Najnowsze wpisy

Witajcie! 

Rozczarowałam się ostatnio jakością różnych cieni, dlatego szukam teraz paletek, palet i pojedynczych cieni w zupełnie innych rejonach niż dotychczas;). 

Od dawna ciekawiła mnie szwedzka marka IsaDora. Z tego, co zauważyłam, jest teraz łatwo dostępna, poza tym często można trafić na kuszące promocje:). Kiedy pewnego sierpniowego poranka dostrzegłam ofertę pod tytułem -30% na wszystko, było oczywiste, że musiałam z niej skorzystać:).

Spośród kilku dostępnych stacjonarnie wersji kolorystycznych poczwórnych paletek cieni wybrałam tę oznaczoną nazwą 13 Autumn Legends. Czy jej jakość jest zadowalająca? Czy była moim pierwszym wyborem, gdy wykonywałam mój codzienny makijaż zarówno ten stonowany, jak i bardziej wyrazisty? Zaraz Wam na te pytania odpowiem:).

Opis poszczególnych kolorów i wykończeń

  • miodowy - satynowy; nie zwróciłabym na niego uwagi, gdyby był dostępny pojedynczo, także na pewno nie będę go używać, choć kiepskiej jakości nie mogę mu zarzucić. Moja ocena ---> 4/6.

  • ciepły różowy - metaliczny z maleńkimi srebrnymi drobinkami; przepiękny kolor, który można nakładać na całą powiekę, do tego rozświetlacz w kącikach i makijaż dzienny gotowy <3. Moja ocena ---> 6/6.
  • wiśniowy brąz - metaliczny; najładniejszy kolor z całej paletki do przydymionych jesiennych makijaży <3. Moja ocena ---> 6/6.
  • bakłażanowy brąz  - matowy; nie sięgam po ciemne brązy z nutą fioletu, ponieważ u mnie takie odcienie nie wyglądają dobrze - podkreślam nim tylko dolną linię rzęs bądź robię nim kreskę na górnej powiece. Moja ocena ---> 4/6.

Zalety paletki

  • dobra pigmentacja cieni,
  • konsystencja umiarkowanie miękka,
  • cienie estetycznie prezentują się na powiekach, co oznacza, że nie podkreślają załamań skóry,
  • doskonale się rozcierają i łączą między sobą
  • trzy cienie w ogóle się nie osypują
  • nie zmieniają w ciągu dnia koloru ani nie tracą na intensywności i połysku,
  • świetnie utrzymują się nawet na korektorze
  • solidne opakowanie,
  • niewygórowana cena (w promocji) w stosunku do jakości, jaką otrzymujemy.

Wady paletki

  • miodowy mógłby być bardziej błyszczący albo mógłby mieć chociaż kolorowe drobinki,
  • bakłażanowy brąz mocno się osypuje,
  • dobór kolorystyczny nie do końca mi odpowiada: bakłażanowy brąz powinien być czekoladowym albo kawowym brązem, żeby korzystnie wyglądał w połączeniu z pozostałymi odcieniami.

Podsumowując, jestem zadowolona z zakupu tej paletki. Mimo że odnotowałam kilka drobnych wad, nie wpłynęły one na moje ogólne pozytywne wrażenie. Często sięgam po te cienie, ponieważ wiem, że wykorzystam za jednym razem aż trzy kolory i uzyskam efekt smokey eye w eleganckim wydaniu. Być może kupię jeszcze inną wersję kolorystyczną.

 

 Pozostałe informacje o produkcie:

  • cena regularna: 70 zł
  • gramatura: 5 g
  • PAO: 30 miesięcy
  • dostępność: m.in. Rossmann

Witajcie! 

Jesień już u drzwi, a więc pora na podsumowanie testu kosmetyków, których używałam w wakacje.  Większość z nich polecam do przetestowania. Niestety trafiły się też buble, do zakupu których  nie zamierzam namawiać, mimo że swego czasu zostały okrzyknięte przez blogosferę mianem istnej doskonałości za przysłowiowe grosze...

Będzie mowa o dwóch kosmetykach do pielęgnacji twarzy. Tym razem nie znajdą się w osobnym wpisie na temat letniej pielęgnacji twarzy, ponieważ od maja niewiele zmieniło się w moim schemacie poza tym, że odstawiłam na ten czas formuły olejowe i toniki.

Pojawią się dwa specyfiki do włosów, które dostałam kiedyś w paczce od Asi ---> 1001 pasji, a które dopiero teraz będą miały swoje pięć minut na blogu;). 

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o kosmetykach do makijażu:).  

Wszystkie produkty możecie obejrzeć na powyższym kolażu, a tymczasem zapraszam do zapoznania się z moimi krótkimi opiniami na ich temat.

  • Iwostin, booster nawilżający z serii Hydro Sensitia (ok. 40 zł za poj. 30 ml) -  formuła bezzapachowa; konsystencja rozwodnionej galarety; wchłania się całkowicie, pozostawiając na skórze cienką aksamitną powłokę. W składzie znajdują się: kolagen morski, roślinne komórki macierzyste, fucogel, kwas hialuronowy i peptydy. Używałam tego kosmetyku rano i wieczorem przez 2 miesiące. Zależało mi na lekkiej formule na lato, której głównym zadaniem będzie zapewnienie nawilżenia ma optymalnym poziomie. W pakiecie otrzymujemy również łagodzenie podrażnień i delikatne wygładzenie struktury skóry. Właściwości odżywczych, o których zapewnia producent, jakoś specjalnie nie zauważyłam. Moja ocena ---> 5/6.
  • A-derma, krem regenerujący z miedzią i cynkiem z serii Dermalibour (ok. 45 zł za poj. 100 ml) - kiedyś pisałam na blogu o tym kremie, a teraz tylko wspomnę, że kupuję go w jedynej słusznej pojemności, czyli największej;). W maksymalnym skrócie, krem błyskawicznie likwiduje każde podrażnienie, zaczerwienienie i uszkodzenie skóry. Najlepiej stosować go na noc bądź w takie dni, kiedy nie nakładamy makijażu, ponieważ ma on w mojej ocenie dość specyficzną formułę, która nie z każdym podkładem będzie współgrać. Moja ocena ---> 6/6.
  • Oribe, Gold Lust Nourishing Hair Oil (aktualnie dostępny w Polsce w dwóch sklepach internetowych w obniżonych cenach: w zestawie z szamponem i odżywką -> 399 zł i osobno w pojemności 50 ml  ->  169 zł) - odżywczy olejek do włosów, który nie przetłuszcza ich, jeśli zdarzy nam się przez przypadek nałożyć go trochę więcej niż zwykle. Wykorzystuję go na kilka sposobów: do całonocnego olejowania (3-4 pompki), do olejowania włosów na godzinę przed ich umyciem (3-4 pompki)do ujarzmienia, wygładzenia włosów przed wyjściem z domu (kilka kropel). Ma przyjemny cytrusowy zapach. W składzie znajdziemy m.in.: olej abisyński, olej z nasion Meadowfoam, masło shea, olej arganowy, witaminę E, ekstrakt z arbuza, olejek eteryczny bergamotkowy, ekstrakt z owoców liczi, masło murumuru, ekstrakt z całej rośliny sandałowca białego, oliwę z oliwek, olej z nasion czarnej porzeczki, olejek eteryczny cytrynowy, olej jaśminowy, wyciąg z szarotki alpejskiej. Włosy są odżywione, zdrowsze, mocniejsze, a przy tym intensywnie się błyszczą. Kolejne moje odkrycie tego roku❤️. Moja ocena ---> 6/6.
  • Philip Kingsley, PK Prep Polishing Balm (UWAGA produkt występuje aktualnie pod nową nazwą --> Finishing Touch Polishing Serum) - kosmetyk ma formułę gęstego i lepkiego żelu. Ujarzmia puszącą się czuprynę;) i ,,przykleja" do właściwego pasma odstające włosy, których widok może szczególnie irytować;), a mowa o tych znajdujących się na czubku głowy, przy skroniach i na bocznych kosmykach. Formuła, choć wydawałoby się, że jest ciężka, absolutnie nie obciąża włosów. W efekcie uzyskujemy nabłyszczoną i idealnie wygładzoną fryzurę. Najlepiej nakładać ten produkt w małej ilości na włosy osuszone ręcznikiem. Moja ocena ---> 6/6.
  • Glam Shop, turbopigment Bella (25 zł za sztukę)- pigment, który opalizuje między kolorem brzoskwiniowym, pomarańczowym i różowym, a dodatkowo iskrzy złotymi i seledynowymi drobinkami, których nagromadzenie  jest większe niż w innych turbopigmentach. Jego struktura jest jednolita, co oznacza, że rozkłada się na powiece równomiernie, nie tworząc przy tym efektu skorupy orzecha włoskiego. Wspaniały kolor na lato, przepięknie współgra z opalenizną i neonowym różem na ustach;). Moja ocena ---> 6/6.
  • Golden Rose, konturówki do ust Dream Lips w kolorach (ok. 9 zł za jedną konturówkę)  - kolory, które wybrałam są dokładnie takie, jakich od dawna szukałam, czyli piękny chłodny róż, który jest trochę neonowy oraz idealnie wyważony odcień brzoskwini. Niestety po dwóch dniach noszenia obu odcieni na moich ustach wystąpiła reakcja alergiczna. Wargi pokryły się krostkami i strupami wychodzącymi również poza ich kontur. Towarzyszyło temu uczucie swędzenia i pieczenia. Krem z miedzią i cynkiem A-dermy miał nie lada wyzwanie, ale rozprawił się z problemem dość szybko;). Moja ocena --->1/6.

Na poniższym zdjęciu pokazałam turbopigment Bella nałożony bardzo cienką warstwą. W standardowej ilości nasycenie koloru jest mocniejsze, połysk również.


Witajcie!

Chciałabym Wam dzisiaj zaprezentować najprawdopodobniej najsłynniejszy róż Diora - Rosy Glow w kolorze 001 Pink, który znajdował się na mojej liście od dawna. Nie oznacza to jednak, że uważam, iż róże marek luksusowych są lepsze niż drogeryjne.

Róże do policzków uwielbiam za to, że ożywiają twarz i nadają jej młodzieńczego wyglądu. Często  zastępują mi puder brązujący i przeważnie zimą wykonuję nimi konturowanie twarzy. Lubię prawie wszystkie odcienie (landrynkowe róże, fuksje, zgaszone róże z nutą fioletu, brudne róże z szarością, brzoskwiniowe, morelowe, pomarańczowe, ceglaste i czerwone), poza tymi, które zbliżają się do miedzi i brązu.

Jeśli róż jest matowy lub satynowy, nie zawiera drobinek, doskonale się rozciera, nie robi plam i nie znika w ciągu dnia, wówczas uznaję, że mam do czynienia ze świetnym produktem. Czy Rosy Glow posiada te wszystkie właściwości? Zaraz się przekonamy;).

Informacja od producenta:
Formuła opracowana w oparciu o technologię Color Reviver dostosowuje się do temperatury i poziomu nawilżenia skóry, oferując indywidualny efekt zaróżowionych policzków. Policzki nabierają świeżego, naturalnego i promiennego wyglądu. Róż subtelnie podkreśla kolor natychmiast po nałożeniu na skórę. Gama obejmująca kultowy odcień 001 Pink, królujący za kulisami pokazów mody została wzbogacona w ożywiający odcień 004 Coral do cery o bardziej złocistej tonacji. Odcienie te oferują różne poziomy intensywności, od dyskretnych do najbardziej wyrazistych. 

Opakowanie

Na stronie Douglasa opakowanie wydawało mi się tandetne, ale na żywo zyskało w moich oczach. Jest dosyć ciężkie, solidne, a wieczko nie jest przezroczystym plastikiem, przez który widać zawartość kosmetyku - jak na początku podejrzewałam - okazało się, że jest to różowa grafika, która przedstawia zmultiplikowaną po skosie nazwę marki
Ponadto, jak można zresztą zauważyć na zdjęciach, w opakowanie wbudowano lusterko.


Zapach, formuła, wykończenie, trwałość

Jego zapach przypomina mi eleganckie kwiatowo-pudrowe perfumy. Konsystencja różu jest dość  mocno sprasowana, więc nie pyli się nadmiernie podczas nabierania pędzlem. Wykończenie jest według mnie matowe bez drobinek. Kolor na policzkach nie blednie w ciągu dnia. Rozprowadza się na skórze idealnie, nie tworząc żadnych plam.

Kilka odcieni w jednym różu?  

Kolor, który finalnie uzyskamy na policzkach zależy od kilku czynników. Wymienię tylko te, które zauważyłam u siebie:
  • stopień opalenizny  --> na jasnej karnacji i odpowiednio dopasowanym do niej podkładzie wyjdzie kolor chłodnego cukierkowego różu, na ciemniejszej karnacji średni żywy róż,
  • wersja bez makijażu ---> na gołej skórze uzyskacie odcień jasnego pastelowego różu,
  • uprzednie nałożenie pudru brązującego ---> po zmieszaniu na skórze obu kolorów uzyskacie odcień malinowy.
Na poniższym zdjęciu pokazałam Wam, jak prezentuje się ten róż na gołej skórze (po lewej) i nałożony na ciemniejszy podkład (po prawej).

Polecam czy odradzam?

Świetny róż można dostać za przysłowiowe grosze, więc jakoś specjalnie nie będę namawiać do sprawienia sobie Rosy Glow;). Ja jestem bardzo zadowolona z zakupu, ale jako że już zaspokoiłam swoją ciekawość, nie czuję potrzeby, by zamawiać go ponownie. W pełni zadowalają mnie róże w przedziale cenowym 20 -70 zł.



Pozostałe informacje o produkcie:
  • cena regularna: 169 zł
  • gramatura: 4.6 g
  • PAO: 12 miesięcy
  • miejsce produkcji: Francja
Witajcie!


Wiem, miałam sobie odpuścić pojedyncze cienie z Glam Shopu po tym, jak rozczarowały mnie praktycznie wszystkie egzemplarze z jednego zamówienia (polecam tylko Czekoladową różę i Curry, o ile wróci kiedyś do sprzedaży), ale postanowiłam jeszcze wziąć pod lupę kilka kolorów w nadziei, że może tym razem trafię na inną formułę. 

Skusiłam się na dwie folie, perłę i cień o wykończeniu metalicznym. Mam już wstępną opinię po kilkukrotnym użyciu każdego z nich, także jeśli tylko zastanawiałyście nad tymi kolorami, zapraszam do przeczytania tego wpisu przed dokonaniem zakupu;).


Przejdźmy do opisu poszczególnych cieni:
  • Kosmiczna pieczarka - ciemne srebro z odrobiną fioletu (w ogóle nie dostrzegam w nim brązowego podtonu). Wykończenie mocno błyszczące, foliowe. Przepiękny kolor, który zainspirował mnie do poszukiwań nieoczywistych błyszczących odcieni srebra i szarości. Konsystencja miękka, tworzy na skórze taką grubszą warstwę, co akurat lubię. Doskonale się rozciera. Ma niestety jedną wadę. Otóż po mniej więcej godzinie od nałożenia nie błyszczy się już tak mocno jak na początku, co oznacza, że później prezentuje się jak typowy cień metaliczny, a nie foliowy. Moja ocena ---> 5/6.
  • Pralina - szlachetny odcień neutralnego beżu z oliwkowym podtonem i złotym blaskiem. Wykończenie foliowe. Nigdy nie miałam i nie widziałam cienia podobnego do Praliny, dlatego jeśli chcecie mieć w kolekcji coś unikatowego, zachęcam do zakupu <3. Mogłabym powtórzyć tutaj wszystkie zalety, które wymieniłam, opisując Kosmiczną pieczarkę. Jeśli chodzi o wady, nie zauważyłam ani jednej. Moja ocena ---> 6/6.
  • Balerina - biały perłowy cień zakupiony w celu rozświetlania kącików i rozjaśniania strefy pod brwiami (zaczynam od miejsca powyżej kącika, a kończę prawie przy górnej granicy brwi), co bardziej mi odpowiada niż zastosowanie tego triku przy użyciu matowej bieli. Jest bezproblemowy w użytkowaniu. Niektórzy z Was wiedzą, że uwielbiam białe rozświetlacze*_*, więc używam go również w tej roli;). Moja ocena ---> 6/6.
  • Pantofelek chłodny liliowo-fioletowy cień o wykończeniu metalicznym, tylko dlaczego tak szybko gubi blask, podkreśla załamania powieki, czego oczywiście na początku nie widać i zmienia się w zupełnie inny kolor (bury morsko-brązowy)? Chciałam go wykorzystywać do takich zimnych i zgaszonych różowo-fioletowych makijaży, ale nic z tego nie wyszło. Moja ocena --->2/6.

Podsumowując, mogę Wam polecić Kosmiczną pieczarkę, Pralinę i Balerinę. Pantofelek z pewnością ma swój kolorystyczny odpowiednik w innej firmie,  więc nie ma potrzeby kupować cienia o tak kiepskiej jakości.

Na poniższych zdjęciach zaprezentowałam cienie w następującej kolejności: Kosmiczna pieczarka, Pralina, Pantofelek. Na każdym z nich jest również Balerina w kącikach.



Pozostałe informacje o kosmetykach: 

  • cena regularna jednego cienia - 13 zł
  • pojemność - 1,8 g
  • PAO - 12 miesięcy
Witajcie!

Od lat jestem pod wrażeniem zapachów, które wykreowali perfumiarze zaproszeni do współpracy z marką Lalique. Uwielbiam arcydziwne Perles de Lalique, doceniam też Satine, Lalique Le Parfum, Living Lalique, natomiast najbliższą mojemu sercu kompozycją jest właśnie ta, której poświęcam dzisiejszy wpis, czyli Amethyst eau de parfum.


Wygląd flakonu sugeruje, co kryje się w środku?

Prosty klasyczny flakon podpowiada, że kompozycja jest nieskomplikowana, aczkolwiek wyrazista i w dobrym stylu, natomiast fioletowy kolor szkła sugeruje, że kryje się w niej zimny, tajemniczy, być może nawet nostalgiczny zapach. Ale czy tak jest naprawdę? Amethyst jest zmienny, przewrotny, a czasem kapryśny, dlatego nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jaki jest naprawdę. Z pewnością nie wpisuje się w sztywne ramy kwiatowo-owocowej kategorii olfaktorycznej.

Często mam wrażenie, że proporcje poszczególnych składników zmieniają się jak w kalejdoskopie,  następstwem czego jednym razem jest kwaśny, zielony i duszny, bywa, że ma na wskroś czysty mydlano-jeżynowy wydźwięk, z kolei innym razem tętni jagodowo-waniliową słodyczą, która nie jest natrętna.

Piramida zapachowa:
nuta głowy: czarna porzeczka, jagoda, jeżyna, morwa, truskawka
nuta serca: piwonia, pieprz, ylang-ylang, róża
nuta bazy: piżmo, wanilia bourbon, nuty drzewne


Amethyst balansuje na granicy mainstreamu i niszy

Owoce leśne w mainstreamie rzadko kiedy są ukazane w taki sposób jak pachną w rzeczywistości  - na ogół są wsparte potężną dawką słodyczy wynikającą z wanilii, ambry, bursztynu, sandałowca czy chociażby karmelu, co sprawia, że bliżej im do syropu, konfitury bądź nalewki. Nie zobaczymy oczami wyobraźni cieknącego po dłoni kwaśnego i cierpkiego soku fioletowych i czarnych owoców, nie wyczujemy też specyficznego zapachu liści tych krzewów, dlatego tym bardziej się cieszę, że pośród wszystkich przyjemnych i łatwych w odbiorze zapachów gdzieś tam na najniższej półce w perfumerii znajduje się niepozorna butelka kryjąca w swym wnętrzu aromat-majstersztyk, którego nie powstydziłaby się nisza.

Wyobrażam sobie, że wczesnym mglistym rankiem idę do dużego, zaprojektowanego na planie litery ,,L"ogrodu, który okala mój dom. Po nocnej burzy powietrze pachnie ozonem zapachem ziemi  i olejkami wydzielanymi przez rośliny. Przechodzę przez pierwszą część ogrodu. Ten skrawek ziemi obradza w różnego rodzaju warzywa,  ale nie chcę się na nich skupiać, bo zmierzam do jego drugiej części, która znajduje się tuż za jabłonią i grządkami różowych róż i piwonii. To właśnie tam rośnie niezliczona liczba krzewów, m.in.  czarnych porzeczek, jeżyn i jagód. Napełniam salaterkę owocami i przy okazji upajam się w tej chłodnej aurze charakterystycznym zapachem liści krzewów.

Bywałam kiedyś w takim ogromnym ogrodzie, dlatego zawsze będę miała sentyment do Amethyst eau de parfum, bo w pewnym sensie przedstawia i za każdym razem przypomina mi o pięknym etapie mojego dzieciństwa.


Pozostałe informacje o perfumach: 

  • cena: ok. 113 zł + koszt wysyłki za pojemność 100 ml
  • przeznaczenie:  zapach na co dzień, dla kobiet; okazje nieformalne
  • parametry: projekcja umiarkowana (na długość ramion); trwałość ok. 6-8 godzin.
Witajcie!

Rozświetlacz GlamPOP Mega Blasssk z Glam Shopu został nazwany przez Hanię największym cieniem świata, więc kupiłam go, żeby sprawdzić, jak będzie sobie radził w tej roli;). 


Posłuży mi do rozświetlania twarzy? 

W okresie wiosenno-letnim wolę rozświetlacze-rozjaśniacze, będące beżową albo białą satyną bez drobinek (jeśli szukacie czegoś takiego, polecam zamówić wymienny wkład do palet #SAND od @AnastasiaBeverlyHills).

Mega Blasssk zawiera bardzo dużo drobinek, które z kolei osypują się na całą twarz, więc przychylam się do wszystkich opinii, które wskazywały, że to nie jest dobry materiał na rozświetlacz na szczyty kości jarzmowych, natomiast latem, gdy na ogół częściej ubieramy sukienki, warto rozświetlić nim ramiona i dekolt

Podpowiem tylko, że bardzo podobny do niego jest sypki rozświetlacz Sparkling Dust z Inglota, który mimo wszystko jest jednak lepszy pod tym względem, że daje mocniejszą taflę z dodatkiem iskrzących i nieosypujących się drobinek.

O kolorze i innych właściwościach

Nie jest łatwo określić jego kolor, aczkolwiek w takim skrótowym ujęciu opisałabym go jako łososiowo-beżowo-brązowy z drobinkami o srebrnym połysku. Po przeczytaniu wielu opinii myślałam, że będzie ciemny, ale - jak zobaczycie na poniższych zdjęciach - korzystnie będą w nim wyglądać zarówno karnacje jasne, jak i śniade.

Dla osób, której jednak planują używać go jako rozświetlacz, istotną kwestią jest jego wykończenie, bo na pewno obiła im się nie jeden raz o uszy opinia, że ta kategoria kosmetyków Hani prezentuje się na skórze ,,sucho". Ja do tej oceny się nie przyłączam, ponieważ nie zauważyłam u siebie pudrowej warstwy.

Formuła rozświetlacza oparta jest na bazie kolorystycznej, w której zatopione są drobinki. Jego konsystencja jest miękka, jednakże pyli się przy nabieraniu i na pewno osypie się pod oczami, więc trzeba będzie oczyścić tę strefę przed nałożeniem korektora. Zaletą jest fakt, że bardzo łatwo rozciera się nad załamaniem powieki.

Jeśli podobają się Wam makijaże w stylu Jennifer Lopez, to tym kosmetykiem z pewnością uzyskacie efekt mocnego odbicia światła - na oczach prezentuje się jak cień foliowy. Utrzymuje się na powiekach przez cały dzień, o ile będzie nałożony na bazę.

Podsumowanie 

To jest zarazem doskonały cień (6/6) i przeciętny rozświetlacz (3+/6), także oczywiste jest do jakiego celu go polecam;). Jeśli mi się skończy, na pewno kupię go ponownie, bo uwielbiam efekt mokrej powieki.


Pozostałe informacje o produkcie:

  • cena regularna: 29 zł +koszt wysyłki
  • gramatura: 7 g
  • PAO: 12 miesięcy
  • miejsce produkcji: Polska
Witajcie! :)

W kwietniu najczęściej odwiedzaliście mojego bloga, żeby zapoznać się z recenzjami kosmetyków Max Factor, dlatego  po raz kolejny postanowiłam wybrać dla Was jakąś nowość marki. Tym razem padło na maskarę False Lash Effect Deep Raven Black w pięknie zdobionym opakowaniu. Projekt graficzny oddaje kształt i kolor piór kruka. Trzeba przyznać, że wizualnie cieszy oko, ale czy potrafi je też spektakularnie podkreślić?:)

O zakupie zdecydowała po prostu ciekawość -  chciałam  sprawdzić, czy ta wersja okaże się lepsza od bezkonkurencyjnego tuszu marki, czyli podstawowej wersji False Lash Effect. W drogeriach internetowych (nie kupuję maskar stacjonarnie, bo uważam, że są one otwierane na potęgę) cena jest dość wysoka, bowiem kształtuje się w przedziale 38 zł - 63 zł +koszt wysyłki, także myślę, że warto przed zakupem zasięgnąć opinii zaufanych osób w sieci;).

Informacja od producenta:

Tusz do rzęs Max Factor False Lash Raven Black w kilka chwil pozwoli Ci osiągnąć efekt sztucznych rzęs! Ten cieszący się olbrzymią popularnością tusz pogrubiający zawiera wyjątkowo bogate i nasycone pigmenty, dzięki czemu rzęsy są jeszcze bardziej czarne i świetliste. Za sprawą płynnej formuły nadaje rzęsom niesamowitą objętość, a precyzyjna szczoteczka pozwala dotrzeć do każdej rzęsy, dzięki czemu możesz tworzyć nawet najśmielsze looki. [źródło ->https://www.maxfactor.com/pl-pl/eyes/mascara/false-lash-effect-raven-mascara].
  • Natychmiastowe zwiększenie objętości i intensywnie czarny kolor,
  • Formuła zapobiegająca powstawaniu grudek,
  • Tusz wzbogacony prowitaminą B5,
  • To maskara, która pozwala osiągnąć oszałamiający efekt sztucznych rzęs,
  • Dzięki bogatszym i bardziej nasyconym pigmentom możesz tworzyć jeszcze bardziej spektakularny look.

Moje spostrzeżenia

Pamiętam, że gdy po raz pierwszy użyłam klasycznej wersji, byłam pod ogromnym wrażeniem tego, co  zrobiła z moimi rzęsami, ponieważ efekt sztucznych, ale nie karykaturalnych rzęs uzyskałam przy minimalnym wysiłku i minimalnej dbałości o precyzję.  Tutaj niestety nie uzyskałam spektakularnego podkreślenia, pojawiły się również trudności natury technicznej.

Tak duża różnica między obiema maskarami spowodowana jest zarówno budową szczoteczki (na pozór silikonowe ,,maczugi" są identyczne), jak również formulacją tuszu.  

Przechodząc do rzeczy, w Raven Black igiełki są trochę krótsze, dlatego wnioskuję, że przez to nie jestem w stanie wydłużyć i unieść wysoko moich rzęs. Poza tym szczoteczka nabiera bardzo dużo tuszu (zostaje go zbyt dużo nawet po ściągnięciu nadwyżki na brzeg otworu opakowania), w związku z czym nie uda się go estetycznie rozłożyć na włoskach, nie wspomagając się inną czystą szczoteczką, którą np. pozostawiłyśmy sobie po ulubionym egzemplarzu;). Nie da się też dołożyć kolejnej warstwy, aby wzmocnić pogrubienie rzęs, ponieważ znowu trzeba sięgnąć po drugą szczotkę, żeby m.in. pozbyć się grudek. Nie zgadzam się więc ze stwierdzeniem, że jest to formuła zapobiegająca powstawaniu grudek.

Kiedy mam już za sobą wysiłek związany z aplikacją tuszu i poświęcenie kilku dodatkowych minut na uzyskanie zadowalającego efektu, mogę skupić się na pozostałych aspektach, czyli komforcie noszenia i trwałości. W tej kwestii nie mam żadnych uwag: nie czuć go na rzęsach,nie kruszy się i osypuje pod oczami.

Podsumowując,  klasyczna wersja False Lash Effect jest ewidentnie lepsza i tańsza (moja ocena --->6/6). Raven Black wypada na jej tle niezbyt korzystnie (moja ocena --->3/6).


Pozostałe informacje o produkcie:
  • cena: od 38 zł do 63 zł w zależności od miejsca zakupu +koszt wysyłki
  • pojemność: 13.1 ml
  • PAO: 12 miesięcy
  • miejsce produkcji: Anglia
Witajcie!


Dzisiaj zapraszam na drugą część wpisu na temat mojej pielęgnacji i tym razem będzie ona dotyczyła rutyny wieczornej. W kwietniu odbudowywałam płaszcz hydrolipidowy skóry, więc korzystałam z innej konfiguracji kosmetyków niż teraz, dlatego opiszę dwa zestawy.

Kilka produktów będzie przewijać się w moich przyszłych schematach pielęgnacji, a więc do końca roku, natomiast z częścią z nich na jakiś czas się rozstanę, żeby móc sprawdzić na swojej skórze inne, które od dawna znajdują się na mojej liście;). Na pewno na stałe zostaje olejek SVR, skwalan z trzciny cukrowej Ministerstwa Dobrego Mydła, krem regenerujący Epitheliale A. H Duo A-Dermy, a  miejsce pozostałych zajmą nowe preparaty;).

Demakijaż

  • SVR, Topialyse Huile Lavante, olejek micelarny do mycia i kąpieli (cena: 50 zł za pojemność 400 ml)Składniki aktywne: uwodorowiony olejek rycynowy, olej bawełniany, kwasy omega 3,6,9, nutritive complex, niacynamid, cukier prebiotyczny. Przewidywane działanie: do mycia do skóry suchej i atopowej, uzupełnia lipidy, działa przeciwświądowo.
Moja opinia o kosmetyku:
Olejek do mycia ciała, ale w tym przypadku nic nie stoi na przeszkodzie, by zmywać nim makijaż. Postępujemy tak samo jak z  żelem do twarzy. Niezbyt tłusta formuła przypomina bardziej  mix żelu i olejku. Jeśli do tej pory zmywałyście podkład i makijaż oczu olejem, ale przeszkadzała Wam tzw. mgła, którą pozostawiał, to tutaj tego nie uświadczycie;). Doskonale oczyszcza, przy czym jest bardzo łagodny dla skóry. Żałuję, że nie wzięłam go w litrowej pojemności, która po prostu bardziej się opłaca (63 zł w aptekach internetowych). Drugi raz tego błędu nie zrobię;). Ten olejek jest jednym z moich największych odkryć ostatnich miesięcy i już teraz wrzucam go do roboczego wpisu z Perłami roku 2020;). PS. Kosmetyk ma bardzo ładny, nieco orientalno-kwiatowy aromat, choć wiadomo - lepiej by było, gdy formuła była bezzapachowa.

Tonizowanie

  • Fitomed, Lukrecja gładka, tonik ziołowy nawilżający do cery suchej i wrażliwej.  Napisałam o nim w poście zatytułowanym: Moja poranna pielęgnacja wiosną.

Wzmacnianie bariery hydrolipidowej skóry

Na przełomie marca i kwietnia odbudowywałam płaszcz hydrolipidowy skóry, a więc nakładałam kosmetyki w trochę innej kolejności niż zwykle. Działałam wedle następującego schematu: olej+serum+odżywczy krem lipidowy.
Kilka kropelek skwalanu z trzciny cukrowej Ministerstwa Dobrego Mydła (38 zł za 30 ml) bądź oleju z opuncji figowej (65 zł za 15 ml) stanowiło pierwszą warstwę na skórze, potem aplikowałam koncentrat regenerujący z bardzo wysokim stężeniem witaminy E, czyli LiQ CE Serum night 15% Vitamin E Mask z Liqpharm (ok. 60 zł za 30 ml), po czym całość przykrywałam odżywczym kremem lipidowym z Ziai (12 zł za 50 ml).

O pierwszych dwóch kosmetykach pisałam już kilka razy na blogu, więc odsyłam do tych wpisów, a jeśli chodzi o krem z Ziai, to jest to moje trzecie opakowanie i raczej ostatnie, ale nie dlatego, że się nie sprawdził  - po prostu chciałabym przetestować kremy lipidowe, które mają bogatszy skład i nie będą zawierały parafiny.

Teraz, gdy nie mam już problemów ze ściągnięciem, zaczerwieniem, swędzeniem skóry  najpierw nakładam serum Liq Ce, po czym przykrywam je skwalanem z trzciny cukrowej. Ten duet genialnie nawilża, regeneruje, łagodzi skórę, a także rozprasowuje drobne zmarszczki ❤️.

Pielęgnacja skóry pod oczami

  • koncentrat regenerujący z witaminą E LiQ CE Serum night 15% Vitamin E Mask z Liqpharm,
  • Ministerstwo Dobrego Mydła, olej z opuncji figowej. Napisałam o nim w poście zatytułowanym: Moja poranna pielęgnacja wiosną.
Pod oczy nakładam dwa wyżej wymienione kosmetyki w kolejności, w której je wyszczególniłam. Na moim blogu nie przeczytacie już o kremach przeznaczonych pod oczy, ponieważ przekonały mnie argumenty specjalistów, by tego nie robić. Będą za to inne, ciekawsze i skuteczniejsze rozwiązania;).

Napiszcie w komentarzach o swoich odkryciach pielęgnacyjnych tego roku:).

Witajcie! :)

Chciałabym od tej pory pisać o kosmetykach do pielęgnacji twarzy w zbiorczych postach. Będą dotyczyły mojej pielęgnacji z podziałem na rutynę dzienną i wieczorną w danej porze roku, także spodziewajcie się ośmiu tego typu postów w roku:).

Zacznę od tego, że jeszcze rok temu nie umiałabym dobrze skomponować pielęgnacji dziennej i wieczornej, dlatego od kilku miesięcy wiedzę na ten temat czerpię z książek i od osób, które naprawdę się na tym znają ---> blog, instagram 1001 pasji oraz blog, instagram kosmostolog.pl, a także rewelacyjny kanał na youtube - Skin Ekspert, który odkryłam miesiąc temu. 

Nie mając odpowiedniej wiedzy m.in. na temat budowy i fizjologii skóry, łączenia składników aktywnych, doboru odpowiednich stężeń i rodzaju produktu na początek kuracji przeciwzmarszczkowej, sposobu nakładania kosmetyków, częstotliwości wykonywania danej czynności można sobie tylko zaszkodzić. Kolejną kwestią jest to, że wiele promowanych produktów, zabiegów, gadżetów i akcesoriów nie są naszej skórze w ogóle potrzebne, a wręcz w dłuższej perspektywie czasowej uczynią na jej powierzchni spustoszenie. Ja np. doprowadziłam do naruszenia płaszcza hydrolipidowego skóry (odbudowywałam go przez miesiąc kosmetykami, które wybrałam do pielęgnacji wieczornej - napiszę o tym w kolejnym poście ). Tak na marginesie, mam wrażenie, że o skutkach naruszeniu płaszcza lipidowego mówi się i pisze zdecydowanie za mało, a jak bardzo ważny jest to temat, dowiecie się na pewno u osób, które wymieniłam w poprzednim akapicie;).

Na poniższym zdjęciu przedstawiam kosmetyki, których używam codziennie rano. Nie umieściłam tu filtrów, peelingów i maseczek, bo sięgam po nie od czasu do czasu, aczkolwiek postaram się wspomnieć o tych produktach przy okazji kolejnych wpisów z tej serii.


Mycie twarzy

  • Tołpa, Dermo Face, Physio. Microbiom. Łagodny żel micelarny do mycia twarzy i oczu (cena: 25 zł za pojemność 195 ml). Składniki aktywne: torf tołpa, probiotyk–Repair Complex CLR PF, głęboko nawilżające: pochodna mocznika, hialuronian sodu i gliceryna. Przewidywane działanieusuwa zanieczyszczenia i makijaż w pełni respektując barierę ochronną skóry. Wspiera mikrobiom, dzięki czemu łagodzi podrażnienia, zmniejsza reaktywność i wrażliwość skóry. Zatrzymuje wodę w naskórku i redukuje jej utratę. Pozostawia skórę odświeżoną i dokładnie oczyszczoną.

Moja opinia o kosmetyku:
Od razu napiszę, że producent zagalopował się z tym usuwaniem makijażu. Według mnie żel nadaje się wyłącznie do porannego mycia twarzy (i tylko do tego celu go kupiłam), kiedy potrzebujemy czymś nieinwazyjnym zmyć pozostałości po nocnej pielęgnacji. Jest dokładnie taki, jak wskazuje jego nazwa, czyli łagodny, a więc nie odczuwam po osuszeniu twarzy napięcia ani ściągnięcia skóry, wręcz przeciwnie - moja cera jest nawilżona. Na pewno wrócę jeszcze do tego produktu.

Tonizowanie

  • Fitomed, Lukrecja gładka, tonik ziołowy nawilżający do cery suchej i wrażliwej (cena: 15 zł za pojemność 200 ml). Składniki aktywne:  wyciąg ziołowy z lukrecji, prawoślazu, owsa, pantenol, alantoina. Przewidywane działanie: dobrze nawilża naskórek, nie traci składników mineralnych, jest gładki, napięty i ma zdrowy połysk. Tonik ma działanie nawilżające, wygładzające, osłaniające i łagodzące. Po zastosowaniu toniku skóra jest ujędrniona, nabiera zdrowego połysku.
Moja opinia o kosmetyku:
Tonik przeszedł zmianę składu (poprzednia wersja w przezroczystej butelce pozostawiała delikatnie lepką warstwę na skórze). To jest bardzo dobry kosmetyk. Właściwie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zgodzić się ze wszystkim, o czym napisał producent. PS. Pamiętajcie, by aplikować toniki wklepując je w skórę i nie korzystać przy tym z płatków kosmetycznych. Czy wrócę do tego produktu? Raczej tak:). 

Nawilżanie

  • A-Derma, Epitheliale A. H Duo krem regenerujący (cena: 70 zł za pojemność 100 ml). Składniki aktywne: ekstrakt z młodych pędów owsa Rhealba, dwupeptyd aminokwasów L-alaniny, L-glutaminy, kwas hialuronowy. Przewidywane działanie: krem regenerujący górne warstwy skóry. Ma podwójne działanie dzięki składnikowi aktywnemu - Cicahyalumide, który: przyczynia się do przyspieszenia regeneracji skóry oraz wspomaga redukcję zmian na skórze. Niewidoczna, nieklejąca się formuła, wzbogacona w składniki nawilżające. Pozostawia skórę elastyczną, miękką i nawilżoną. Natychmiast łagodzi skórę.
Moja opinia o kosmetyku: 
Pisałam o nim kiedyś na blogu, dlatego teraz zwięźle opiszę jego właściwości i działanie. Ten bogaty, ale nie ciężki w formule krem doskonale nawilża i regeneruje skórę. Błyskawicznie łagodzi zaczerwienienia i swędzenie skóry. Świetnie sprawdza się też jako baza pod makijaż. Jako że jest niezbędnikiem w mojej codziennej pielęgnacji, kupuję go w największej pojemności.

Pielęgnacja skóry pod oczami

  • Ministerstwo Dobrego Mydła, olej z opuncji figowej (cena: 65 zł za pojemność 15 ml) - Składniki aktywne: fitosterole, witamina E w postacie gamma tokoferolu, kwasy Omega 6 Przewidywane działanie: intensywnie regeneruje i przywraca nawilżenie skórze suchej i podrażnionej. Posiada wyjątkowe właściwości immunostymulujące - wspomaga układ odpornościowy skóry, czyniąc ją mniej podatną na wpływ czynników zewnętrznych. Wspomaga gojenie, łagodzi podrażnienia i stany zapalne, pomaga w odbudowywaniu i uelastycznianiu naskórka. Łagodzi pracę gruczołów łojowych i posiada właściwości antybakteryjne - sprawdza się więc w pielęgnacji skóry tłustej, problematycznej i trądzikowej. Działa antyoksydacyjnie i wygładzająco, stanowiąc naturalną broń do walki ze zmarszczkami.
Moja opinia o kosmetyku:
Od kilku lat czytam o cudownych właściwościach oleju z opuncji figowej i w końcu postanowiłam sprawdzić, czy rzeczywiście jest taki fenomenalny jak zwykło się o nim pisać;). Zależało mi na oleju wysokiej jakości, czyli czystym (bez dodatków), tłoczonym na zimno i nierafinowanym. Znalazłam taki na stronie Ministerstwa Dobrego Mydła. Opisywany jest jako naturalny botoks, ale według mojej wiedzy on jedynie zatrzymuje nawilżenie w skórze i przeciwdziała powstawaniu zmarszczek, nie oddziałuje natomiast na już istniejące. Najczęściej stosuję go na skórę wokół oczu (wystarczy jedna kropelka) rano i wieczorem.  Wchłania się do aksamitnego matu, także jeśli macie ochotę zastosować go na całą twarz, to wystarczą 3 kropelki i śmiało można nakładać podkład;). Nie za bardzo podoba mi się jego aromat (kojarzy się trochę z zapachem oleju po usmażeniu frytek), ale da się go zaakceptować;). Na pewno wrócę do oleju z opuncji figowej, ponieważ znalazł u mnie kolejne zastosowanie: nałożony na całą twarz na noc w odpowiedniej kolejności z serum i kremem lipidowym uszczelnia barierę naskórkową, ale o tym innym razem;).



Witajcie!

Na samym wstępie napiszę, że dotychczas żaden podkład Bourjois nie sprostał moim oczekiwaniom, ponieważ każdy z nich całkowicie ścierał się z mojej twarzy po upływie dwóch godzin, pozostawiając skórę nieestetycznie błyszczącą.

Gdy zauważyłam, że marka wprowadziła do oferty nowy podkład o nazwie Always Fabulous, nie ekscytowałam się i raczej nie planowałam go przetestować. Ostatecznie zmieniłam zdanie po przeczytaniu dwóch recenzji;).

W internecie można go dostać za ok. 40 zł + koszt wysyłki, więc jeśli zastanawiacie się nad nim, to warto skorzystać z tej opcji, ponieważ stacjonarnie osiąga zadziwiająco wysoką cenę jak na półkę drogeryjną - musimy nastawić się na kwotę aż 72 zł...

Kolor, konsystencja, zapach, krycie, trwałość

210 Vanilla będzie korzystnym kolorem dla ciemniejszych karnacji na okres wiosenno-letni. Przeważają w nim żółte pigmenty, ale można też dostrzec oliwkowy podton. Konsystencja jest średnio gęsta. Ma bardzo przyjemny zapach: świeży, przypominający połączenie aromatów ogórka i różowych kwiatów. Krycie na poziomie średnim. Trwałość bardzo dobra, tak więc miłe zaskoczenie w kontekście tego, o czym napisałam na wstępie;).

Efekt na skórze oraz obietnice producenta a rzeczywistość

Po rozprowadzaniu podkładu miałam wrażenie, jakbym nałożyła odżywczą maseczkę (w tych pierwszych kilkudziesięciu sekundach wykończenie było mokre, swoją drogą podobne do tego, jakie daje podkład Yves Saint Laurent, All Hours) i moja pierwsza myśl była taka, że on rzeczywiście jest intensywnie nawilżający jak obiecywał producent, ale po dłuższej chwili, gdy się wyrównał, było oczywiste, że jest on stricte matowy i mocno zastygający, do tego jeszcze czuć było, że lekko ściąga i napina skórę. Niestety po kilku godzinach Always Fabulous okropnie uwydatnia rozszerzone pory

Wykończenie zależy tak naprawdę od tego, co będzie stanowiło bazę pod podkład. Jeśli nałożycie go na gołą skórę bądź lekki krem nawilżający - uzyskacie efekt, o którym napisałam wyżej, czyli katastrofę:/. 

Jeśli natomiast nałożycie kosmetyk intensywnie nawilżający (ja stosuję krem ultra regenerujący Epitheliale A.H DUO z A-Dermy, który w składzie ma ekstrakt z młodych pędów owsa Rhealba, dwupeptyd aminokwasów L-alaniny, L-glutaminy, kwas hialuronowy) uzyskacie mokrą i aksamitną satynę. Pojawia się tylko jedno pytanie. Czy w tej wersji podkład optycznie wygładza nierówności skóry? Tak, ale nie jest to efekt, jaki mnie satysfakcjonuje, ponieważ bluruje minimalnie i przez krótki czas.

Ponadto nie będzie wyglądał korzystnie w wyższych temperaturach (20-25°C) jak np. Infaillible 24 h Fresh Wear od L'Oreal. Bez porządnej bazy nawilżającej (mam tu na myśli np. profesjonalną bazę, krem lub serum) będzie niekomfortowy w użytkowaniu, a w dłuższej perspektywie przesuszy skórę.

Podsumowując,  nie jest to zły podkład, ale w tym przedziale cenowym wolę kupić niezawodny Skin Balance od Pierre Rene, wspomniany już Infaillible 24 h Fresh Wear od L'Oreal czy nawet Max Factor, Facefinity All day Flawless 3 w 1.

Uwaga! Na poniższym zdjęciu został nałożony na lekki krem nawilżający i można dostrzec, że wygląda sucho.


ALWAYS FABULOUS W MOIM SUBIEKTYWNYM RANKINGU PŁYNNYCH PODKŁADÓW

Najlepsze (5 i 6 w skali ocen szkolnych)

1. L'Oreal, Infaillible Fresh Wear 24H
2. Pierre Rene, Skin Balance
3. Givenchy, Teint Couture
4. Lancome, Teint Miracle (nowa wersja)
5. Clinique, Superbalanced Silk
6. Yves Saint Laurent, Touche Eclat Le Teint
7. Make up For Ever, Ultra HD
8. Estee Lauder, Perfectionist Youth-Infusing Makeup



Dobre (4 w skali ocen szkolnych)

9. Chanel, Vitalumiere Aqua
10. L'Oreal, Nude Magique
11. Max Factor, Facefinity All day Flawless 3 w 1
12. L'Oreal, True Match


Przeciętne (3 w skali ocen szkolnych)

13. Mac, Studio Fix
14. Collistar, Even Finish+Primer 24H Perfect Skin
15. Yves Saint Laurent, All Hours
16. Estee Lauder, Double Wear
17. Bourjois, Always Fabulous

Najgorsze (1 i 2 w skali ocen szkolnych)

18. Max Factor, Lasting Performance
19. Bourjois, Air Mat
20. Max Factor, Radiant Lift
21. Estee Lauder, Water Fresh Nude
22. Bourjois, 123 Perfect
Witajcie!

Przejrzałam wszystkie swoje perfumy, które nabyłam w ciągu ostatnich siedmiu lat i uznałam, że  czas na zmiany - zbyt długo poruszam się w obrębie tych samych zapachów. Inna sprawa, że nie chcę ich przechowywać w nieskończoność;), dlatego też wybrałam cztery flakony, które chcę zużyć w pierwszej połowie wiosny. Pójdzie sprawnie, bo ich pojemność nie przekracza 10 ml, a w miejscu zdenkowanych zapachów pojawi się jeden nowy nabytek, ale o tym innym razem;).

Przy okazji skrótowego opisu poszczególnych perfum napiszę również, czy planuję w przyszłości kupić je ponownie.


Przejdźmy zatem do konkretnych perfum:
  • Chanel, Chance eau de toilette -  uwielbiam w tym zapachu elegancką wytrawność skąpaną w słodkiej wanilii. Towarzyszył mi przy osiąganiu większych i mniejszych sukcesów zawodowych, nosiłam go w rześkie letnie poranki, to był zawsze mój pierwszy wybór, gdy zastanawiałam się,  co będzie pasować do tzw. białej koszuli. Skomponowany w taki sposób, by w każdej porze roku zaoferować feerię wrażeń. Niewiarygodnie trwały!:) Na pewno powrócę do niego za kilka lat <3.  

  • Chanel, Coco Mademoiselle eau de toilette - a niech wszyscy mówią i piszą, że to oklepany zapach - przyjmuję tę opinię do wiadomości bez większych emocji, aczkolwiek się z nią nie zgadzam. Identyczna sytuacja ma miejsce z moim ukochanym Acqua e Zucchero Profumum Roma, gdy czytam kolejną prześmiewczą wypowiedź w stylu: ,,naprawdę ktoś chce pachnieć tak sztucznym i prostym zapachem, który przypomina olejki aromatyzujące ciasta?" Dla mnie liczy się przede wszystkim to, jak się w danych perfumach czuję, a w obu, które teraz wymieniłam czuję się wyśmienicie. Czy fakt, że sięgam po Coco Mademoiselle wówczas, gdy nie mam pomysłu na inny zapach to znak, że jest przeciętny? Uniwersalność Coco Mademoiselle jest jej ogromną zaletą. Wytrawna i słodka zarazem, elegancka i dziewczęca. Dopasowująca się do każdej pory roku, stylizacji, okazji. Dopełni powagą nasz klasyczny wizerunek w oficjalnych sytuacjach, stanie się też filuterną ,,kropką nad i'' dla zwiewnej sukienki w kolorze pudrowego różu - brzmi paradoksalnie, ale tak właśnie jest. Z pewnością pojawi się w mojej kolekcji ponownie. Tymczasem robię sobie od niej kilkuletnią przerwę.
  • Guerlain, Aqua Allegoria Mandarine Basilic eau de toilette - zwróćcie na te perfumy uwagę, jeśli szukacie mistrzowskiego połączenia nut cytrusowych i zielonych w dobrym stylu. Nie umiem określić, czy przeważają tu klementynki, mandarynki wraz z pomarańczami czy może jednak bazylia. Nie wychwycicie w nich żadnej sztucznej nuty - mamy tu do czynienia wyłącznie z wiernym oddaniem aromatów występujących w rzeczywistości. Mandarine Basilic wprowadza w dobry nastrój, pobudza do działania, wyzwala spontaniczność. Od niego zaczęła się moja pasja, łączą się z nim piękne wspomnienia, a więc ponowny zakup jest oczywisty;).
  • Calvin Klein, Reveal eau de parfum - bardzo ciekawy ambrowy zapach, który jest wzbogacony aromatem soli, białym i czarnym pieprzem oraz nutami drzewnymi. Mimo kilku podjętych prób wiem już, że nie dam rady zużyć Reveal do końca ze względu na to, że od dwóch lat mój nos źle znosi nutę czarnego pieprzu w zapachach. Moja recenzja na jego temat nadal jest aktualna, ale nic nie poradzę, że w tym przypadku zadziałał czynnik niezależny ode mnie;), w związku z czym rozwiązanie jest tylko jedno - oddam ten zapach w lepsze ręce.
Witajcie! :)

Wszystko zaczęło się od poszukiwań perfum z różą, która byłaby zestawiona z owocami, nutami drzewnymi i ewentualnie wanilią. Tak trafiłam na zapach Grape Pearls marki The House of Oud, który przez czytelników internetowego magazynu o perfumach ,,Fragrantica" porównywany jest do Roses Vanille Mancery, a także Dark Purple i Intense Cafe Montale. Uznałam,  że takie małe zapachowe śledztwo będzie ciekawym tematem na wpis na blogu:).

Z drugiej strony bardzo dobrze się złożyło, ponieważ 20 lutego wypada święto łasuchów, czyli Tłusty Czwartek, a musicie wiedzieć, że każdy z tych zapachów kojarzy się wielu osobom z pączkami nadziewanymi konfiturą różaną;). Nie przepadam za tym nadzieniem, ale nie mam nic przeciwko perfumom, które tak pachną;). Czy jest w tych skojarzeniach ziarenko prawdy? Zaraz się przekonamy:).

Według mnie nie są to zapachy identyczne, ale podobne, przy czym mam tu na myśli trzy z nich, bo jeden tak mocno odstaje o reszty, że trudno doszukać się tu jakiejkolwiek analogii.
Kolejność opisywanych zapachów będzie następować w porządku, według którego je poznawałam:
  • Montale, Intense Cafe -  nazwa perfum nie ma nic wspólnego z tym, jak pachną, ponieważ nie czuję w nich nawet jednego małego ziarenka kawy;), w związku z czym tym bardziej nie rozumiem określenia ,,intense";). Mimo wszystko sam zapach jest niesamowity. Otwarcie pozytywnie zaskoczyło mnie echem wyjątkowej Elle marki Yves Saint Laurent, ale tutaj jawi się w wersji złagodzonej i słodszej. Wraz z rozwojem zapachu na skórze okazało się, że Elle pobrzmiewa w nim przez cały czas, oddając od czasu do czasu przestrzeń nutom drzewnym. Nie wyszczególniono go w oficjalnym składzie, ale trudno wyzbyć się wrażenia, że jest tu agar bądź drewno tekowe w minimalnej ilości, aczkolwiek nie ma się czego bać, bowiem zapach jest ciepły i łagodny za sprawą  róży i wanilii, które najprawdopodobniej ,,podkręcono" molekułą ISO E Super ❤️. W tym zestawieniu Intense Cafe uplasowało się na drugim miejscu [parametry: projekcja na granicy przeciętnej i średniej, trwałość powyżej 6 godzin; przeznaczenie: zapach na co dzień, okazje nieformalne; dla kobiet]. Moja ocena -> 6/6.
  • The House of Oud, Grape Pearls - najpiękniejszy zapach z całej czwórki. Pachnie ciemnymi owocami, a mam tu na myśli czerwone winogrona, dojrzałe śliwki węgierki i jagody, które leniwie wylegują się na kołdrze utkanej z wanilii, dojrzałej róży i kremowego piżma. Tej rozkosznej słodyczy nie zaburza żadna wytrawna nuta. W tym przypadku również nie mogę oprzeć się wrażeniu, że kompozycja w pewien sposób nawiązuje do Elle YSL. Porównując ten zapach do poprzedniego, na pewno oceniłabym Grape Pearls jako słodszy za sprawą soczystych owoców, ale także tych, z których przygotowano już konfiturę. [parametry: projekcja na granicy przeciętnej i średniej, trwałość powyżej 6 godzin; przeznaczenie: zapach na co dzień i na wieczór, okazje  nieformalne; dla kobiet]. Moja ocena -> 6/6.
  • Montale, Dark Purple - na tle pozostałych zapachów wypada najsłabiej.  Dominują w nim nuty drzewne (obstawiałabym agar, ale skład wyszczególnia drewno tekowe), które łączą się ze słodką pulpą, z której nie umiem wyodrębnić poszczególnych owoców. Drewno stanowi 70% zapachu, a bliżej nieokreślona pulpa 30%;). To fakt, jest mocny i  odurzający, ale w sytuacji, gdy znamy wiele perfum z agarem, w których jest on rdzeniem, Dark Purple nie jawi się już jako coś fascynującego i odkrywczego. Poza tym trochę za mało się w nim dzieje: brakuje przenikania się nut, zmienności, zaskoczeń [parametry: projekcja duża, trwałość powyżej 6 godzin; przeznaczenie: zapach na wieczór, okazje nieformalne; dla kobiet i mężczyzn]. Moja ocena -> 3/6.
  • Mancera, Roses Vanille - biorąc pod uwagę wszystkie zapachy z tego testu, Roses Vanille umieściłabym na trzecim miejscu tylko dlatego, że trochę za mocno wybija się w nim agar. Jest bardzo podobny do Intense Cafe, ale nieco ostrzejszy. [parametry: projekcja średnia, trwałość powyżej 6 godzin; przeznaczenie: zapach na co dzień i na wieczór, okazje nieformalne; dla kobiet]. Moja ocena -> 5/6.
Podsumowując, podobieństwo zarysowuje się między trzema następującymi zapachami: Roses Vanille, Grape Pearls i Intense Cafe, natomiast Dark Purple moim zdaniem nie nawiązuje do nich w żaden sposób. Spośród wszystkich czterech perfum udało mi się odkryć te wyjątkowe dla siebie, czyli Grape Pearls i Intense Cafe, a więc test perfum nie zaowocował tylko wpisem na blogu, ale także planem zakupowym <3.

A co z tymi pączkami?:) Ja nie miałam takich jednoznacznych cukierniczych skojarzeń - moją jedyną myślą było to, że zapachy przypominają mi w mniejszym (Grape Pearls, Roses Vanille) bądź większym (Intense Cafe) stopniu zjawiskową Elle marki Yves Saint Laurent.

Pozostałe informacje o perfumach:
  • cena: Roses Vanille - 315 zł za 60 ml, 540 zł za 120 ml;  Grape Pearls - 795 zł za 75 ml;   Dark Purple oraz Intense Cafe - 280 zł za 50 ml, 475 zł za 100 ml
  • dostępność: perfumerie niszowe stacjonarnie i online, a także popularne perfumerie internetowe.
Witajcie! :)

Chciałam kupić różową pomadkę z Mac, ale w wykończeniu, którego jeszcze nie miałam, czyli tym razem nie brałam pod uwagę formuły cremesheen, frost i matte. Postawiłam za to na błyszczykowy blask, kryjący się pod nazwą lustre i zdecydowałam się na odcień Lovelorn opisywany przez markę jako niebieski róż.

Gdy zestawiam go z jasnym neutralnym podkładem wychodzi jako średni róż z przewagą chłodnych tonów, a gdy wybieram ciemniejszy podkład z żółtymi pigmentami, widzę jasny zimny róż, czyli kolor, na którym mi zależało, w związku z czym już wiem, że ta pomadka będzie moim hitem w okresie wiosenno-letnim, ponieważ świetnie będzie się komponować z delikatną opalenizną.

Lovelorn na pewno doczeka się ponownego zakupu;). Przy okazji  przekonałam się, że pomadki z serii lustre wcale nie są tak nietrwałe, jak się o nich zwykle pisze. Nie wiem, być może zależy to od konkretnego koloru, ale mój trzyma się naprawdę przyzwoicie.

Zestawienie zalet i wad


Zalety: 
  • lekka, zupełnie niewyczuwalna na ustach formuła;
  • można budować krycie od półprzezroczystego do średniego;
  • doskonale nawilża;
  • nie przemieszcza się poza kontur ust;
  • nie podkreśla przesuszenia ust;
  • zaskakująco dobra trwałość jak na tego rodzaju formułę - na moich ustach pomadka utrzymuje się ok. 3 godziny;
  • piękny waniliowy zapach.
Wady:
  • po określeniu lustre spodziewałam się mocnego blasku, który tak jak po nałożeniu błyszczyka będzie się utrzymywał na tym samym poziomie intensywności przez cały czas. Tutaj natomiast zauważyłam, że po jakimś nieco zanika i właściwie nie różni się niczym od połysku charakterystycznego dla pomadek cremesheen.

Pozostałe informacje o produkcie:
  • cena: 86 zł
  • gramatura: 3 g
  • dostępność: m.in. Mac online i stacjonarnie, Douglas online i stacjonarnie
Witajcie! :)

W Internecie jakiś czas temu pojawiło się mnóstwo recenzji najnowszego podkładu Max FactorFacefinity All Day Flawless 3 w 1, więc najprawdopodobniej napisano i powiedziano o nim już wszystko;). 

Jeśli natomiast macie ochotę poczytać o nim z mojej perspektywy, na którą składa się kilkumiesięczne użytkowanie połączone siłą rzeczy z obserwowaniem, jak prezentuje się na skórze w jej lepszych i gorszych momentach, z  dopasowaniem do niego odpowiedniej pielęgnacji akcesoriów, serdecznie zapraszam do lektury.

Czego dowiemy się na temat podkładu od producenta?
Dzięki zaawansowanej technologii Flexi-hold™ podkład dopasowuje się do mimiki twarzy i utrzymuje się na niej przez cały dzień. Formuła podkładu jest odporna na ścieranie i błyszczenie.  Podkład kryjący Max Factor Facefinity All Day Flawless 3 w 1 idealnie stapia się ze skórą, co ułatwia jego nakładanie i uzyskanie efektu pełnego krycia.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że wszyscy, którzy szukają dobrego trwałego podkładu o wykończeniu na pograniczu satynowego i matowego, będą zadowoleni z  Facefinity All Day Flawless 3 w 1. Trzeba tylko zadbać o pewne aspekty...

Podkład, który wymaga konkretnego akcesorium do nakładania i odpowiedniej pielęgnacji

Według mnie ten podkład jest wręcz stworzony do tego, by aplikować go gąbką, co sprawi, że zostanie on równomiernie rozłożony cienką warstwą i nie będzie aż tak bardzo widoczny na twarzy. Pędzlem można sobie zafundować smugi.

Napiszę przy okazji, z jaką informacją bezwiednie rzuconą na jego temat w sieci się nie zgadzam. Otóż przeczytałam na blogach i obejrzałam na kilku kanałach recenzje tego podkładu i chyba najdziwniejszym stwierdzeniem było to, że jest on nawilżający... Wszystkich, którzy trafią na wzmiankę o tej właściwości, przestrzegam przed ufnością;) i przy okazji poinformuję, że przy codziennym sięganiu po Facefinity All Day Flawless 3 w 1 cera może się wręcz przesuszyć. Mało tego, ta zastygająca i długotrwała formuła podkreśli skutki zaniedbań w kwestii pielęgnacji. Warto pamiętać więc o peelingu, odżywczym kosmetyku na noc i np. nawilżającym kremie/serum pod podkład, żeby podkład nie miał szans, by uwydatnić suche skórki.

Zalety i wady moim okiem

Zacznę od mocnych stron:
  • podkład rzeczywiście zapewnia pełne krycie, gdy nałożymy go pędzlem, z kolei gąbką uzyskamy krycie na poziomie średnim;
  • można budować krycie, nakładając kolejną warstwę produktu;
  • nie jest mocno widoczny na skórze, gdy zastosujemy gąbkę;
  • efekt wygładzenia faktury skóry na przyzwoitym poziomie, ale jeśli chodzi o moje wymagania - mogłoby być lepiej, dlatego wspomagam się magicznym pudrem Micro-Fil;);
  • nie oksyduje;
  • nie wyświeca się;
  • nie jest wyczuwalny na skórze;
  • trwały - nie nosiłam go dłużej niż 8 godzin, ale w tym czasie utrzymał się w stanie nienaruszalnym, a dodam tylko, że nie stosowałam żadnej profesjonalnej bazy. Nakładałam pod podkład jedynie odżywczy krem lipidowy.
Wady:
  • przy codziennym stosowaniu podkład może przesuszać, więc warto wprowadzić do pielęgnacji nocnej jakiś odżywczy, intensywnie nawilżający krem;
  • nakładany pędzlem tworzy smugi, co oznacza, że tracimy czas, by dopracować go jeszcze palcami lub gąbką;
  • kilka razy zdarzyło mi się mieć lekko przesuszoną skórę i podkład mocno wyeksponował wszystkie suchości, w związku z czym musiałam go zmyć i sięgnąć po chociażby Infaillible 24 h Fresh Wear z L'Oreal.
Na tle Radiant Lift i Lasting Performance ten podkład wyróżnia się dopracowaną formułą i jakością. Podsumowaniem niech będzie moja ocena -> 4+/6 .

Pokazałam się Wam już kilka razy w tym podkładzie na przestrzeni ostatnich miesięcy, dlatego też nie robiłam nowego zdjęcia, a wybrałam to z listopada:).




Pozostałe informacje o produkcie: 
  • cena: od 34 zł do 62 zł w zależności od miejsca zakupu
  • pojemność: 30 ml
  • PAO: 24 miesiące
  • dostępność: drogerie stacjonarne i internetowe
Witajcie! :)

Chciałabym Wam dzisiaj zaprezentować w takim telegraficznym skrócie zawartość XV edycji katalogu ,,First in Luxury" perfumerii Quality Missala. Nie jestem w stanie opisać liczącego 90 stron albumu w sposób drobiazgowy, dlatego wybiorę tylko te tematy, które najbardziej mnie w nim zainteresowały.

Nadmienię tylko, że bez problemu możecie go otrzymać w perfumeriach stacjonarnych w Warszawie, Gdańsku, Łodzi, Opolu, Poznaniu, Toruniu i Wrocławiu. Poprzednie edycje albumu dołączano  do mojej paczki przy okazji mniejszych i większych zakupów online, więc jeśli nie mieszkacie w wyżej wymienionych miastach, to pozostaje jeszcze takie rozwiązanie;).

Projekt okładki

Okładkę albumu zdobi motyw flakonu najnowszych perfum The House of Oud, czyli Keep Glazed. Sam zapach powstał we współpracy z kanadyjską cukierniczką Ksenią Penkiną, której artystyczne desery cieszą nie tylko podniebienie, ale i zmysł wzroku;).  Projekt flakonu oraz aromat kompozycji odwzorowują wygląd i smak smakołyku przygotowanego przez wyżej wymienioną mistrzynię. Lista składników mówi sama z siebie: tropikalne mrożone owoce, kokos, bita śmietana, imbirowe chrupkie okruszki. Jedno jest pewne, perfumiarze: Cristian Calabro oraz Andrea (Thero) Casotti i nie mieli łatwego zadania:).


Subiektywny przegląd najciekawszych nowości w ofercie Quality Missala

O niektórych nowościach napisałam Wam na blogu w połowie października, więc pozwolę sobie odesłać Was do tego wpisu. Znajdziecie w nim dwa zapachy, które poszerzyły ofertę perfumerii -> Widian, New York i Jovoy Paris, Touche Finale.
 
Trzecia nowość to wytworny Oriental Leather marki Memo Paris. Poznałam go latem i wówczas ten przypisany do kategorii skórzanej zapach emanował z mojej skóry głównie wyrafinowaną lawendą. Tak, to z pewnością najpiękniej ukazana lawenda spośród wszystkich lawendowych perfum, jakie miałam okazję poznać.  Ciepło, wynikające m.in. z przypraw korzennych, nut skórzanych oraz wanilii dynamicznie przeistacza się w ożywczy, przeszywający wręcz chłód reprezentowany przez lawendę, paczulę oraz herbatę. Jak w przypadku większości perfum Memo Paris, tak i tutaj możemy spodziewać się doskonałych parametrów użytkowych. To genialny zapach dla mężczyzn, ale jestem też pewna, że docenią go również kobiety.



Przejrzałam pozostałe nowości w albumie ,,First in Luxury" i moją ciekawość wzbudziło sześć kompozycji. Nie mam oczywiście pewności, czy trafiłyby idealnie w mój gust. Sami przecież dobrze wiecie, że czasem jeden niuans potrafi zaważyć na tym, że odtrącimy dany zapach. Mimo wszystko napiszę Wam, dlaczego wybrałam akurat tę poniższą konfigurację;).  

Keep Glazed z oczywistych powodów - mrożone owoce tropikalne, kokos, bita śmietana, a także nuty drzewne i imbir świadczą o tym, że nie będzie to banalny przedstawiciel kategorii gourmand. Poza tym poznałam już  kilka zapachów The House of Oud i przyznam, że jestem nimi oczarowana. Nie sądzę zatem, że czeka mnie jakiekolwiek rozczarowanie;).

Vanilla Shot od Olfactive Studo planuję poznać ze względu na wanilię i suszone owoce w składzie. Nie obawiam się, że będzie to przeciętny zapach, ponieważ znam m.in. fenomenalny Woody Mood z 2017 roku i nie wierzę, że marka stworzyłaby coś, co obniżyłoby jej rangę.

Kolejnym zapachem, który przyciągnął moją uwagę jest Gold od Puredistance. Tym razem skusiły mnie mandarynki, cynamon, goździki i balsamiczne brzmienie. Ciekawe, czy będzie miał tyle uroku, co White, o którym napisałam na blogu w sierpniu.   

Ristretto Intense Cafe od Montale pachnie podobno jak kawa z pianką ze śmietany połączona ze słodkim zapachem róży. Kto by się nie skusił?;)

Tak naprawdę do Piano Santal i Rose Trombone L'Orchestre Parfum przekonała mnie Sabbath of Senses za sprawą swoich sugestywnych recenzji na blogu, a notki w katalogu ,,First in Luxury" utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie ma sensu dłużej zwlekać;). Pierwszy z nich nęci ze względu na połączenie nut mlecznych, które dopełniono moimi ulubionymi drewnami, czyli cedrem i sandałowcem *_*. Drugi z kolei jest  opowieścią o róży w objęciach rumu i wanilii.
źródło zdjęć -> http://www.missala.pl/

Która marka najbardziej zafascynowała mnie po zapoznaniu z się jej historią? 

Odpowiedź brzmi jednoznacznie - Profumum Roma. Cenię tę markę za to, że tworzy niewiarygodnie trwałe zapachy (koncentracja olejków sięga poziomu 43%), które są piękne w swej prostocie (np. Acqua e Zucchero), dziwne, ale jednocześnie uzależniające (np. Battito d'Ali), czasem dostojne, wyrafinowane. Teraz, gdy wiem, jaka historia kryje się u jej podstaw oraz jaką metodę kreowania perfum wypracowała rodzina Durante, moim celem jest poznać wszystkie pozycje z portfolio:). Poniżej zamieściłam 8 zapachów, które koniecznie muszę przetestować w tym roku.


Sylwetki perfumiarzy

Trzy artykuły traktujące o wybitnych perfumiarzach przeczytałam z największą przyjemnością.

Tekst pt.,,Artysta i jego idea" przedstawia sylwetki perfumiarzy, którym udało się przekuć swój szalony, wręcz nierealny - wydawałoby się - pomysł w pachnące dzieło.

Są też kreatorzy, którzy idą tak charakterystyczną ścieżką, że zasłużyli na miano: wizjonerki - Gabriella Chieffo, ekologa - Olivia Giacobetti, odkrywcy - Matthew Zhuk, kompozytora - Antonio Martino czy synestetyka - Stephane Humbert Lucas. Mnie najbardziej ciekawią perfumy synestetyka, czyli mam tu na myśli pozycje z portfolio marki SoOud;).

Będziecie mogli poznać słynne perfumiarskie małżeństwo: Martine Micallef  i Geoffreya Nejmana, którzy zapisali się w historii perfumiarstwa odkryciem dla świata zachodniego olejku z drewna agarowego. Co poleciłabym na początek przygody z marką M. Micaleff? Perfumy Gaiac i sześć zapachów z kolekcji Secrets of Love.

Wywiady z właścicielami marek

Pasjonujący wywiad  z Gianem Luką Perrisem - właścicielem marek Perris Monte Carlo i Houbigant zainspirował mnie do poznania dwóch kompozycji.

Pierwsza, Bergamtto di Calabria (Perris), została utkana w dość niespotykany sposób, bowiem na ogół bergamotka  pojawia się w pierwszej fazie wybrzmiewania zapachu, po czym ustępuje miejsca innym nutom. Perfumiarz Gian Luca Perris miał zupełnie inną wizję i uformował strukturę zapachu, w taki sposób, by ta nuta nieprzerwanie znajdowała się na pierwszym planie. Wychodzi na to, że  w końcu ktoś stworzył idealny bergamotkowy zapach dla mnie;).

Drugą kompozycję, Patchouli Nosy Be (Perris), chcę przetestować ze względu na paczulę, która rosła na specjalnie założonej plantacji. Zamysł był taki, by uzyskać olejek, w którym akordy ziemiste i ziołowo-kamforowe zostałyby wyciszone na rzecz drzewnych z nutą suchego kakao (!).


Drugi wywiad przeprowadzono z Sergio Momo - właścicielem Xerjoff Group (Xerjoff, Casamorati). Ciekawe jest postrzeganie przez niego perfum, które oddaje do rąk użytkowników - nie są to pachnące produkty, ale ,,polisensoryczne podróże", co oczywiście uzasadnia.

Oferty Xerjoff liczącej około 100 zapachów jeszcze nie znam. Nie ma sensu wklejać tu poszczególnych flakonów, ponieważ interesuje mnie właściwie wszystko spod szyldu marki, co jest łagodnie orientalne, drzewne oraz gourmand;). Niezmiernie ciekawią mnie np. zapachy z cedrem w składzie, bo jak się okazuje, Sergio Memo - tak jak ja;) - darzy ten składnik szczególną predylekcją.

Z kolei o kolekcji Casamorati można się dowiedzieć, że  jest odtworzeniem wielkiej historii domu perfumeryjnego założonego w 1854 roku we Włoszech. Większość zapachów odzyskała życie za sprawą rekonstrukcji dawnych receptur, którym - warto zaznaczyć - nadano nowoczesny akcent.

Nowa rubryka - recenzje pasjonatów perfum

Na ostatnich stronach katalogu pojawiła się nowa rubryka (mam nadzieję, że zostanie na stałe;)), w której opublikowano wypowiedzi pasjonatów perfum.


Spośród dziewiętnastu tekstów, biorących udział w wakacyjnym konkursie, którego zadaniem było opisanie dowolnego zapachu z oferty Quality Missala: ulubionego, dziwnego, oryginalnego lub przywołującego wspomnienia, wyłoniono sześć recenzji, wśród których znalazła się również moja (przedstawiłam Lirę Casamorati). Warunek był jeden - nie można było przekroczyć limitu ośmiu zdań. Jestem mi bardzo miło, że znalazłam się w gronie współredaktorów katalogu❤️ .