowy:/;
  • Miser (prasowany pigment) - błękitne i zielone drobinki na pomarańczowej podstawie, dodatkowo całość opalizuje na różowo; miękki, ma słabszą przyczepność do pędzla, więc najlepiej nałożyć go palcem, a następnie rozetrzeć pędzlem;
  • Nouveau (metaliczny) - żółte złoto, mocno przykleja się do powieki, więc rada identyczna jak w przypadku koloru Racks;);
  • Riche (matowy) - czerwona pomarańcza, nieco twardszy od wspomnianych wcześniej matów, aczkolwiek wyróżnia się dopracowaną w każdym szczególe formułą. Nie mam żadnych uwag;);
  • 500 (matowy) - zgaszona malina, identyczna sytuacja jak wyżej;);
  • Trove (matowy) - buraczkowy, twardy, zbity, od pozostałych matów różni się tym, że jest w dotyku silikonowy i słabo napigmentowany, po demakijażu pozostawia ślady podobne do niezmytego ze skóry flamastra:/. Używam go tylko w roli eyelinera bądź do podkreślenia dolnej powieki tuż przy linii rzęs;
  • Money Trees (metaliczny) - głęboki chłodny brąz z miedzianymi, różowymi, seledynowymi i czerwonymi iskierkami. Jeśli chodzi o właściwości, są identyczne jak w przypadku kolorów: Racks i Nouveau;
  • Fortunate (matowy) - czerwony brąz, właściwości zbliżone do kolorów Riche i 500, czyli kolejny ideał w palecie;);
  • Jackpot (metaliczny) - głęboka wiśnia z fioletowym, różowym i czerwonym połyskiem, formuła identyczna jak w przypadku kolorów: Racks, Nouveau oraz Money Trees;
  • Strike It (matowy) - jagodowy brąz, w którym jest nuta szarości i czerni, formuła jedwabista, używam go tylko do podkreślenia dolnej linii rzęs, ponieważ jest to bardzo ciemny kolor. 

Mocne strony palety, pomijając te, o których już wspomniałam:
  • cienie prezentują się o niebo lepiej na powiekach niż w palecie. Dopiero na skórze widać wszystkie niuanse: głębokie nasycenie kolorów, soczyste, jaskrawe podtony, połyskiwanie na inne barwy, różnokolorowe drobinki
  • maty nie tworzą plam przy rozcieraniu tuż nad załamaniem powieki i na ogół  dobrze się łączą z błyszczącymi cieniami,
  • doskonała formuła wszystkich błyszczących cieni (miękkie, nie uwydatniają zmarszczek, są trwałe, nie zmieniają koloru w ciągu dnia, nie tracą na intensywności),
  • biorąc pod uwagę genialną jakość formuły i oryginalność kolorów cieni, moje subiektywne podium wyglądałoby w następujący sposób: 1. miejsce -> Miser, 2. miejsce - na równi: Racks, Money Trees, Jackpot; Fortunate, 500, 3. miejsce -> na równi: Stacks, Nouveau, Riche.
  • na 16 cieni, które składają się na paletę Fortune, będę używać z przyjemnością w codziennym makijażu aż 13 kolorów, więc odpowiadając na pytanie zawarte w tytule, uważam, że warto było ją kupić <3.
Słabe strony palety:
  • są w tej palecie 2 totalne nieporozumienia, o ile w zamyśle producenta było używanie ich na całą powiekę;). Mam tu na myśli cienie: Ben oraz Trove.
  • niektóre metaliczne cienie tak mocno przyklejają się do powiek, że nie można ich rozetrzeć do tzw. chmurki. Dla wielu osób może być to wada, natomiast dla mnie niekoniecznie. Po prostu za bardzo przyzwyczaiłam się do struktury błyszczących cieni Lorac, które rozprowadzało się prawie aż pod sam łuk brwiowy niczym krem;).
Makijaże, w których użyłam cieni w następującej kolejności: Fortunate, Racks, Miser, Stacks, Money Trees, Jackpot, Nouveau, 500 (z domieszką rozświetlacza z Inglota), Riche.




Pozostałe informacje o produkcie:
  • cena - 160 zł ( w cenę wliczyłam koszt przesyłki),
  • gramatura - 16 cieni po 1,1 g,
  • dostępność - swój egzemplarz kupiłam na stronie House of Beauty
Witajcie!

Dzisiaj zapraszam na wpis, któremu nadałam formę podsumowania w pigułce. Działanie dwóch kosmetyków zadowoliło mnie na tyle, że z pewnością  ponowię ich zakup i jednocześnie będę gorąco zachęcać Was do sprawdzenia ich na własnej skórze; trzeci był do tej pory moim ulubieńcem, natomiast formuła po zmianie składu dalece odbiega od tego, co oferowało opakowanie w poprzedniej, chabrowej szacie graficznej; nad czwartym kosmetykiem muszę się jeszcze zastanowić, ponieważ nie do końca spisał się w swojej roli, ale za to w innym zadaniu poszło mu całkiem nieźle:).

Iwostin, seria Hydro Sensitia, przeciwzmarszczkowy krem + serum - szukałam lekkiego kremu nawilżającego na dzień, który w swoim składzie zawierałby m.in. kwasy omega 3 i 6. Podczas przeglądania oferty dermokosmetyków trafiłam na formułę, która jest połączeniem kremu i serum. Ciekawość zwyciężyła. Chciałam jak najszybciej poznać tę innowacyjną recepturę 2 w 1;). Poza wspomnianymi już kwasami omega 3 i 6 można wyszczególnić również kwas hialuronowy oraz Suberlift (składnik wygładzający, który zapewnia odczucie liftingu skóry), a także Dermican (przeciwzmarszczkowy peptyd). Zapach opisałabym jako intensywny, mydlany, ale w takim ekskluzywnym wydaniu. Daje poczucie czystości, odświeżenia, dlatego od razu pomyślałam, że byłby to świetny kosmetyk na lato. Wchłania się całkowicie, mam wrażenie, że skóra go ,,łapczywie" pochłania i ,,oczekuje" kolejnej porcji. Na początku oceniłam nawilżenie  jako lekkie, niewystarczające (w ciągu dnia ponawiałam aplikację dwukrotnie), aczkolwiek po ok. dwóch tygodniach stosowania mogłam już stwierdzić, że jest ono na poziomie optymalnym. Nie zauważyłam jakiegoś szczególnego oddziaływania na skórę w aspekcie anti-aging.  Być może trudno dostrzec widoczne zmiany po zużyciu zaledwie 40 ml pojemności, dlatego sądzę, że dam temu kosmetykowi jeszcze szansę. Zapewnienia producenta, które brzmią następująco: krem intensywnie nawilża,  redukuje zmarszczki o 20% już po godzinie od aplikacji uważam za przesadzone. Mimo wszystko uważam, że warto go przetestować w upalne dni bez makijażu, bądź użyć jako lekką, nieobciążającą skóry bazę pod podkład.


Dermika, Neocollagen multikolagenowy krem regenerujący pod oczy - niektórzy z Was pamiętają mój zachwyt nad poprzednią wersją tego kremu, która występowała w chabrowym opakowaniu z wysoką, złotą nakrętką. Niedługo po tym, gdy opublikowałam post, pisałyście w wiadomościach prywatnych, że jest już u Was i nie zamienicie go na żaden inny;). Widziałam też recenzje na blogach, w których autorki zaznaczały, że zamówiły ten krem z mojego polecenia i potwierdzały jego skuteczność w kwestii usuwania drobnych linii pod oczami, bardzo dobrego nawilżenia, doskonałego współgrania z cięższymi korektorami. Niestety tym razem nie mogę polecić Wam ,,ulepszonej'' formuły, ponieważ z wymienionych powyżej walorów nie pozostało wiele jedynie przyzwoite nawilżenie. Krem nie pozostawia treściwej warstwy na skórze, co akurat dla mnie oznacza, że nie nadaje się nawet pod najlżejszy korektor. Stosowałam go w pielęgnacji nocnej oraz w dni, kiedy nie nosiłam makijażu. Podsumowując, składniki aktywne niby  takie same (rekonstruktor kolagenowy, 3 multiaktywne peptydy odmładzające, molekuła unosząca powiek), a efekty jakże różne... Jeżeli poprawił mikrorzeźbę naskórka, o czym zapewnia producent, to świetnie, tyle że chciałabym zobaczyć również jakąś pozytywną zmianę dostrzegalną gołym okiem.

Clarins, Gentle Refiner, Exfoliating cream with microbeads - delikatnie złuszczający gęsty krem do twarzy z mikrogranulkami. Zawiera: mikrocząsteczki celulozy roślinnej (działanie złuszczające), mikrocząsteczki będące pochodnymi oleju rycynowego (działanie wygładzające, zmiękczające), wyciąg z ruszczyka (działanie tonizujące, łagodzące, zmniejszające przekrwienie) oraz wyciąg z mimozy (działanie łagodzące). Nadaje się do każdego rodzaju skóry, również tej wrażliwej. Stosowałam go zgodnie z zaleceniem producenta, czyli 2 razy w tygodniu. Miałam okazję używać jakiś czas temu kilka drogeryjnych peelingów i właściwie każdy z nich miał zbyt ostre drobinki, pozostawiał niekomfortowy (jakby silikonowy) film na skórze i przede wszystkim podrażniał. Krem złuszczający Clarins okazał się być miłą odmianą po tych doświadczeniach. Granulek w kremie jest dużo, są małe, średnio ostre, łatwo się zmywają. Konsystencja kosmetyku jest na pograniczu kremu i pasty. Nie będę się rozpisywać;). Jestem zachwycona tym, jak prezentuje się po nim moja cera. Polecam serdeczne!♥

Ministerstwo Dobrego Mydła, skwalan z trzciny cukrowej  -  wspomniałam o tym surowcu w poprzednim wpisie, w którym napisałam, że nakładam go jako kolejną warstwę na serum z wit. E od Liqpharm, dzięki czemu mogłam w końcu odetchnąć z ulgą, ponieważ moja skóra została wreszcie porządnie nawilżona i odżywiona;). Ten wspaniały lekki olejek wykazuje również działanie przeciwzmarszczkowe, ujednolica koloryt skóry i sprawia, że jest dosłownie pełna blasku. Do tej pory miałam sera i kremy ze skwalanem pozyskiwanym z oliwek. Okazuje się jednak, że ten z trzciny cukrowej jest najlepszy (wszystkie pozostałe szczegóły na jego temat znajdziecie w opisie produktu na stronie MDM;)). Śmiało można ,,eksperymentować" i np. łączyć go z innymi olejkami i kremami, nakładać pod podkład, stosować solo na noc, wykorzystać jako serum pod oczy.

Pozostałe informacje o kosmetykach:
  • cena - Iwostin - 40 zł, Dermika - 40 zł, MDM - 38 zł +koszt wysyłki, Clarins - od 113 zł do 150 zł w zależności od miejsca zakupu
  • pojemność - Iwostin - 40 ml, Dermika - 15 ml, MDM -30 ml, Clarins - 50 ml (ja mam pojemność 30 ml)
  • dostępność - Iwostin, Dermika - apteki, MDM - sklep internetowy MDM, Clarins - perfumerie internetowe, strona internetowa Clarins
*Peeling marki Clarins otrzymałam w prezencie od Ani ♥♥♥ z bloga piekneperfumy.pl /Z miłości do perfum..., natomiast pozostałe 3 kosmetyki kupiłam.
Witajcie! :)

W zamyśle tytuł miał brzmieć ,,Pierwsze wrażenie po ponad czterdziestodniowej kuracji... " i tak też został sformułowany w wersji roboczej, ponieważ jeszcze na początku marca byłam przekonana, że będę mogła podzielić się z Wami zaledwie wstępnymi wnioskami na temat serum-maski z witaminą E polskiej marki Liqpharm. Jako że od początku zauważyłam, iż serum wykazuje właściwości naprawcze, założyłam, że wrócę do niego w bliżej nieokreślonej przyszłości, gdy docelowo będę potrzebowała silniejszej regeneracji.

Kiedy kuracja tym koncentratem dobiegła końca, zmieniłam treść tytułu. Efekty znacznie przewyższające oczekiwania mogły zaowocować tylko jednym -  włączeniem kosmetyku na stałe do schematu pielęgnacji. Nie wchodzi w grę żadne pierwsze wrażenie, wyłącznie pełna recenzja:).

Na ulotce przeczytamy m.in. o tym, by stosować serum w ramach 28 dniowej kuracji, aczkolwiek nie ma żadnych  przeciwwskazań, by sięgać po nie przez cały rok dostosowując częstotliwość do aktualnych potrzeb skóry. Czym jest ów specyfik? To dwufazowy koncentrat regenerująco-odżywczy na noc, który ma w składzie bardzo wysokie, bo aż 15% stężenie witaminy E, kwas hialuronowy oraz ksylitol.
Producent informuje, że kosmetyk:
  • zapewnia optymalne odżywienie i nawilżenie,
  • poprawia elastyczność i jędrność,
  • wykazuje działanie wygładzające,
  • łagodzi podrażnienia,
  • zapewnia ochronę antyoksydacyjną.

Zaznaczę tylko, że moja cera nie była w dobrej kondycji u schyłku zimy: okropne przesuszenie (jak co roku o tej samej porze:/) oraz - trzeba to w końcu z siebie wydusić i zaakceptować, iż będzie to nieustanna walka;) - widoczne objawy starzenia skóry sprawiły, że potrzebowałam czegoś skutecznego z porządnym składem. Wybór padł na ofertę polskiej marki Liqpharm i ich serum-maskę z wit. E na noc.

Przed użyciem należy wstrząsnąć butelką, by uzyskać formułę mleczka, po czym nałożyć na twarz i szyję. Kosmetyk jest lekki, wchłania się prawie całkowicie, nie posiada zapachu.

Pierwszy etap kuracji był najtrudniejszy. Po każdym porannym oczyszczeniu twarzy z nocnej pielęgnacji nadal odczuwałam dokuczliwe ściągnięcie i nawet mój podręczny arsenał na dzień, składający się z kosmetyków aptecznych nie był w stanie zapewnić skórze odpowiedniego poziomu nawilżenia. Potrzebowałam dodatkowej warstwy na serum, dlatego zdecydowałam się na skwalan z trzciny cukrowej, czyli lekki olejek o działaniu odżywczym, nawilżającym i przeciwzmarszczkowym. Wspomógł na tamtym etapie działanie koncentratu Liqpharm w zakresie nawilżenia, dzięki czemu w trzecim tygodniu kuracji mogłam go już odstawić. Wówczas pozostało mi tylko należycie ocenić działanie samego serum.

Rezultaty: 
  • praktycznie od razu mogłam cieszyć się ujednoliconym kolorytem skóry;
  • zauważyłam również, że doskonale regeneruje skórę;
  • po kilkunastu dniach dostrzegłam zwężenie rozszerzonych porów;
  • finał kuracji zaowocował s i l n y m wygładzeniem struktury skóry. Oprócz tego, że dotychczas widziałam wszelkie nierówności gołym okiem, to dodatkowo aparat ,,lubił" wyeksponować je na zdjęciach. Teraz ten problem się rozwiązał;).

Podsumowując, uważam, że jest to doskonały kosmetyk w przystępnej cenie.
Czy do niego wrócę? Tutaj nie ma miejsca na określanie stopnia prawdopodobieństwa;D. Drugie opakowanie jest właśnie w użyciu:).

Pozostałe informacje o kosmetyku:  
  • cena - ok. 60 zł
  • PAO - 3 miesiące
  • pojemność - 30 ml
  • dostępność - szczegóły w tym odnośniku (lista adresów aptek w każdym województwie) -> https://www.liqpharm.pl/liq-c
Witajcie!

Ile razy przeczytałyście bądź usłyszałyście, że turbo pigmenty wykreowane przez Hanię Knopińską cechują się niespotykaną formułą i prezentują zupełnie nowy wymiar blasku? Na Instagramie najczęściej pojawiającym się stwierdzeniem w kontekście tych produktów jest: Żałuję, że zdjęcie nawet w połowie nie oddaje tego, jak prezentują się w rzeczywistości:).

Powiem Wam szczerze, że im więcej widziałam tego typu zdań, tym bardziej byłam nieufna;). Czy możliwe jest, żeby powstał produkt mocniej błyszczący niż pigmenty, które już znam? Czy może mnie jeszcze coś zaskoczyć, gdy miałam okazję używać tradycyjnych pigmentów Inglota, Makeup Geek czy Mac? No i w końcu podstawowe pytanie: czy rzeczywiście uzyskamy nim efekt o zwielokrotnionej mocy jak sugeruje jego nazwa



Spotkałam się również z opinią, że te pigmenty, będące skupiskiem brokatu na półprzezroczystej bazie, które wyglądają tandetnie. Nie zgadzam się z tym. Ja tu widzę jakość w najlepszym  wydaniu.

Moje początki z tymi pigmentami były trudne, ale nie w aspekcie aplikowania czy utrwalania. Musiałam się oswoić z ich intensywnym blaskiem... Tak, pisze to osoba, która nosi pigmenty na co dzień i była uparcie przekonana, że będzie się czuć swobodnie z każdym błyszczącym kosmetykiem na powiekach;). Przestałam tak myśleć, kiedy zobaczyłam możliwości pigmentu o nazwie Asteroid;D. Po kilkunastu dniach przyzwyczajania się do niego mogę napisać, że już jestem w stanie unieść ten połysk;).

Szczegółowe informacje o pigmentach (kolory opisuję na podstawie tego, jak wyglądają na powiekach na bazie Artdeco):
  • Asteroid - tak według mnie powinien się prezentować na powiekach pigment w wersji turbo. Mokry, biżuteryjny, wielowymiarowy, odznaczający się chyba największym możliwym natężeniem blasku (nie widziałam nic bardziej spektakularnego:)) Zauważyłam, że każdy opisuje ten kolor według własnego uznania;), aczkolwiek w pełni to rozumiem - rozłożyć go na czynniki pierwsze jest prawie niemożliwe;). Podstawa pigmentu wydaje się być liliowa, natomiast blask jest ewidentnie srebrzystobłękitny. Do tego trzeba jeszcze wyobrazić sobie, że mieni się drobinkami w kolorach: różowego złota, seledynowym i żółtym. Ma strukturę płatków, które całkowicie się rozprasowują. Osypywanie na takim samym poziomie jak pigmenty, o których wspomniałam na wstępie, czyli minimalnym. Jest trwały. Szczerze mówiąc, byłabym w stanie zapłacić za niego nawet trzykrotność ceny, którą narzuciła Hania, dlatego tym bardziej cieszę się, że mam taki unikat w swojej kolekcji dosłownie za grosze. Nie muszę czekać do grudniowego podsumowania, by wiedzieć, że turbo pigment Asteroid będzie moim największym odkryciem roku w kategorii makijaż oczu <3.
  • Lilak - również charakteryzuje się mocnym błyskiem, ale nie uważam, że jest on na poziomie turbo. Podstawa jest różowoliliowa z połyskiem jasnoróżowym i fioletowym. Drobinkiw kolorach: fioletowym, różowym, żółtym i seledynowym - jest ich aż o 2/3 mniej niż w Ateroidzie. Jego struktura jest bardziej jednolita i być może to jest przyczyną mniejszego blasku. Osypywanie na takim samym poziomie jak pigmenty, o których wspomniałam na wstępie, czyli minimalnym. Jest trwały. Wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie, ale nie zachwycił w takim stopniu jak poprzednik.
Pigmenty najczęściej nakładam pędzlem. Zdarzało się, że najpierw nanosiłam je palcem, tak jak sugerował producent, ale i tak w ostateczności wolałam precyzyjnie rozetrzeć je pędzlem. Taka metoda jest dla mnie najwygodniejsza. Sugestia, by nie korzystać z jakiegokolwiek utrwalania tych produktów do mnie nie trafia - nie ma siły, która utrzyma brokat, drobinki na gołej skórze, jeśli planujemy nosić makijaż dłużej niż kilka godzin.
 
Czy dostrzegłam wady? Tak piękne produkty o niespotykanej formule i jakże delikatnej strukturze powinny mieć opakowanie (w paletce bez przegródek drobinki tych pigmentów się rozsypują). Nie oczekuję ozdobnego projektu - mogłyby być identyczne jak te, którymi są obudowane prasowane brokaty tej marki. Zaakceptowałabym to, że miałyby przez to wyższą cenę.  Drugą wadą jest fakt, że nie wszystkie pigmenty cechują się zwielokrotnionym natężeniem blasku, co potwierdza mój Lilak.

Czas na podsumowanie. Czy wrócę do turbo pigmentów? Ateroid uwielbiam i będę się w niego zaopatrywać.  Lilak jest piękny, aczkolwiek nie uważam, że błyszczy się na poziomie turbo. Moim zdaniem nie wyróżnia się szczególnie na tle innych błyszczących pigmentów na rynku, więc nie planuję zakupu.

Na pierwszym zdjęciu Asteroid (udało mi się oddać to, jak prezentuje się na żywo prawie w 100%, na drugim Lilak (na żywo jest jaśniejszy):


Jeśli chodzi o gąbkę do nakładania podkładu Glamsponge, podzielę się zaledwie pierwszym wrażeniem, ponieważ mam ją od miesiąca. Nie jestem w stanie porównać jej do beauty blendera ani do tańszych zamienników, ponieważ nigdy ich nie miałam.

Informacja od producenta:
Nowa odsłona naszej kultowej gąbeczki. Ścięty GlamSPONGE charakteryzuje się niesamowitą miękkością oraz plastycznością. Makijaż nałożony przy użyciu naszej nowej gąbki wygląda niesamowicie naturalnie, ścięty kształt ułatwia nakładanie korektora w okolice oczu, baking czy konturowanie twarzy. Najnowsza GlamSPONGE zapakowana jest w pudełeczko z otworem umożliwiające transport oraz suszenie gąbki.



Mogę Wam napisać, że jest bardzo miękka i sprężysta, co oznacza, że jest bardzo komfortowa w użytkowaniu. Glamsponge po zmoczeniu wodą zwiększa swoją objętość dwukrotnie. Często czytałam, że tego rodzaju akcesoria wchłaniają dużo podkładu, przez co zużywa się go o wiele szybciej niż gdyby aplikowało się go palcami czy pędzlami. Ja na ogół potrzebuję dwóch niepełnych porcji fluidu i tyle samo zużywam rozcierając go gąbką, więc nie widzę różnicy

Podkład nałożony tą gąbką idealnie wtapia się w skórę. Nie ma mowy o żadnych smugach i innych dziwnych historiach, o których możecie poczytać na różnych blogach przy okazji zbiorczych testów drogeryjnych gąbek. Już po pierwszym użyciu, wiedziałam, że szybko do pędzli nie wrócę;). Zdejmuje ciężkość z trwałych matujących podkładów, rezultatem czego jest  naturalnie wyglądający makijaż i  wygładzona struktura skóry. Jej kształt (ścięcie wzdłuż i na czubku) ułatwia pomalowanie okolic skrzydełek nosa, a także umożliwia precyzyjne nałożenie korektora pod oczy. Być może klasyczne blendery spisują równie dobrze, ale ja uzależniłam się od tej konkretnej wersji <3.

Przetestowałam go na moim ulubionym podkładzie wygładzającym Skin Balance z Pierre Rene, który ma dość specyficzną formułę. Kilka lat temu widziałam na YT testy tego podkładu i za każdym razem mówiono, że nie współgra z  beauty blenderem, tzn. odkleja się od skóry, kiedy dokłada się kolejną warstwę. Ogólnie cały proces związany z rozcieraniem, stemplowaniem itd. był bardzo problematyczny. Gąbka od Hani znakomicie sobie z nim poradziła.

Myję ją mydłem po każdym użyciu, aczkolwiek ostatnio wyprałam ją dodatkowo w pralce wraz z jasnymi ubraniami i wygląda jak nowa:). Będę korzystać z tego ,,patentu" od czasu do czasu;).

Podsumowując, wszystkie wspomniane przez mnie zalety gąbki w kontekście jej ceny mówią jedno - musisz to mieć! ;) Ja nawet nie rozważam już beauty blendera. Ta  jest dla mnie strzałem w dziesiątkę;). Jak widzicie, tym razem test wypadł rewelacyjnie i nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy *_*.

Pozostałe informacje o produktach: 
  • cena - turbo pigmenty -> 25 zł, gąbka -> 20 zł (do cen należy doliczyć koszt wysyłki)
  • gramatura - turbo pigmenty -> 1,8 g
  • PAO - turbo pigmenty -> 12 miesięcy, gąbka -> z tego, co wiem, gąbkę trzeba wymieniać co 3 miesiące, jeśli używa się jej codziennie
  • dostępność - Sklep internetowy Glam Shop
Witajcie! :)

Moje doświadczenie z olejkami do zmywania makijażu nie jest szczególnie bogate, ponieważ miałam tylko wygładzający olejek do demakijażu z Clochee i ten, o którym dziś piszę, czyli rumiankowy olejek oczyszczający (Camomile Silky Cleansing Oil) z The Body Shop (nieudanych eksperymentów polegających na łączeniu różnych olejów ne wliczam;)).

Porównanie powyższych produktów sprawiło, że zaczęłam dostrzegać wady tego pierwszego, w związku z czym nie zamierzam ponawiać jego zakupu, natomiast za sprawą tego drugiego olejku uświadomiłam sobie, czego tak naprawdę oczekuję od tego rodzaju produktu. Oto moja lista:
  • musi usunąć makijaż w możliwie jak najkrótszym czasie,
  • nie powinien mieć bardzo tłustej konsystencji,
  • nie może pozostawiać tłustego filmu na skórze, 
  • podrażnienie skóry dyskwalifikuje produkt - to oczywiste;),
  • powinien mieć dopracowane opakowanie zarówno pod względem wizualnym, jak i technicznym.
Temat olejów do demakijażu, które emulgują z wodą zaciekawił mnie na tyle, że zdecydowałam się zaprezentować Wam w tym roku kilka z nich. Nie mogę się już doczekać aż wpadną w moje ręce, tym bardziej, że plasują się podobno w samej czołówce;). 



Producent informuje, iż rumiankowy olejek oczyszczający:
szybko usuwa makijaż w jednym prostym kroku, nie pozostawiając na skórze tłustej warstwy. Świetnie sprawdza się w zmywaniu wszystkich rodzajów makijażu, w tym również wodoodpornego, pozostawiając skórę czystą i świeżą. Odpowiedni dla cery wrażliwej oraz dla osób noszących soczewki kontaktowe. Zawiera ekstrakt z rumianku z Norfolk w Wielkiej Brytanii. (informacja pochodzi ze strony sklepu internetowego The Body Shop)
Dzielę się z Wami opinią o tym olejku po ponad miesiącu codziennego używania. Stosowałam go zgodnie z przeznaczeniem, a także czasami do porannego oczyszczenia twarzy z nocnej pielęgnacji (do zmycia makijażu potrzebuję trzy porcje olejku, do porannego mycia tylko jedną). Dla osób, które właśnie teraz dowiedziały się o istnieniu takich olejków, napiszę, że w obu zastosowaniach wylewamy odrobinę produktu na dłoń, po czym działamy identycznie jak w przypadku żelu do mycia twarzy;).

Zacznę od początku, czyli od opisania wrażeń olfaktorycznych. Nie zgadłabym, że ten delikatny kwiatowy aromat to rumianek - poszerzyłabym raczej spectrum doznań i uznała, iż pachnie on polnymi kwiatami z przebijającym się również typowo olejowym zapachem. Oceniam kompozycję  jako przyjemną dla nosa;).

Kolejna pochwała należy się za konsystencję - nie jest bardzo tłusta i na szczęście nie rozmazuje się, aczkolwiek trzeba mieć na względzie, że na skórze wyczuwalna jest formuła oleju.  Tuż po nałożeniu zauważymy, że natychmiast rozpuszcza makijaż, a w połączeniu z wodą zmienia się w mleczko. Po umyciu twarzy zobaczymy, że jest porządnie oczyszczona, bez grama tłustego filmu na jej powierzchni, co oznacza, że nie trzeba sięgać po inny specyfik, żeby się go pozbyć.

Uważam, że produkt, który nie podrażnia nawet wtedy, gdy zmywam nim makijaż oczu zasługuje, by rozważyć go podczas kolejnych zakupów;). Jestem zadowolona z działania, ale także z walorów wizualnych opakowania. Bardzo mi się podoba projekt butelki - jej kształt, etykieta, zastosowana kolorystyka, dozownik z  blokadą, który skądinąd działa bez zarzutu. Ja tu widzę same zalety, wad się nie dopatrzyłam;).
Czy wrócę do tego kosmetyku? Tak, o ile nie znajdę czegoś, co jeszcze bardziej mnie zachwyci:).

PS. O tym olejku pisała również Asia z bloga 1001 pasji, więc jeśli macie ochotę poczytać o jej spostrzeżeniach, odsyłam do wpisu -> http://www.1001pasji.com/2014/01/dermalogica-preclenase-czyli-o-mojej.html
Pozostałe informacje o kosmetyku:
  • cena - około 70 zł
  • pojemność -  200 ml
  • PAO - 12 miesięcy
  • dostępność - The Body Shop stacjonarnie i online
Witajcie!:)

We wrześniu opublikowałam na blogu  wpis, w którym podzieliłam się z Wami opinią o dwóch cieniach i dziesięciu pigmentach. Napisałam wówczas, że nie jestem usatysfakcjonowana jakością dwóch pigmentów, natomiast jeden brokat uznałam za ciekawy, aczkolwiek nie zdecydowałabym się na jego zakup tylko z tego powodu, że jest dla mnie zbyt odważny. Jako że większość produktów zyskało moje uznanie, postanowiłam, że pozostanę przy marce jeszcze jakiś czas i tym razem zamówię kilka różowych kameleonów.

Od samego początku pisano, że cienie Glam Shopu w obrębie konkretnego wykończenia mają nierówną jakość. Tym razem przekonałam się, że jest to prawda. Wata cukrowa, jednorożec i różowo-różowy - bo na te cienie się zdecydowałam - są z zupełnie innego świata niż znakomite: czekoladowa róża czy curry.  W związku z tym z całej trójki zostaje ze mną tylko jeden cień, który nieco lepiej zaprezentował się na powiekach niż pozostałe dwa, dla których znalazłam już nowy dom;).


Jednorożec według opisu marki opalizuje na chłodny róż i błękit (na oczach dostrzegam jednak przewagę fioletu), natomiast wata cukrowa jest brzoskwiniowa z poświatą przepięknego cukierkowego chłodnego różu, który spokojnie można określić neonowym. Przy zakupie tych dwóch cieni sugerowałam się opisem, który wyraźnie wskazywał, że są to cienie metaliczne, natomiast moim zdaniem mają one wykończenie satynowe. Dla kogoś, kto nastawiał się na wyrazisty błysk jest to duże rozczarowanie.

Kolejne rozczarowanie pojawia się w momencie zetknięcia pędzla z ich konsystencją - od razu zauważymy, że trzeba poświecić nieco więcej czasu, by nabrać odpowiednią ilość wystarczającą do pokrycia całej powieki. Przy okazji ujrzymy, że cienie mocno się pylą i wszystko to, co się usypało wokół wypraski wystarczy, by pomalować drugie oko...

Poza tym, widzę tu jeszcze kilka wad dyskwalifikujących te konkretne cienie: podkreślają zmarszczki, są półtransparentne, czyli widać przez nie skórę, dodatkowo wata cukrowa nie rozkłada się równomiernie do tego stopnia, że czasami pojawiają się dziury wielkości kilku milimetrów. Ja nie widzę tu oszałamiającego efektu, a takiego powinnam się spodziewać, biorąc pod uwagę m.in. demonstracje kolorów w internecie, bardzo przychylne recenzje na blogach i w filmach na YT.

Aby wydobyć ich potencjał, korzystałam z kilku metod: nanosiłam je palcem, a także różnymi pędzlami, korzystałam z bazy, próbowałam też bez bazy, nie zapomniałam również, żeby sprawdzić, jak prezentują się nałożone na mokro i sucho. Stwierdziłam, że te cienie muszą być oceniane tak samo jak inne, a więc wyznacznikiem wysokiej jakości powinno być to, że wyglądają bez zarzutu bez względu na obraną metodę. Niestety nie sprostały moim wymaganiom, więc musiały opuścić mój zbiór. Mogę jeszcze napisać, że w przypadku jednorożca wydarzyłoby się to  nawet wtedy, gdyby był pod względem formuły ideałem. Nie pasuje on do mojego typu urody - za każdym razem wyglądałam w nim tak, jakbym była chora:/.
Różowo-różowy to trochę inna historia. Zacznę od koloru, który jest według mnie uroczy - pomysł, żeby zmrożony róż opalizował na inny odcień różu był genialny;). Tutaj jestem już bardziej skłonna uznać, że bliżej mu do wykończenia metalicznego niż satynowego. Owszem, pyli się tak samo jak poprzednicy, podkreśla załamania, ale na szczęście w mniejszym stopniu. O tyle dobrze, że równomiernie pokrywa powieki. Z przyjemnością będę go nadal używać.

Podsumowując, tym razem test nie wypadł najlepiej, ale nie zraził mnie do marki. Po cienie na pewno już nie sięgnę, ale są jeszcze prasowane pigmenty, sypkie pigmenty i turbo pigmenty;D. Być może już niedługo pojawi się o nich wpis. Może nawet uda się opublikować go w tym miesiącu:).

Poniższe zdjęcie pokazuje makijaż z wykorzystaniem cienia różowo-różowego:


Pozostałe informacje o kosmetykach: 
  • cena - 13 zł
  • pojemność - 1,8 g
  • PAO - 12 miesięcy

Witajcie! :).

Błyszczyki powiększające usta to zdecydowanie mój temat:). Mam w tej kategorii swoich ulubieńców, natomiast muszę Wam oznajmić, że ich grono powiększyło się ostatnio o Plump Potion od Physicians Formula. Nie znam oferty marki, toteż za sprawą tego jakże udanego kosmetyku moja ciekawość względem pozostałych produktów wzrosła przeogromnie, mimo że nie wszystkie ich opakowania mi się podobają.
Opakowanie, skądinąd bardzo ciężkie, wygląda niczym strzykawka, co sugeruje, że tuż po nałożeniu nasze usta będą wyglądały tak, jakby były poddane zabiegowi powiększenia ust w gabinecie medycyny estetycznej:).

Na stronie perfumerii Douglas przeczytałam kilka podstawowych informacji o Plump Potion:
Koktajl witamin i składników odżywczych znajdujących się w składzie sprawia, że usta stają się pełniejsze, a kwas hialuronowy utrzymuje optymalny poziom nawilżenia. Formuła zawiera kofeinę. Błyszczyk wykazuje działanie wygładzające. Produkt bez parabenów.
Co szczególnie mi się podoba w tym błyszczyku? Przede wszystkim na uznanie zasługują:
  • kilkugodzinna trwałość,
  • mrowienie i efekt chłodzenia w granicach wytrzymałości;),
  • na ustach wytwarza się gruba warstwa produktu, czyli jak najbardziej można uzyskać tym błyszczykiem złudzenie pełniejszych ust;),
  • piękny transparentny kolor, który określiłabym jako budyniowy róż;). 
  • delikatny słodki zapach, choć producent informuje, że jest to produkt bezzapachowy,
  • błyszczyk nie przesusza ust.
Odnotowałam tylko jedną wadę. Jest nią niedopracowany pędzelkowy aplikator, któremu już na starcie musiałam obciąć część włosia odstającego od pozostałego pod kątem prostym;). Nie jest ono na tyle sprężyste, by mogło wrócić na swoje miejsce, stąd radykalny pomysł z nożyczkami;).

Podsumowując, uważam, że jest to znakomity kosmetyk. Ostatnio sięgam po niego niemalże codziennie, ponieważ bardzo dobrze wygląda u mnie w zestawieniu z naturalną kolorystyką cieni. Z pewnością  kupię go w identycznym kolorze, gdy tylko mi się skończy.

Błyszczyk (jak i kilka innych kosmetyków, o których z pewnością napiszę jeszcze na blogu;)) otrzymałam w ramach prezentu z okazji czwartych  urodzin bloga piekneperfumy.pl /Z miłości do perfum... Ania postanowiła docenić w ten sposób moje ,,zaangażowanie i zawsze przemyślane komentarze";).

Pozostałe informacje o produkcie:
  • PAO - 24 miesiące
  • cena:  52 zł
  • pojemność: 3 g
  • dostępność: perfumeria Douglas /drogeria Hebe/ drogerie i perfumerie internetowe